niedziela, 31 stycznia 2016

Zimowy Tag Książkowy


Do zimowego tagu książkowego nominowana zostałam przez Alek z bloga Alek Czyta. Do mnie zima zawitała już jakiś czas temu, jednakże wciąż nie taka, jaką bym chciała. Pewnie jako jedna z nielicznych kocham zimę i nie straszne są mi minusowe temperatury (nawet te poniżej piętnastu stopni). Pozostaje mi mieć nadzieję, że ta prawdziwa obficie biała zima zagości jeszcze do nas, nim na dobre rozpocznie się już wiosna :) To jednak, co mamy za oknem nie przeszkadza nam wcale w przeprowadzeniu zimowego tagu książkowego! Tak więc zapraszam do zabawy.




Kakao - książka, która rozgrzewa serce
I tu od razu pierwsza przyszła mi na myśl niezastąpiona Hopeless Colleen Hoover (recenzja klik). No po prostu uwielbiam ją! Mimo, iż książka przedstawia przykrą przeszłość z życia głównej bohaterki, nie brakuje tu tych scen, które podczas czytania rozgrzeją nasze serducha. Mam tu na myśli oczywiście te z Holderem i Sky w rolach głównych. Choć powieść czytałam już jakiś czas temu, nadal pamiętam, jak to było gdy czytałam ją po raz pierwszy. Takich momentów się po prostu nie zapomina.




Śnieg - książka z białą okładką
O dziwo na mojej półce znalazłam wiele książek z białą okładką (choć może nie są one do końca białe, gdyż każda ma na sobie jakiś tam dodatek). Zdecydowałam się na Kim jesteś Sky? Joss Stirling (recenzja klik), gdyż jej akcja ma miejsce w górach, co mi od razu kojarzy się z zimą i śniegiem, a to idealnie wprost pasuje do tego tagu. To właśnie między innymi dzięki temu miejscu akcji książka tak bardzo mi się spodobała, a co za tym idzie zakochałam się w pozostałych częściach serii.





Mikołaj - gruba książka, lub długa seria
No i tu wręcz idealnie wpasuje się cała seria After (recenzja klik), gdyż wszystkie tomy są (jak dla mnie) bardzo grube, co czyni ją także (przez ilość stron) długą serią. Ja swoją przygodę z Tessą i Hardinem zakończyłam na razie na drugim tomie, lecz oczywiście nie zamierzam zrezygnować, tylko dalej czytać! Nie mogę się też doczekać ekranizacji, od której bardzo wiele oczekuję.




Rózga - książka, której czytanie było męką
Rzadko zdarza mi się, aby czytana przeze mnie książka bardzo mi się nie podobała. Nie wiem, czy to dlatego, że w każdej książce staram się mimo wszystko znaleźć jakieś pozytywne cechy, czy po prostu jak na razie mój instynkt mnie nie zawodzi i trafiam na same ciekawe powieści, bardzo mało jest książek (prócz lektur, których czytanie jest dla mnie wręcz katorgą i dobrze, że mam już to za sobą) mogę określić mianem fatalnych. Tu jednak z całą pewnością na pierwszym miejscu niezaprzeczalnie stanie Bogini oceanu P.C. Cast (recenzja klik). No po prostu nie cierpię tej książki! Dawno nie przeżyłam już takiego rozczarowania powieścią, a to zraziło mnie do całej twórczości tej autorki. 




Prezent - bardzo dobra książka, którą możesz każdemu polecić
Pomijając serię o Harrym Potterze, zdecydowanie Nostalgia anioła Alice Sebold. Książka jest po prostu fenomenalna, a to, co poznajemy na jej stronach, powinien poznać po prostu każdy. Uwielbiam zarówno wersję papierową, jak i jej kinowy pierwowzór i ciężko by mi było wybrać, które jest lepsze. Dla mnie jest to po prostu pozycja obowiązkowa dla każdego.



I to by było na tyle! Do tagu nominuję wszystkie osoby, które po prostu miały by ochotę wziąć w nim udział. 

piątek, 29 stycznia 2016

[54] FILMOWO: Madagaskar

Tytuł oryginału: Madagascar

Reżyseria: Tom McGrath, Eric Darnell

Scenariusz: Eric Darnell, Tom McGrath, Mark Burton, Billy Frolick

Gatunek: Animacja, Familijny

Czas trwania: 1 godz. 26 min.

Premiera:  1 lipca 2005 (Polska), 25 maja 2005 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Ben Stiller (Alex - głos), Chris Rock (Marty - głos), David Schwimmer (Melman - głos), Jada Pinkett Smith (Gloria - głos)/Artur Żmijewski (Alex - głos polski dubbing), Klaudiusz Kaufmann (Marty - głos polski dubbing), Piotr Adamczyk (Melman - głos polski dubbing), Małgorzata Kożuchowska (Gloria - głos polski dubbing)

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Marty ma wielkie marzenie - pragnie na jakiś czas porzucić bezpieczne mury zoo w Central Parku i spędzić trochę czasu jak prawdziwa, żyjąca na wolności zebra. Mimo przestróg ze strony przyjaciół - Lwa Alexa, Żyrafy Melmana oraz Hipopotamicy Glorii, Marty pewnej nocy wymyka się potajemnie z zoo chcąc w końcu przeżyć wymarzoną przygodę. Zwierzęta postanawiają znaleźć Marty'iego i przyprowadzić do domu. Niestety bałagan, jaki przez to narobiły sprawia, że zostają oni wysłani do Kenii, gdzie mają żyć jak na zwierzęta przystało. W trakcie rejsu dochodzi jednak do nieoczekiwanego wypadku spowodowanego przez grupę pingwinów z Central Park Zoo, dzięki czemu grupa przyjaciół, ku uciesze Marty'iego, trafia na odległy Madagaskar. 


Nie wiem czemu, ale od samego początku coś odpychało mnie od poznania Madagaskaru. Nigdy w sumie nie wiedziałam, o czym też dokładnie ta animacja jest. Poznałam oczywiście świetny serial Pingwiny z Madagaskaru w postaciami z tego filmu w roli głównej i od samego początku bardzo go polubiłam, jednakże coś zawsze stało mi na drodze, by dać szansę Madagaskarowi. Gdy jednak jakiś czas temu obejrzałam końcówkę drugiej części serii stwierdziłam, że nie ma co, muszę w końcu obejrzeć pierwszą część. I wiecie co... spodobało mi się!


Głównymi bohaterami animacji jest czwórka zwierzęcych przyjaciół z nowojorskiego zoo, od których wszystko się zaczęło. Osobiście już od samego początku niesamowicie spodobał mi się Marty, któremu polskiego głosu udzielił Klaudiusz Kauffman (nawiasem mówiąc, po prostu uwielbiam polski głos Marty'iego!), jednakże trzeba przyznać, że każda z postaci którą możemy spotkać w Madagaskarze wnosi swoją osobą coś niesamowitego. Tu z całą pewnością koniecznie muszę wspomnieć o fantastycznym Królu Julianie, który jest po prostu niesamowity (co do tego nie ma żadnych wątpliwości). Wielkim plusem więc tej ekranizacji z całą pewnością są jej fantastyczni bohaterowie.


Bardzo spodobała mi się również sama fabuła animacji. Z całą pewnością czegoś takiego jeszcze nie było. Dzięki temu film oglądało mi się bardzo dobrze, gdyż od samego początku bardzo interesowało mnie, jak też cała akcja się rozwinie. 

Spotkanie z Madagaskarem uważam za jak najbardziej udane! Nie wiem, czego przez cały ten czas się obawiałam. Film okazał się być niezwykle zabawny i wciągający, spodoba się zarówno dzieciom, jak i tym, którzy dzieciństwo mają już dawno za sobą. Jestem przekonana, że jeszcze nie raz z wielką chęcią do niego wrócę, gdyż zdecydowanie warto. 


MADAGASKAR:
madagaskar | madagaskar 2 | madagaskar 3 | pingwiny z madagaskaru | madagaskar 4

czwartek, 28 stycznia 2016

[89] Każdego dnia

Tytuł oryginału: Every Day
Autor: David Levithan
Cykl: Każdego dnia
Tom: 1
Ilość stron: 264 strony
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ocena: 7/10

Każdego dnia szesnastoletni A budzi się - bez uprzedzenia - w innym ciele i w innym miejscu. Pogodził się ze swoim wyjątkowym losem, ustalił nawet zasady, których stara się przestrzegać: Nie angażować się. Nie rzucać się w oczy. Nie mieszać w cudzym życiu. Ale do pewnego poranka, kiedy A budzi się w ciele Justina i poznaje jego dziewczynę, Rhiannon. Od tej chwili przestają obowiązywać wszelkie reguły, ponieważ A wreszcie znalazł kogoś, z kim pragnie być - każdego dnia, bez wyjątku.

Fascynująca opowieść ukazująca zawiłości życia i uczuć. To historia A oraz Rhiannon, którzy próbują odkryć, czy można prawdziwie kochać kogoś, kto każdego dnia jest kimś innym...
[opis pochodzi z okładki książki]

Dla A zupełnie normalne jest budzenie się każdego dnia w innym ciele. Czasem jest dziewczyną, czasem chłopakiem, niekiedy biały, innym razem czarny. Wiek jednak zawsze pozostaje taki sam jest to coś co w życiu chłopaka nigdy się nie zmienia - zawsze trafia do ciała, które jest w takim samym wieku, jak on. Dla zwykłego człowieka jest to nie do pomyślenia, no bo przecież takie rzeczy się nie zdarzają w normalnym świecie, to nie jest możliwe. Dla A jest to jednak rutyna, z którą nic nie może zrobić. Stara się wiec przeżyć każdy dzień w obcym ciele, tak jak jego właściciel robił to dotychczas. Oczywiście czasem A pozwala sobie na jakieś drobne przyjemności, jednakże ma reguły, których stara się nie łamać. Jednakże kiedy pewnego dnia, będąc w ciele niejakiego Justina, A poznaje jego dziewczynę Rhiannon, zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Przeżywa z nią najwspanialszy dzień w swoim pokręconym życiu, a najgorsze jest to, że kolejnego dnia, będąc już zupełni kimś innym A nie może przestać o niej myśleć. Ale czy taki związek może mieć przyszłość? Czy miłość zdołałaby przetrwać nawet najdziwniejsze przeciwności losu?

Każdego dnia to moja pierwsza solowa powieść Davida Levithana, z którą udało mi się zapoznać. Dotychczas czytałam książki, które napisał on z innymi autorami, jak chociażby Will Grayson, Will Grayson (recenzja klik) w współpracy z Johnem Greenem. Każda z tych książek, które udało mi się przeczytać w jakiś sposób mnie zaintrygowała, jednakże cały czas pragnęłam zapoznać się z samym Davidem Levithanem, by w końcu wyrobić sobie jakąś opinię na temat jego stylu. Po przeczytaniu Każdego dnia mogę stwierdzić więc, że David Levithan coraz bardziej zwraca na siebie moją uwagę.

Główny bohater powieści jest niezwykle ciekawą i tajemniczą postacią. Jego imię to po prostu A - pierwsza litera z alfabetu, łatwa do zapamiętania, a znacząca tak wiele. Jak sam A mówi, nie umie jasno określić czy jest mężczyzną czy kobietą - płeć, to dla niego pojęcie względne, które tylko przypisuje danego człowieka do określonej kategorii. Zapewne dla większości z nas jego życie było by czymś całkowicie fikcyjnym i zapewne nigdy nie uwierzylibyśmy, że nie posiadanie własnego ciała i w dodatku każdego dnia w brew swojej woli zajmuje miejsce całkowicie przypadkowej osoby. Dla niego to wszystko jest jednak codziennością i nie dziwi go, że dzisiaj jest piękną brunetką, która jest kapitanem drużyny cheerleaderek, by już następnego dnia stać się potężnym czarnoskórym nastolatkiem, którego boi się cała okolica. Wydawać by się mogło, że przez te wszystkie podróże, A nie ma własnego charakteru, czy zainteresowań, że jest tylko zbieraniną wielu różnych osobowości. Wręcz przeciwnie, od zwykłego nastolatka różni go jedynie brak własnego ciała. Brzmi śmiesznie, jednakże taka jest szara rzeczywistość  A. Od samego początku bardzo zainteresowała mnie postać A, a z każdą kolejną stroną chciałam poznać go coraz lepiej. 

"Jednego się dotąd nauczyłem: każdy człowiek chce, żeby wszystko grało. Nie marzymy o niczym fantastycznym, cudownym, ani wyjątkowym. Z radością godzimy się na to, że wszystko gra, bo tyle nam w zupełności wystarczy."

Fabuła z jaką zapoznajemy się podczas czytania Każdego dnia, jest niezwykle intrygująca oraz oryginalna. Z całą pewnością nie idzie ku temu zaprzeczyć. David Levithan miał na prawdę świetny pomysł na wykreowanie właśnie takiej historii. W książce nie obyło się jednak bez kilku wad, które miejscami utrudniały mi czytanie. Najważniejszą rzeczą, jaką mam jej do zarzucenia to częste niepotrzebne przydługie monologi głównego bohatera oraz opisy różnych miejsc czy sytuacji z jego życia. Czasem miałam ochotę odłożyć książkę, gdyż czytanie ów wspomnianych fragmentów niezwykle mnie denerwowało. Nie ukrywam, że właśnie przez takie coś często porzucałam ją na dłużej i wracałam, gdy w końcu nazbieram siły tak potrzebne do przebrnięcia właśnie przez takie fragmenty. W moim przypadku bardzo utrudniało mi to czytanie. Owszem może nie ma tego znowuż aż tak dużo, jednakże takie sytuacje się pojawiały, a to z pewnością wielu może się nie spodobać. Pomijając to jednak mogę powiedzieć, że całość czytało mi się całkiem przyjemnie. 

W takcie czytania powieści Levithana byłam pod dużym wrażeniem tego, co udało mu się wykreować. Bardzo spodobała mi się fabuła książki i wiem, że z całą pewnością sięgnę po jej kontynuację, gdyż zakończenie Każdego dnia wzbudziło we mnie ogromną ciekawość. I mimo tych wad, które wcześniej wytknęłam powieści uważam ją za całkiem dobrą, przez co jak najbardziej wam ją polecam. Myślę, że warto przymknąć na to oko, by zapoznać się z tą jakże oryginalną historią. Liczę, że kolejna część serii pod względem fabuły będzie równie interesująca, a przydługie monologi głównego bohatera nie będą już aż tak częste.

KAŻDEGO DNIA:
każdego dnia | pewnego dnia

środa, 27 stycznia 2016

[53] FILMOWO: Earl i ja, i umierająca dziewczyna

Tytuł oryginału: Me and Earl and the Dying Girl

Reżyseria: Alfonso Gomez-Rejon

Scenariusz: Jesse Andrews

Na podstawie: Jesse Andrews "Me and Earl and the Dying Girl"

Gatunek: Dramat

Czas trwania: 1 godz. 45 min.

Premiera: 25 stycznia 2015 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Thomas Mann, RJ Cyler, Olivia Cooke

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Gdy matka Grega dowiaduje się, że u jednej z jego szkolnych koleżanek zdiagnozowano białaczkę, każe synowi z nią zaprzyjaźnić, by ten wspierał potrzebującą koleżankę, a co za tym idzie zrobił dobry uczynek. Mimo tłumaczeń i prób negocjacji Greg udaje się do Rachel, która od samego początku wyczuwa, że chłopak nie przyszedł do niej z własnej woli. Ze względu jednak na matkę Grega para postanawia spędzić ze sobą kilka dni wymuszonej przyjaźni. Szybko jednak zaprzyjaźniają się ze sobą, wciągając w to przyjaciela Grega - Earla. 


Earl i ja, i umierająca dziewczyna już od samego początku był dla mnie wielką zagadką. Przyznam się szczerze, że bardzo dużo od tego tytułu oczekiwałam, gdyż zwiastun, z którym zapoznałam się już jakiś czas temu mocno mnie zainteresował. Niestety, mimo iż był on w jakiś sposób ciekawy określiłabym go słowem "dziwny". No cóż, bardzo się nim rozczarowałam. 
Głównym bohaterem ekranizacji jest niejaki Greg, który pełni w filmie funkcję narratora i przewodnika. Po tym, jak mama zmusiła go do zaprzyjaźnienia się z chorą na białaczkę Rachel, chłopak stopniowo zaczyna spędzać z dziewczyną każdą wolną chwilę, starając się odwrócić choć w najmniejszym stopniu jej uwagę od choroby i stać się jej własnym łącznikiem z jej dotychczasowym zwyczajnym życiem. W rolę Grega wcielił się tu niejaki Thomas Mann znany mi między innymi z ekranizacji powieści Piękne istoty (recenzja książki klik, recenzja filmu klik), gdzie odgrywał postać Linka, czy chociażby Projektu X, gdzie mogliśmy zobaczyć go w jednej z głównych ról. Jeśli chodzi o jego grę aktorską, to szczerze mówiąc nie wiem, co mam powiedzieć na ten temat. Nie była ona jakoś bardzo zła, jednakże jak dla mnie ktoś inny mógł to zagrać o wiele lepiej.


Bardzo jednak spodobała mi się postać jak Earla, oraz sama gra aktorska RJ Cyler'a. Było to moje pierwsze spotkanie z tym aktorem, uważam jej jednak za jak najbardziej udane i chętnie będę śledzić jego dalszą karierę. Dużym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się Jona Bernthal'a odgrywający w Earl i ja, i umierająca dziewczyna postać bardzo wyluzowanego nauczyciela Pana McCarthy. Jak dotąd widziałam go jedynie w Wilku z Wall Street, gdzie odgrywana wówczas przez niego postać zdecydowanie różniła się od tej wymienionej wyżej. Tak więc jeśli podkreślić ogólnie dobór aktorów oraz ich grę, nie było źle, ale mogło być lepiej.


Sam pomysł na fabułę bardzo mi się podobał i to już od chwili, gdy pierwszy raz zapoznałam się z opisami filmu. Myślę, że ekranizacja ta mogłaby wyjść na prawdę świetnie, gdyby nie sposób, w jaki została przedstawiona. Pomijając już pojawiające się od czasu do czasu animacje poklatkowe, które jak rozumiem, miały nawiązywać do hobby Grega i Earla, jakim było tworzenie filmów, strasznie denerwowały mnie czasem monologi głównego bohatera, które miejscami były bardzo ciężkie do zrozumienia, przez co oglądając film można się łatwo pogubić w fabule. Powiedziałabym po prostu, że było tu trochę za dużo wszystkiego. Mocną stroną tej pozycji jest jednak z całą pewnością jej zakończenie, której widz do końca się nie spodziewa.


Choć film oglądałam już kilka dni temu, nadal bardzo ciężko jest mi go poprawnie ocenić, gdyż cały czas jedyne, co przychodzi mi na myśl, gdy o nim  myślę, to fakt, iż był on po prostu dziwny. Myślę, że jego twórcy nie do końca przemyśleli sobie całą jego koncepcję, co poskutkowało tym, że wyszło to co wyszło. Miałam co do niego zupełnie inne oczekiwania przez co bardzo się zawiodłam. Sama raczej do niego już nie powrócę i was również nie będę jakoś wielce zachęcać do zapoznania się z nim. Mimo wszystko jestem jednak bardzo ciekawa książki, na której podstawie powstał Earl i ja, i umierająca dziewczyna  i bardzo żałuję, że nie została wydana ona w Polsce. Może ona przedstawiłaby tą jakże ciekawą historię w bardziej przyjemny sposób.


wtorek, 26 stycznia 2016

[88] Jesteś wyzwaniem

Tytuł oryginału: Make Me Yours
Autor: Kendall Ryan
Cykl: Unravel Me
Tom: 2
Ilość stron: 259 stron 
Wydawnictwo: Pascal
Ocena: 6/10

Liz, przyjaciółka Ashlyn z popularnej powieści Jesteś zagadką, to atrakcyjna studentka czerpiąca z życia pełnymi garściami. Ma za sobą romanse z wieloma mężczyznami, nawet z własnym promotorem. Wszystko się zmienia, gdy na jej drodze staje nieziemsko przystojny chłopak z sąsiedztwa, Cohen.

Spotkania z innymi mężczyznami nie smakują już jak dawniej, bo Liz wciąż tęskni za Cohenem. Ten jednak jasno stawia warunki ich relacji - jego pierwszy raz nastąpi dopiero wtedy, gdy spotka prawdziwą miłość. 

Napięcie rośnie z każdą wspólnie spędzoną chwilą. Liz nieustanie wykorzystuje swój seksapil, by zdobyć chłopaka. Jednak Cohen pozostaje nieugięty w postanowieniu. 

Czy dla Cohena Liz stanie się "tą jedyną"?
Czy Liz będzie chciała poczekać?
Czy razem osiągną spełnienie?
[opis pochodzi z okładki książki] 

Liz to dziewczyna, która każdego dnia stara się żyć pełnią życia i w szczególności nie tracić cennego czasu na niepotrzebne związki, które i tak z całą pewnością zakończą się klapą. Bo komu potrzebny chłopak i towarzysząca temu później gorycz rozstania, gdy swoje potrzeby można zaspokajać przygodnymi znajomościami? Myślenie Liz powoli zaczyna się jednak zmieniać, gdy na swojej drodze spotyka niezwykle przystojnego Cohena, który jak się okazuje mieszka w tym samym budynku co ona. Niewinna znajomość bardzo szybko zmienia się w coś, czego Liz bardzo nie chciała. Jednakże czasem nie można wyłączyć uczuć, które w każdej sekundzie stają się coraz mocniejsze. Czy Liz odważy się jeszcze raz zaryzykować?

Jesteś wyzwaniem to powieść, na którą czekałam z wielkim zainteresowaniem. Po zapoznaniu się z pierwszym tomem serii Unravel Me, Jesteś zagadką (recenzja klik) ciekawiło mnie, co na temat Liz, którą udało się nam poznać już wcześniej, napisze autorka. Choć książka nie była aż jakaś tragiczna muszę przyznać, że bardzo się na niej zawiodłam. Co prawda nie oczekiwałam od niej Bóg jeden wie jakie ambitnej lektury, lecz mimo wszystko liczyłam na coś ciut bardziej interesującego.

W Jesteś wyzwaniem zapoznajemy się z Liz - przyjaciółką Ashlyn, która była główną bohaterką w pierwszej części serii. W Jesteś zagadką dziewczyna miała kilka na prawdę ciekawych wejść, jednakże autorka postanowiła tam nie skupiać się zbyt wiele na jej postaci. Ostatnimi czasy bardzo popularne jest tworzenie serii, gdzie po głównej części, każda kolejna przedstawia historię przyjaciół wiodących bohaterów (jak to chociażby było w przypadku serii Hopeless). Z doświadczenia wiem, że nie zawsze takie zagranie się opłaca i zdecydowanie lepiej dla pisarza by było, gdyby zakończył historię na pierwszym tomie. Owszem fajnie jest poznać dalsze losy bohaterów z drugiego planu, tym bardziej jeśli ów bohater bardzo nam się spodobał. Tak właśnie było ze mną i Liz - zadziorną, pewną siebie i stroniącą od trwałych związków z mężczyznami dziewczyną. Ciekawie czytało się książkę, gdzie w przeciwieństwie do dobrze znanego nam schematu bohaterce nie zależy na związkach, a liczy się dla niej tylko przelotny seks. Jednakże każda kobieta mimo wszystko, w głębi duszy, marzy o miłości z prawdziwego zdarzenia oraz o mężczyźnie, który okaże się być dla niej tym wyśnionym księciem z bajki. Poznanie Cohena - męskiego ideału - z całą pewnością nie skończy się więc dla Liz dobrze.

W przypadku tej powieści bardzo mi się spodobało to, że skupia się ona tylko i wyłącznie na relacjach Liz i Cohena. Ashlyn i Aidan, głowni bohaterowie Jesteś zagadką zostali więc zepchnięci na drugi plan i podczas czytania towarzyszą nam tylko w przelotnych momentach. W Jesteś wyzwaniem mamy skupić się na Liz, co jak najbardziej udało się autorce. Największym minusem jest u jednak dla mnie styl autorki. Z pierwszej części Unravel Me pamiętam owszem, że nie był on jakiś wielce idealny, jednak książkę czytało mi się bardzo przyjemnie i oczekiwałam, że w kontynuacji autorka znacznie się poprawi. Niestety bardzo się myliłam, wręcz przeciwnie odnoszę wrażenie, że zamiast się poprawić jej styl bardzo się pogorszył, a szkoda, bo sama fabuła wyszła autorce jak najbardziej interesująco.

Nie będę więc ukrywać, że jestem tą pozycją mocno rozczarowana. Oczekiwałam, że sięgając po Jesteś wyzwaniem otrzymam bardzo interesujący erotyk, z którym bardzo miło spędzę czas, a dostałam coś bardzo przeciętnego. Czy polecam? Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na pytanie. Myślę, że gdyby ktoś nie zdecydował się na sięgnięcie po tą powieść nic nie straci. Pierwszej części mówię głośne tak, jednakże jej kontynuacji zdecydowane nie. Gdyby powstała trzecia część serii zapewne sięgnęła bym po nią z czystej ciekawości, chociaż nie mam pojęcia, co jeszcze mogłaby na ten temat napisać autorka.

UNRAVEL ME:
jesteś zagadką | jesteś wyzwaniem 


poniedziałek, 25 stycznia 2016

[11] Książkowe zdobycze stycznia


Nie da się ukryć, że styczeń, jako miesiąc nowości wydawniczych dla wielu moli książkowych zapowiadał się bardzo obiecująco. Sama z wielką niecierpliwością wyczekiwałam wielu wspaniałych tytułów, które miała ukazać się nakładem przeróżnych wydawnictw. Osobiście udało mi się zgromadzić klika z wypatrywanych przeze mnie nowości wydawniczych, a klika z nich mam w planach dokupić jeszcze w lutym. Tym samym udało mi się zapełnić pustkę, która zapewne wielu z was doskwierała bo ubogim w nowościach grudniu. Oczywiście nie samymi nowościami człowiek żyje! W moim styczniowym stosiku nie zabrakło również kilku pozycji, które swoją premierę miały już jakiś czas temu.

Jesteście ciekawi, co udało mi się zgromadzić w stycznie? W takim razie zapraszam do dalszej lektury!


Naga Raine Miller [zakup własny]
Jesteś wyzwaniem Kendall Ryan [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Pascal]
Powrót do Daringham Hall Kathryn Taylor [zakup własny]
Kuracja samobójców Suzanne Young [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria Young] recenzja klik
Złe dziewczyny nie umierają Kate Alender [j.w] recenzja klik
Podróż na sto stóp Richard C. Morais [zakup własny]
Lato koloru wiśni Carina Bartsch [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Media Rodzina]

DODATKOWO:
Pitch Perfect 2012 DVD [zakup własny] recenzja klik

I to by było na tyle, jeśli chodzi o moje książkowe zdobycze stycznia. A jak wyglądają wasze styczniowe stosiki? Czytaliście może coś ze zdobytych przeze mnie książek? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

sobota, 23 stycznia 2016

[87] Przykry początek

Tytuł oryginału: The Bad Beginning
Autor: Lemony Snicket
Cykl: Seria niefortunnych zdarzeń
Tom: 1
Ilość stron: 172 strony
Wydawnictwo: Egmont
Ocena: 10/10

Drogi czytelniku!

Z przykrością zawiadamiam Cię, że książka, którą trzymasz w ręku, jest wyjątkowo nieprzyjemna. Opowiada ona historię trójki dzieci, którym wszystko układa się fatalnie. Pomimo uroku osobistego i inteligencji rodzeństwo Baudelaire wiedzie żywot pełen przykrości i łez. Od pierwszych stron tej książki, gdy dzieci bawią się na plaży i otrzymują tragiczną wiadomość, nieszczęście depcze im po piętach. Są jak magnesy przyciągające pecha. 

W tej jednej małej książeczce utrudniają im życie: chciwy i odrażający łotr, drapiące ubrania, straszny pożar, spisek mający na celu zagarnięcie ich majątku, oraz zimna owsianka na śniadanie.

Moim przykrym obowiązkiem jest spisanie smutnych przypadków rodzeństwa Baudelaire, lecz Tobie, Czytelniku, nic nie przeszkadza odłożyć tę książkę i poczytać sobie coś wesołego, o ile wolisz wesołe lektury.

Z szacunkiem
Lemony Snicket 
[opis pochodzi z okładki książki] 

Wioletka, Klaus i Słoneczko wiedli cudowne, pełne radości i pozbawione trosk życie do czasu, aż otrzymali wiadomość o naprawdę niefortunnym zdarzeniu. Ich rodzice bowiem zginęli niespodziewanie w strasznym pożarze, który całkowicie strawił ich dom. W testamencie, rodzice rodzeństwa Baudelaire zastrzegli sobie, że pragną, aby w razie konieczności dziećmi zajął się ktoś z ich rodziny. Pech chciał, że dzieci trafiły w ręce okropnego Hrabiego Olafa, któremu wcale nie zależało na ich dobru - pragnął on dobrać się do ich rodzinnego majątku

Po całą Serię niefortunnych zdarzeń zdecydowałam się sięgnąć, po obejrzeniu jej ekranizacji (recenzja klik). Sam film bardzo mi się spodobał i coś mi podpowiadało, że tak samo będzie z jego papierowym pierwowzorem. I nie myliłam się, bo to, co otrzymałam w Przykrym początku przebiło moje najśmielsze oczekiwania. 

Głównymi bohaterami całej historii jest rodzeństwo Baudelaire - Wioletka (niezwykle pomysłowa dziewczynka), Klaus (młody człowiek niezwykle kochający książki) oraz Słoneczko (mały szkrab, który gryzie wszystko, co znajdzie się jej na drodze), jednakże narratorem powieści jest tajemniczy Lemony Snicket, który jak sam mów, ma ten przykry obowiązek, aby zapoznać nas z dziejami rodzeństwa. Bardzo spodobał mi się ten sposób narracji, gdyż był on niezwykle ciekawy i wciągający. Lemony Snicket świetnie poradził sobie z opowiedzeniem czytelnikom tej jakże smutnej historii. 

Tym co wciąga jednak najbardziej jest sama fabuła jaką poznajemy na kartach Przykrego początku. Historia wciąga już od samego początku i wprost nie można się od niej oderwać. Na tych króciutkich stu siedemdziesięciu dwóch stronach dzieje się tyle ciekawych rzeczy, że nim się obejrzymy, już dobiegamy ku końcowi. W książce nie znajdziemy zbędnych opisów i przydługich monologów. Wszystko zostało opracowane w taki sposób, aby jak najlepiej przykuć uwagę czytelnika. 

Bardzo zaskoczyło mnie to, że film tak dobrze odzwierciedla (przynajmniej z początku) to, co działo się w Przykrym początku. Co prawda jest on mieszanką kilku części Serii..., więc na ich temat nie mogę się jeszcze wypowiedzieć, jednakże czytając zauważyłam, że wiele fragmentów tekstu było identycznych z tymi, jakie poznałam zapoznając się z ekranizacją. Dla mnie jest to bardzo ważne, więc w moich oczach zarówno film jak i jego pierwowzór zyskują na prawdę ogromny plus.

Nie da się ukryć, że powieść ta skierowana jest dla młodszych czytelników, lecz tak, jak jest to w przypadku serii o Harrym Potterze, tutaj również uważam, że nie ma znaczenia w jakim jesteś wieku, gdyż nawet gdy masz dwadzieścia jeden lat tak jak ja, świetnie będziesz bawić się poznając tą książkę oraz historię Wioletki, Klausa i Słoneczka. Jak najbardziej więc zachęcam was do zapoznania się z tą książką. Ja sama z niecierpliwością czekam na moment, w którym uda mi się sięgnąć po kolejne tomy, gdyż jestem przekonana, że autor utrzymał w nich taki wysoki poziom, jak w Przykrym początku. Tak więc, jeśli jeszcze nie mieliście okazji zapoznać się z Serią niefortunnych zdarzeń koniecznie nadróbcie zaległości, bo nie wiecie, jaka cudowna lektura przemyka wam koło nosa.

SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ:
przykry początek | gabinet gadów | ogromne oko | tartak tortur | akademia antypatii | winda widmo | wredna wioska | szkodliwy szpital | krwiożerczy karnawał | zjezdne zbocze | groźna grota | przedostatnia pułapka | koniec końców 

środa, 20 stycznia 2016

[86] Kuracja samobójców

Tytuł oryginału: The Treatment; The Recovery
Autor: Suzanne Young
Cykl: Program
Tom: 2
Ilość stron: 480 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 9/10

Czasem o przeżyciu albo śmierci decyduje to, czy pamiętasz, kim byłeś. A to wcale nie jest oczywiste.

Druga część historii dwojga nastolatków, walczących o przetrwanie w obliczu szalejącej epidemii samobójstw.

Wszyscy młodzi ludzie, którzy zostają uznani za zagrożonych samobójstwem, trafiają do placówki tajemniczego programu terapeutycznego. Ich zainfekowany umysł najlepiej jest wyleczyć przez gruntowne oczyszczenie, po czym każdy staje się nowym człowiekiem, pozbawionym balastu wspomnień. Jednocześnie jednak traci własną tożsamość. A przecież nikt nie chce być wydrążony...

Sloane i James podjęli próbę ucieczki przed chorobą i przed leczeniem, ale okazało się to trudniejsze, niż przypuszczali. Teraz, dołączywszy do grupy buntowników, muszą uważać na to, komu będą ufać, szukając sposobów na obalenie programu oraz powstrzymanie epidemii. Trudno się jednak działa, gdy pamięć świeci białymi plamami. Jak ją odzyskać? Jest pomysł - ale ryzykowny.
[opis pochodzi z okładki książki] 

Sloane i Jamesowi udało się uciec z ich rodzinnego miasta, lecz program nadal siedzi im na karku. Od siostry Michaela Realma dowiedzieli się, gdzie mają się kierować, by trafić do chłopaka, a co za tym idzie, przyłączyć się do buntowników. Czasem jednak nawet najlepsze plany potrafią legnąć w gruzach i aby chronić siebie - swoje życie i wspomnienia, trzeba robić coś, czego niegdyś nigdy byśmy nie zrobili. Bohaterowie więc przyłączają się do grupy buntowników z hardą i pewną siebie Dallas na czele. Buntownicy postanowili pomóc w ukrywaniu się Sloane i Jamesa przed ścigającym ich programem, do czasu, aż nie znajdą sposobu, jak obalić jego ideę. Nie wiedzą oni jednak, że Sloane jest w posiadaniu pewnej małej i tajemniczej tabletki, która może stać się kluczem do rozwiązania wszystkich ich problemów. Jednak w czasach programu nikomu już nie można ufać, bo każdy może okazać się zdrajcą...

Kuracja samobójców to drugi tom fascynującej serii Program, poruszającej motyw tajemniczej epidemii, która skłania młodych ludzi do popełniania samobójstw. Po przeczytaniu jej pierwszej części - Plagi samobójców (recenzja klik) byłam oszołomiona tym, co udało mi się poznać na kartach powieści, jednakże po zakończeniu Kuracji samobójców jestem po prostu oczarowana, gdyż to, co tam poznałam niesamowicie mi się spodobało. 

W Kuracji... poznajemy dalsze losy bohaterów, których zdążyliśmy poznać już podczas lektury Plagi samobójców. Na tym jednak się nie kończy, gdyż autorka wprowadziła tu wiele nowych i niezwykle ważnych dla całej fabuły bohaterów, jak chociażby samego twórcę programu - Artura Pritcharda. Bardzo spodobało mi się to, że tworząc drugą część Programu, autorka zaczęła ją dokładnie od tego samego momentu, na którym skończyła się jej poprzedniczka. Nie ma tam żadnego owijania w bawełnę i niepotrzebnych opisów. Czujemy się po prostu tak, jakbyśmy po wcześniejszym wciśnięciu pauzy, wznowili oglądanie całej historii. Może dla niektórych jest to raczej nieważny szczegół, jednakże dla mnie bardzo się on liczy. 

Spodobało mi się również to, że Sloane i James, których dobrze już poznałam na stronach Plagi samobójców nadal byli tacy, jak ich zapamiętałam. Nie chodzi mi tu o zmiany, jakie wywołał w nich program, bo takie oczywiście są, lecz jest to oczywiste po przeżyciu tego, czego oni doświadczyli. Mam tu na myśli to, że autorka dobrze ich sobie wykreowała i starała się, by wciąż byli tacy sami, by utrzymali swój charakter. 

No i teraz punkt kulminacyjny, czyli ta genialna fabuła. To, co przedstawiła tu Suzanne Young jest dla mnie wręcz mistrzostwem! Autorka wprowadziła wiele ciekawych i dobrze przemyślanych wątków. Początkowo skupiła się na samej ucieczce i współtowarzyszeniu buntownikom, jednakże dalsze wątki po prostu pobiły wszystko co było dotychczas. Widać, że Suzanne Young dobrze obmyśliła sobie całą koncepcję serii i trzymała się wyznaczonych przez siebie celów. Tak jak było to w przypadku Plagi samobójców, w Kuracji samobójców nie znajdziemy zbędnych opisów czy monologów, gdyż wszystko tworzy ze sobą wręcz idealną całość. Nie zawiodłam się również na stylu autorki, który był dokładnie taki, jak zapamiętałam go z pierwszej części serii. Czytało mi się wprost fantastycznie. Cały czas nie mogłam się oderwać od książki, gdyż bardzo chciałam wiedzieć, jak cała fabuła potoczy się dalej. Nie było ty nudy, cały czas coś się działo. Za takie coś Suzanne Young z całą pewnością zasłużyła sobie na ogromne brawa. 

Bardzo zaskoczyło mnie to, iż prócz głównego elementu książki, czyli samej Kuracji samobójców znajdziemy tu także bardzo ciekawy dodatek - Rehabilitacja, którego głównych bohaterem jest sam Michael Realm. A czego dotyczy ten fragment? Tego już wam nie zdradzę, gdyż nie tylko zdradziłabym wam przez to zakończenie, ale również pozbawiła was tej frajdy, jaka towarzyszyła mi podczas czytania Rehabilitacji. 

Bardzo rzadko zdarza mi się czytać dystopie. Powiem szczerze, że te idee jakichś tajemniczych chorób, czy co tam jeszcze możemy spotkać w powieściach tego typu, jakoś do mnie nie przemawiają. Jednakże, gdy tylko zobaczyłam okładkę Plagi samobójców wiedziała, że ta seria będzie inna i że muszę zapoznać się z historią Sloane. Po raz kolejny moja intuicja mnie nie zawiodła. Po prostu zakochałam się w całej tej fabule i czuję ogromny niedosyt, gdyż bardzo chciałabym zapoznać się już z Lekiem dla samobójców - trzecią książką z serii. Oczekuję od niej bardzo wiele i mam nadzieję, że się nie zawiodę i autorka nadal utrzyma tak wysoki poziom, jaki narzuciła sobie w Kuracji samobójców. Wam jak najbardziej polecam zapoznanie się z tą serią, jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z żadnym tomem, jak i z samą Kuracją samobójców, jeśli czytaliście już pierwszą część Programu. Uwierzcie mi, że jeśli tego nie zrobicie będziecie bardzo mocno żałować i ominie was kawał na prawdę genialnej lektury, obok której, po prostu nie można przejść obojętnie. 

PROGRAM:
remedium | epidemiaplaga samobójców | kuracja samobójców


Za możliwość zapoznania się z tak genialną książką, jaką jest Kuracja samobójców z całego serca dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam Opasłe Tomiska

poniedziałek, 18 stycznia 2016

[85] Złe dziewczyny nie umierają

Autor: Katie Alender
Tytuł oryginału: Bad Girls Don't Die
Cykl: Złe dziewczyny nie umierają
Tom: 1
Ilość stron: 360 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 8/10

Coś dzieje się z Kasey. Dziecięce dziwactwa, z których powinna wyrastać, zaczynają się przemieniać w niepokojące znaki. Kasey zawsze miała takiego czy innego hopla, ale teraz to się robi katastrofa. Odzywa się archaicznymi słowami. Oczy płoną jej jakimś nienaturalnym blaskiem. I co oma wyprawia!

Jej 17-letnia siostra Alexis uświadamia sobie stopniowo, że w ich domu zaczaiło się zło i powoli pochłania Kasey. Jak mu się przeciwstawić? Jak uchwycić tego demona? I skąd wziąć do tego odwagę?

Początkowo Alexis brała różne dziwne zdarzenia w domu za urojenia, ale wkrótce zdaje sobie sprawę, że wszystko to dzieje się na prawdę i tylko ona może podjąć walkę z czającym się zagrożeniem i ratować siostrę.
[opis pochodzi z okładki książki]

Alexis mieszka wraz ze swoją młodszą siostrą Kasey oraz rodzicami w starym, przerażającym, jednakże bardzo niezwykłym domu. Choć przeprowadzili się do niego już kilka lat temu w dziewczynie nadal czasem wzbudza on niepokój. Nie ma się jednak co temu dziwić, w końcu taki dom jak ich w każdym budziłby grozę. Pewnego razu Alexis dostrzega, że coś dzieje się z jej młodszą siostrą. Niektóre dziwne zachowania Kasey, będące codziennością u dziecka, zamiast przemijać, tak jak to zwyczajnie powinno się stać, zaczynają się wzmagać. Dziewczyna nie ma żadnych przyjaciół, a przez swoich rówieśników uważana jest za dziwadło. Dodatkowo w domu zaczynają dziać się dziwne rzeczy, a wszystko to ma miejsce, gdy w pobliżu znajduje się Kasey. Czy za tym tajemniczym domem może kryć się jakaś tajemnica, która ma wpływ na zachowanie siostry Alexis?

Złe dziewczyny nie umierają to pierwsza część serii o tym samym tytule autorstwa Katie Alender. Już gdy tylko ujrzałam tą genialną i niezwykle tajemniczą okładkę wiedziałam, że będę musiała zapoznać się z tą historią. Sam tytuł mówi nam już, że nie znajdziemy tu przesłodzonej historii pełnej happy end'ów. Powieść ta to jedna wielka mroczna zagadka, którą czytelnik odkrywa z każdą kolejną przeczytaną stroną. 
Całą historię poznajemy za pośrednictwem Alexis. To typ buntowniczki, który nie da sobie w kaszę dmuchać. Łatwo domyślić się, że taki wizerunek, oraz bardzo wyróżniające się różowe włosy nie budzą zaufania i aprobaty wśród jej rówieśników i współmieszkańców. Prócz niej bardzo ważną postacią powieści jest jej siostra Kasey. Ma ona nietypową pasję, jaką jest kolekcjonowanie lalek.Z czasem zmienia się to jednak w jej obsesję, która bardzo zaczyna niepokoić Alexis. 

Powieść ta otoczona jest niezwykłą aurą tajemniczości i grozy. Nie ma się tu jednak co obawiać, gdyż nie jest ona wcale taka straszna, jaką może się wydawać. Bardzo spodobała mi się fabuła, jaką na kartach Złe dziewczyny nie umierają przedstawiła autorka. Z każdą kolejną przewróconą stroną ciekawiła mnie ona coraz bardziej i strasznie chciałam dowiedzieć się, co też będzie dalej. Dotychczas nie miałam okazji zapoznać się z taką historią, dlatego jest ona dla mnie niezwykle oryginalna. Spodobało mi się to, iż mimo tego, że występował tu wątek miłosny, był on tylko drobnym dodatkiem, który miał na celu wprowadzić nieco urozmaicenia. Nie był on wcale nachalny, lecz bardzo przyjemny. Katie Alender ma interesujący styl, dzięki któremu książkę czyta się bardzo szybko. Pierwsze spotkanie z jej twórczością uznaję za bardzo udane i nie mogę się wręcz doczekać na kolejne powieści z pod pióra autorki.

Książkę oczywiście jak najbardziej polecam, gdyż jest to moim zdaniem świetne oderwanie się od tych wszystkich przesłodzonych romantycznych historii, które ostatnio zawładnęły rynkiem wydawniczym. Jest ona niezwykle wciągająca, a towarzyszący całej lekturze tajemniczy i mroczny klimat czyni ją tylko jeszcze bardziej interesującą. Jest to moim zdaniem kawał na prawdę bardzo interesującej powieści, z którą z całą pewnością należy się zapoznać. Ja sama z wielką niecierpliwością czekam na kolejne części serii, które mam nadzieję, ukażą się jak najszybciej. Jednym słowem, polecam!

ZŁE DZIEWCZYNY NIE UMIERAJĄ:
złe dziewczyny nie umierają | od złej do przeklętej | bardziej martwa być nie może

Za możliwość zapoznania się z ta fascynującą książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

niedziela, 17 stycznia 2016

[84] Księga wyzwań Dasha i Lily


Tytuł oryginału: Dash & Lily's Book for Dares
Autor: Rachel Cohn, David Levithan
Cykl: Dash & Lily
Tom: 1
Ilość stron: 306 stron
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 6/10

"W środku znajdziesz wskazówki. Jeśli chcesz je poznać, przewróć stronę. Jeśli nie - proszę, odłóż notatnik na półkę".

Szesnastoletnia Lily zostawia czerwony notes pełen wyzwań na ulubionej półce w swojej ulubionej księgarni. Notatnik czeka na odpowiedniego chłopaka, który odważy się podjąć grę. Ciekawski, ironiczny i lekko cyniczny Dash nie boi się zagadek, a księga wyzwań staje się dla niego tak potrzebną odskocznią od codzienności.
Dash i Lily urządzają podchody na wielką skalę - szukają notesu (i siebie nawzajem) po całym opanowanym świąteczną gorączką Manhattanie. Podczas gdy zaczyna rodzić się uczucie. Tylko czy na żywo Lily i Dash zrobią na sobie równie dobre wrażenie, co na papierze? To spotkanie może okazać się dla nich największym wyzwaniem... 
[opis pochodzi z okładki książki] 

Pewnego razu, odwiedzając księgarnię Strand, pomiędzy książkami swojego ulubionego autora Dash odnajduje tajemniczy czerwony notes, który zaprasza go do podjęcia pewnej tajemniczej gry z jego autorką Lily. Chłopak nie może przejść obojętnie koło takiej okazji i postanawia wykonać wszystkie polecenia, jakie w nim znajdzie. Bohater decyduje się jednak na wprowadzenie do gry kilku własnych zasad, tak aby Lily również mogła się w nią wciągnąć. Wkrótce para zaczyna porozumiewać się za pomocą ów czerwonego dziennika, pozostawiając go sobie w różnych miejscach Manhattanu.

Do Księgi wyzwań Dasha i Lily podchodziłam dość ostrożnie, gdyż moje ostatnie spotkanie z twórczością Davida Levithana nie należało jakoś wielce od udanych. Ciekawy opis i niecodzienna fabuła zachęciły mnie jednak do zapoznania się z historią Dasha i Lily.

Książkę czytało mi się bardzo szybko - nim się obejrzałam już byłam przy samym końcu. Bardzo wciągnęłam się w grę, jaką prowadzili pomiędzy sobą główni bohaterowie i z wielką niecierpliwością wyczekiwałam, jakie też dziwne zadania wymyślą dla siebie tym razem. Bardzo polubiłam tytułowych bohaterów - pełną życia i kochającą Gwiazdkę oraz psy Lily oraz ironicznego i kochającego igraszki słowne Dasha. Para ta, mimo tych wszystkich różnic, jakie pomiędzy nimi występują, idealnie potrafiła się dogadać i mimo iż początkowo ich znajomość miała miejsce tylko na papierze wiedziała, że może sobie zaufać i podzielić się wzajemnie najskrytszymi myślami.

Tak, jak wspomniała, bardzo spodobała mi się fabuła książki, która idealnie nadaje się do poczytania w zimowe wieczory no i oczywiście w okresie świąt Bożego Narodzenia. Świetnie się bawiłam towarzysząc głównym bohaterom w kolejnych etapach ich gry, która miejscami była bardzo zabawna.

Tym razem moje spotkanie z Davidem Levithanem mogę zaliczyć do jak najbardziej udanych, dzięki czemu z wielką przyjemnością zapoznam się z kolejnymi jego dziełami. Czy polecam wam tą książkę? Sama nie wiem... Była ona bardzo przyjemna i dobrze się ją czytało, jednak odnoszę wrażenie, że bardziej spodobała by się ona czytelnikom młodszym ode mnie. Księga wyzwań Dasha i Lily miała być przyjemną lekturą, która na chwilę oderwie nas od codziennego zgiełku i swoje zadanie spełniła. Zdaję sobie sprawę, że moja recenzja może być trochę chaotyczna, jednakże nie wiem, co innego mogłabym powiedzieć na temat tej powieści.

DASH & LILY:
księga wyzwań Dasha i Lily | 12 dni świąt Dasha i Lily

piątek, 15 stycznia 2016

[52] FILMOWO: Zaplątani

Tytuł oryginału: Tangled

Reżyseria: Nathan Greno, Byron Howard

Scenariusz: Dan Fogelman

Na podstawie: Bracia Grimm "Roszpunka"

Gatunek: Animacja, Familijny, Komedia, Musical

Czas trwania: 1 godz. 36 min.

Premiera: 26 listopada 2010 (Polska), 24 listopada 2010 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Mandy Moore (Roszpunka - głos), Zachary Levi (Flynn Rider - głos)/Julia Kamińska (Roszpunka - głos polski dubbing), Maciej Stuhr (Flynn Rider - głos polski dubbing)

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Piękna Roszpunka o długich magicznych włosach całe życie spędziła zamknięta w wysokiej wieży ukrytej przed światem. Jej matka bowiem zapragnęła chronić córkę przed okropnym niebezpieczeństwem, które może ją spotkać za jej murami. Roszpunka ma jednak wielkie marzenie - w dniu swoich urodzin chciała by zobaczyć z bliska tajemnicze światła pojawiające się na niebie tylko tego dnia. W tej sytuacji nie może jednak liczyć na matkę, która uważa, że wyprawa taka jest dla dziewczyny zbyt niebezpieczna i z całą pewnością nie poradziła by ona sobie. Gdy jednak pewnego razu do wieży Roszpunki wpada przystojny złodziejaszek Flynn Rider, bohaterka postanawia wykorzystać okazję i namawia mężczyznę, aby ten zaprowadził ją w to miejsce, a gdy później odprowadzi z powrotem do wieży, odda mu skradziony wcześniej przez niego łup.



Szczerze mówiąc, jakoś nigdy wcześniej nie ciągnęło mnie do zapoznania się z tą animacją. Pewnie długo bym jej nie obejrzała, lecz gdy nadarzyła się okazja stwierdziłam, dlaczego by nie skorzystać. Powiem wam szczerze, że teraz bardzo się cieszę, że w końcu dałam szansę tej pozycji, gdyż jest ona na prawdę bardzo dobrym kawałkiem animacji.

Na podstawie Zaplątanych poznajemy historię Roszpunki, która zamknięta przed wszelakim złem świata, mieszka samotnie w wysokiej wieży. Jest to jednak zdecydowanie inna Roszpunka, niż ta, którą możemy poznać w oryginalnej wersji stworzonej przez Braci Grimm. Mi osobiście bardziej spodobała się ta Disney'owska dziewczyna, którą poznajemy w Zaplątanych. Sama jej historia jest też zupełnie inna - tutaj bowiem Roszpunka urodziła się dzięki magicznemu kwiatowi, który utrzymał jej matkę przy życiu podczas porodu i to właśnie dzięki temu kwiatowi dziewczyna zawdzięcza magiczną moc swoich włosów. Została ona też porwana przez tajemniczą Gothel, która wykorzystywała tą moc (oczywiście Roszpunka nie wiedziała o porwaniu, myślała, że kobieta jest jej biologiczną matką). 


W tej wersji nie mamy też przystojnego księcia, który zakochał się w głosie dobiegającym z wieży, lecz przystojnego złodziejaszka Flynna Rydera, który znalazł się w wieży całkowicie przypadkiem. Żeby tego było mało, mężczyzna nie od razu też ją polubił i w zasadzie nie chciał mieć z nią nic do czynienia. Tych różnic znalazłoby się jeszcze wiele, jednak to są te, które mi najbardziej rzucają się w oczy. 

Mi osobiście taka wersja o wiele bardziej podoba mi się od tej, jaką poznajemy w opowiadaniu Braci Grimm. Oczywiście w animacji nie mogło zabraknąć humoru, który towarzyszy nam praktycznie na każdym kroku. Za to jak najbardziej należy się ogromny plus - śmiałam się praktycznie cały czas. Całość okraszona została licznymi piosenkami (gdyż jest to też musical), które czynią tą historię jeszcze bardziej ciekawą. 



Prócz samej historii najbardziej podobali mi się tu bohaterowie, którzy według mnie wypadli wprost fantastycznie. Każda postać dopracowana została w każdym szczególe i myślę, że nic nie można by tu już poprawić. Podobał mi się również polski dubbing (w takiej wersji bowiem oglądałam tą animację), który wypadł całkiem przyjemnie i wiele głosów dobranych zostało według mnie idealnie. 

Podsumowując, Zaplątani to na prawdę świetna animacja, która spodoba się zarówno tym młodszym, jak i tym już o wiele starszym. Prezentuje sobą odświeżoną historię Roszpunki, którą aż miło się ogląda. Animacje dopracowane są w każdym calu, przez co podczas seansu bardzo mile cieszą oko. Nie zabrakło tu również fantastycznego humory, który jest ogromną zaletą tej pozycji. Zachęcam was więc do zapoznania się z tą historią, gdyż zdecydowanie jest ona godna uwagi. Mogę też śmiało powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych pozycji tego gatunku na przestrzeni ostatnich lat.


środa, 13 stycznia 2016

[7] MUZYCZNIE: CHVRCHES


W dzisiejszym poście muzycznym przychodzę do was z genialnym zespołem, który ostatnimi czasy bardzo dobrze udało mi się poznać. Mam tu oczywiście na myśli CHVRCHES i szczerze mówiąc wcale nie zdziwi mnie, jeśli wielu z was nie będzie miało o nim zielonego pojęcia. Ja więc specjalnie dla was, abyście mogli go poznać, a uwierzcie mi zdecydowanie warto, w tym oto poście postaram się zaprezentować krótko CHVRCHES.

Myślę, że na samym początku warto by wspomnieć, jak w ogóle wymawia się nazwę tego zespołu - gdy pierwszy raz ją zobaczyłam nie miałam zielonego pojęcia, jak to zrobić :) A to wszystko jest bardzo proste - CHVRCHES wymawia się dokładnie tak samo jak churches, czyli kościoły (Jak donosi WIkipedia, Mayberry i Doherty wybrali nazwę Chyrches, pisaną przez "v:, aby uniknąć nieporozumień z duchownymi. Oświadczyli również, że nazwa zespołu "nie ma konotacji religijnych, tylko, że brzmi "cool"). 
Sam zespół pochodzi z Wielkiej Brytanii, a dokładniej mówiąc z Glasgow. Można powiedzieć, że grupa ta jest dość młoda, bo swoją działalność zapoczątkowali w 2011 roku - mimo to jednak udało im się nagromadzić już sporo na prawdę świetnych kawałków. W jego skład wchodzą: Lauren Mayberry (wokal i syntezator), Iain Cook (syntezator, gitara, bas, wokal) oraz Martin Doherty (syntezator, sampler, wokal) - główne partie wokalne należą jednak do Lauren. 


Gatunki, w jakich specjalizuje się CHVRCHES to synth pop oraz muzyka elektroniczna i choć sama jak dotąd nie byłam jakąś wielką fanką tych gatunków muszę przyznać, że za sprawą szkotów coraz bardziej mi się one podobają. Ich muzyka jest niezwykle elektryzująca, a charakterystyczne dźwięki połączone z fantastycznym wokalem Lauren sprawiają, że po prostu nie da się przejść koło ich muzyki obojętnie. Sama usłyszałam o nich za sprawą coveru utworu Lies w wykonaniu brytyjskiej grupy Muse (o zespole - klik), który nawiasem mówiąc jest po prostu niesamowity (cover Lies - klik). Przyznam się jednak, że z CHVRCHES miałam ten problem, że ich muzyka nie spodobała mi się jakoś wielce od samego początku. Dopiero za drugim razem, gdy postanowiłam troszkę dokładniej im się przyjrzeć zakochałam się w ich twórczości i wiedziałam, że zostanę przy ich muzyce bardzo długo.

W swoim dorobku CHVRCHES mają jak na razie dwa pełne albumy. Pierwszy z nich nosi nazwę The Bones of What You Belive i został wydany dokładnie 20 września 2013 roku. Znajdziemy na nim dwanaście podstawowych utworów, między innymi wyżej wspominany już utwór Lies, czy jeden z moich ulubionych kawałków CHVRCHES The Mother We Share oraz cztery Bonus Track. Album ten utrzymany jest oczywiście w gatunku synth pop oraz dodatkowo indie pop.
Drugi z nich, Every Open Eye jest albumem dość młodym, gdyż swoją premierę miał dopiero 25 września 2015 roku. Wśród jedenastu świetnych kawałków w wersji podstawowej, oraz trzech Bonus Track, możemy na niej znaleźć takie świetne utwory, jak chociażby Leave A Trace czy Keep You On My Side. Obydwa krążki są niezwykle hipnotyzujące i gdy już zacznie się ich słuchać wprost nie można się od nich oderwać. Prócz własnych singli CHVRCHES ma w swoim dorobków wiele ciekawych coverów. Moim ulubionym w ostatnich dniach stał się cover piosenki Do I Wanna Know? brytyjskiego zespołu Arctci Monkeys, który choć zdecydowanie różni się od oryginału, który uwielbiam, jest po prostu fantastyczny (dla osoby takiej jak ja, dla której oryginalne wersje to arcydzieła, a covery to kiepskie podróbki, bardzo wiele to znaczy :D ). Oprócz tego, w wykonaniu szkotów, możemy też posłuchać Team (Lorde), Cry Me a River (Justin Timberlake), czy Falling (Haim). Dodatkowo też, wykonywali oni jeden genialny utwór do soundtracka filmu Igrzyska śmierci: Kosogłos część 1 (recenzja klik), który nosi nazwę Dead Air. Jak więc widzicie, choć CHVRCHES to stosunkowo młody zespół, z pewnością nie może nie pochwalić się już dużym dorobkiem muzycznym, jeśli chodzi o nagrane single.
Tak więc już słowem podsumowania, myślę, że dla wielu z was zespół ten może być nie mała zaskoczeniem, gdyż tworzy on naprawdę niesamowitą muzykę. W każdym utworze słychać charakterystyczne dla synth pop nutu, które członkowie grupy fantastycznie wykorzystali w każdy możliwy sposób. Dodatkowo fantastyczny i niezwykle urokliwy wokal Lauren już od samego początku nie daje o sobie zapomnieć, a gdyby było mało w każdej kolejnej piosence zaskakuje on jeszcze bardziej. Mam więc nadzieję, że jeśli nie znaliście jeszcze CHVRCHES, po moim poście dacie im szansę i posłuchacie choć jednego kawałka (byłabym w siódmym niebie, gdyby ktoś z was oświadczył, że tak jak ja zakochał się w ich utworach). Specjalnie dla was przygotowałam więc playlistę z ich muzyką, której możecie posłuchać na You Tube po kliknięciu w którąkolwiek z grafik. Dodam tylko, że kolejność utworów jest całkowicie przypadkowa. A może wśród was znajdzie się kilku fanów muzyki CHVRCHES? Konieczni piszcie w komentarzach!


Oficjalna strona CHVRCHES - klik
Oficjalny kanał CHVRCHES na You Tube - klik

poniedziałek, 11 stycznia 2016

[83] Kochając pana Danielsa


Tytuł oryginału: Loving Mr. Daniels
Autor: Brittainy C. Cherry
Ilość stron: 432 strony
Wydawnictwo: Filia
Ocena: 10/10

Jesteś powodem, dla którego warto wierzyć w jutro.
Jesteś głosem, który płoszy cienie.
Jesteś miłością, dzięki której oddycham.

To historia wielkiej miłości. Takiej, która zdarza się wtedy, gdy na swojej drodze spotykasz prawdziwą bratnią duszę. Mężczyznę, którego śmieszy to, co bawi ciebie. Mężczyznę, który mówi to, co sama chcesz powiedzieć, który myśli jak ty.
Ja spotkałam pana Danielsa. 
Chociaż wiem, że nasze uczucie nie miało prawa się narodzić, nie żałuję ani jednej chwili. Nasza historia to nie tylko opowieść o miłości. Opowiada także o rodzinie. O stracie. O życiu i o śmierci. Jest pełna bólu, ale także śmiechu. To nasza historia. Z tych wszystkich powodów nigdy nie przeproszę za to, że kochałam pana Danielsa. 
[opis pochodzi z okładki książki]


Po śmierci ukochanej siostry bliźniaczki, Ashlyn zmuszona jest do przeprowadzki do dawno nie widzianego ojca. Dziewczyna jest zrozpaczona faktem, że jej własna matka postanowiła się jej pozbyć, gdy ona tak bardzo potrzebowała jej wsparcia w tych trudnych chwilach. W pociągu zauważa ona pewnego przystojnego chłopaka, z którym później znów spotyka się już na miejscu, czekając na ojca. Jak się okazuje, nie jest to kolejna ładna buzia, lecz całkiem mądry i czarujący młody mężczyzna kochający Szekspira. Ashlyn postanawia skorzystać z zaproszenia chłopaka i udaje się na koncert jego zespołu Misja Romea, gdzie z każdą kolejną sekundą bohater jeszcze bardziej się jej podoba. Nikt z nich nie spodziewał się jednak, że ów przystojny i kochający książki muzyk Daniel, to tak na prawdę nauczyciel literatury Daniel Daniels w szkole, do której zapisał Ashlyn jej ojciec. Bohaterowie niezwykle zrozpaczeni tym faktem nie wiedzą, jak sobie poradzić, tym bardziej, że każde z nich zdążyło już coś poczuć. Co zrobić, by zakazana miłość nie wyszła na światło dzienne? I czy w ogóle ma ona prawo przetrwać?

Do książki Kochając pana Danielsa podchodziłam dość ostrożnie, gdyż szczerze mówiąc nie spodziewałam się po niej niczego nadzwyczajnego. Jakie było jednak moje zaskoczenie, gdy już po pierwszych jej stronach poczułam, że to jest to, czego od tak dawna oczekiwałam.

"Każdy z nas ma jakieś złoto. To może być cokolwiek: piosenka, książka, zwierzę, człowiek. Cokolwiek, co sprawia, że czujesz się tak szczęśliwy, że twoja dusza płacze z czystej radości. To uczucie jak po zażyciu narkotyków, tyle że lepsze, bo to naturalny odlot."

W przypadku powieści Brittainy C. Cherry mamy do czynienia z dwójką głównych bohaterów, gdzie całą historię poznajemy zarówno z perspektywy Ashlyn i Daniela (bo o nich właśnie tu mowa). Znaczną część jednak stanowią rozdziały Ashlyn, jednakże te, które poznajemy z perspektywy Daniela są bardzo przyjemnym dodatkiem, dzięki którym możemy jeszcze bardziej zapoznać się z całą sytuacją. Bardzo spodobało mi się to, że główne postaci to nie tam byle jakie osóbki ze znanego nam już schematu. Zarówno Ashlyn jak i Daniel to niezwykle mądre osoby, które dotknęła wielka tragedia, z którą nie potrafią sobie poradzić. Dziewczyna zaledwie niedawno straciła ukochaną siostrę bliźniaczkę, bez której nie wyobraża sobie życia, natomiast Daniel nie dość, że był świadkiem morderstwa matki, to dodatkowo tydzień temu pochował schorowanego ojca. Nie wspominając już o śmierci jego byłej dziewczyny, która stała się ofiarą wypadku samochodowego. Odcięci od świata i mimo starań ze strony przyjaciół, Ashley i Daniel nie są w stanie poradzić sobie z otaczającą ich rozpaczą, jednak bardzo szybko odkrywają, że jedynie oni nawzajem potrafią sobie pomóc. Jednakże życie to nie bajka i nie wszystko się w nim dobrze układa. Bohaterowie bardzo szybko odkrywają, że obdarzyli się uczuciem, które w ich życiu nie powinno się narodzić.

Bardzo spodobał mi się wątek, który dominuje w Kochając pana Danielsa - fakt, że Daniel Daniels, zaledwie o trzy lata starszy od Ashlyn, jest jej nowym nauczycielem literatury. Jak dotąd nie miałam styczności z taką literaturą, jednakże słyszałam już o kilku takich powieściach. Nie wiedziałam jednak jak to wszystko wyjdzie "w praniu", lecz po lekturze Kochając pana Danielsa jestem jak najbardziej za. Autorka świetnie zaprezentowała nam zakazane uczycie jakie rozwija się pomiędzy uczniem a jego uczennicą, wszystko było spójne i przemyślane. Ważną rolę odgrywa tu jednak przeszłość Daniela - morderstwo jego mamy oraz brat, a także teraźniejszość z jaką musi radzić sobie Ashlyn.

Sama książka pełna jest wielu wspaniałych momentów - zarówno tych radosnych, chwytających za serce, jak i tych, które z każdego wycisną litry łez. Szczerze mówiąc bardzo rzadko zdarza mi się płakać czytając jakąś powieść (to zdecydowanie nadrabiam oglądając filmy), jednakże tutaj płakałam wiele razy i to tymi wielkimi i pełnymi rozpaczy łzami. Śmiało więc można powiedzieć, że książka ta to istny koktajl uczuciowy. Brittainy C. Cherry ma na prawdę świetny styl - nie jest on zbyt zwyczajny, lecz odzwierciedla charaktery oraz mądrość głównych bohaterów. Sprawia to, że książkę czyta się wprost rewelacyjnie i nie można się od niej oderwać.

Czytając Kochając pana Danielsa przepadłam już od pierwszych stron. Zakochałam się nie tylko  w samym Danielu (co było raczej do przewidzenia), lecz również w samym uczuciu jego i Ashlyn, ich przyjaciołach, czy rodzinie. Pokochałam w tej książce dosłownie wszystko i nie wyobrażam sobie, aby można by tu było wprowadzić jakiekolwiek poprawki. Powieść jest po prostu idealna w każdym calu. Kończąc ją nie wiedziałam, czy cieszyć się wraz z jej bohaterami, czy też płakać, że to już koniec. Z całą pewnością jednak jeszcze nie raz powrócę do tej historii, by na nowo przeżywać wszystkie towarzyszące temu uczucia. Tak więc, jak najbardziej polecam wam zapoznanie się z tą cudowną powieścią, gdyż zdecydowanie wielką stratą byłoby przejście koło niej obojętnie. Jestem przekonana, że wielu z was pokocha tą historię tak samo jak ja.

Książka bierze udział w wyzwaniu Czytam Opasłe Tomiska

piątek, 8 stycznia 2016

[51] FILMOWO: Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń

https://www.youtube.com/watch?v=fccho1IyX8Y
Tytuł oryginału: Lemony Snicket's A Series of Unfortunate Events

Reżyseria: Brad Silberling

Scenariusz: Robert Gordon

Na podstawie: Lemony Snicket/Daniel Handler "Przykry początek", "Gabinet gadów" i "Ogromne oko"
 
Gatunek: Familijny, Przygodowy

Czas trwania: 1 godz. 45 min.

Premiera: 21 stycznia 2005 (Polska), 16 grudnia 2004 (świat)

Produkcja: Niemcy, USA

Obsada: Jim Carrey, Jude Law (Lemony Snicket - głos), Emily Browning, Liam Aiken, Meryl Streep, Timothy Spall

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com 

Rodzice Wioletki, Klausa i Słoneczka giną niespodziewanie w tajemniczym pożarze ich domu. Osierocone dzieci trafiają pod opiekę tajemniczego Hrabiego Olafa, który jest ponoć ich rodzinom. Wbrew zapewnień danym Panu Poe, który miał zając się umieszczeniem dzieci w bezpiecznym miejscu, Hrabia nie ma zamiaru prawidłowo opiekować się sierotkami - jego jedynym celem jest zgarnięcie olbrzymiej fortuny, jaką rodzice pozostawili dzieciom. W domu, w którym każe im mieszkać nie ma prawidłowych warunków, a na domiar złego to Wioletka, Klaus i Słoneczko mają usługiwać Hrabiemu Olafowi i dbać o dom. Gdy Hrabia przechodzi okres próby opieki nad sierotkami, a sąd  oficjalnie daje mu prawo opieki nad nimi, mężczyzna postanawia się ich pozbyć. Nie wie jednak z kim ma do czynienia, że Wioletka, Klaus i Słoneczko to nie jakieś tam bezradne dzieciaczki, tylko pomysłowe i pełne odwagi małe osóbki.  Okazuje się więc, że przejęcie fortuny małych dzieci, nie jest wcale takie łatwe...


Z filmem Lemony Snicket: Seria niefortunnych zdarzeń spotkałam się stosunkowo niedawno i choć prędzej tytuł ten przemknął mi kiedyś przed oczami, nigdy jakoś wielce się z nim nie zaznajamiałam. Nie miałam również bladego pojęcia, że w ogóle jest taka seria książek  (szał na nią był bowiem wówczas, gdy jeszcze nie interesowałam się książkami). Okazało się jednak, że jest to niezwykle czarujący film, o którym aż do teraz nie mogę zapomnieć. 

W filmie poznajemy historię trójki dzieci, rodzeństwa Baudelaire - kochającej wynalazki Wioletki, oczytanego i bardzo mądrego Klausa, oraz malutkiej i gryzącej wszystko co jej wpadnie w ręce Słoneczka. Dzieci wiodły szczęśliwe życie u boku kochających rodziców, do czasu gdy niespodziewany pożar strawił ich dom oraz zabił rodziców. Zdarzenie to wywołało serię niefortunnych zdarzeń, których później musiały doświadczyć dzieci.


To, co od razu rzuca się w oczy podczas oglądania to po pierwsze świetny i zaskakujący początek (moja pierwsza reakcja: Że co? Co ja tu oglądam?) oraz fantastyczny klimat filmu i charakteryzacje (które przyniosły mu Oscara z 2005 roku za Najlepszą Charakteryzację). Myślę, że to właśnie dzięki temu klimatowi i charakteryzacjom film ten aż tak bardzo mi się podobał i na długo pozostanie w mojej pamięci. Gdybym miała wybrać jedno słowo, które by to wszystko opisywało z pewnością byłoby to dziwny, ale zdecydowanie w pozytywnym tego słowa znaczeniu. 


Kolejne, co zasługuje w tym filmie na ogromne brawa to aktorzy oraz grane przez nich postaci. Bardzo podobały mi się osoby głównych bohaterów - Wioletki, Klausa, a nawet Słoneczka, jak również fantastyczna osoba Hrabiego Olafa, w którą wcielił się Jim Carrey czy też Ciotki Józefiny, którą fantastycznie zaprezentowała wspaniała Meryl Streep. Niestety sama nie mam porównania do postaci prezentowanych w książkowej Serii niefortunnych zdarzeń (czytałam opinie, że ekranizacja trochę odbiega od oryginału i że Hrabia Olaf w wykonaniu Jima Carreya nie jest taki, jaki być powinien), jednakże to co tu spotkałam zasługuje według mnie na owacje na stojąco. Choć raczej nie przepadam za warsztatem aktorskim Jima Carreya, w przypadku Lemony Snicket: Serii niefortunnych zdarzeń przyznaję, że aktor spisał się świetnie i nie chciałabym widzieć w tej roli nikogo innego.


Lecz najważniejsze, co otrzymałam zapoznając się z tą ekranizacją to wspaniała fabuła, która trzyma w napięciu dosłownie od początku do końca. Z reguły filmy familijne choć owszem są przyjemne, to mimo wszystko nie powalają mnie na kolana. W tym przypadku po prostu przepadłam, gdyż to, co tu zobaczyłam jest po prostu fantastyczne. Bardzo spodobało mi się również to, że cała historia opowiadana jest przez tajemniczego Lemony Snicket, który będąc w jakimś stopniu świadkiem całego wydarzenia, postanowił spisać historię Wioletki, Klausa i Słoneczka, byśmy i my mogli ją poznać. W jego osobę wcielił się sam Jude Law, którego jeśli się dobrze przyjrzymy też tam znajdziemy.
Jak też mówiłam, niestety nie znam jeszcze książkowego pierwowzoru filmu, jednakże teraz już wiem, że z całą pewnością nadrobię zaległości i mam tylko nadzieję, że seria książkowa wciągnie mnie tak samo, albo nawet i bardziej, jak jej ekranizacja. Film oczywiście polecam i jeśli tak jak ja, do tej pory nie mieliście styczności z Lemony Snicket:Serią niefortunnych zdarzeń, koniecznie to zmieńcie, gdyż coś mi mówi, że nie pożałujecie. 


środa, 6 stycznia 2016

[82] Byłam tu

Tytuł oryginału: I Was Here
Autor: Gayle Forman
Ilość stron: 317
Wydawnictwo: Bukowy Las
Ocena: 7/10

Poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: "czemu Meg odebrała sobie życie?" rzuci Cody w wir podróży tropem przyjaciółki, która z zapyziałego miasteczka wyjechała na prestiżowe studia, ale też do granic samopoznania i na spotkanie z wielkim niebezpieczeństwem. Bohaterka będzie zmuszona zakwestionować wszystko , co dotąd uważała za pewnik. Nie tylko swoją relację ze wspaniałą, charyzmatyczną Meg - ale i znaczenie takich pojęć, jak życie, miłość, śmierć i przebaczenie. 
[opis pochodzi z okładki książki] 

Nagła i samobójcza śmierć Meg wstrząsnęła dosłownie wszystkimi, a już zwłaszcza jej najlepszą przyjaciółką Cody, z którą znała się praktycznie całe życie. Nikt nie spodziewał się, że tak pełna życia i dobroć osoba jak Meg może zmagać się z wewnętrznymi demonami, z którymi nie będzie miała już siły walczyć, że będzie chciała zakończyć swoje dotychczasowe życie. Cody jednak najbardziej boli to, że przyjaciółka nic jej o tym nie powiedziała, że nie wiedziała, jak Meg bardzo cierpi, że nie mogła jej pomóc, gdy ta najbardziej potrzebowała jej wsparcia. Samo samobójstwo dziewczyna zaplanowała w każdym najdrobniejszym szczególe - udała się do jednego z moteli, który znajdował się w miejscowości, gdzie studiowała, zostawiła obok siebie szczegółowy list, wyjaśniający policji co zrobiła, dla pokojówki, która znalazła jej ciało pozostawiła napiwek, mający wynagrodzić jej szokujące odkrycie oraz instrukcje, co ma zrobić, gdy już ją znajdzie, a prędzej przygotowała listy pożegnalne dla rodziców i Cody, których wysłanie zaplanowała z dużym wyprzedzeniem. Nie było więc wątpliwości, że Meg planowała to już od bardzo dawna. Jakiś czas po odkryciu tej strasznej i szokującej prawdy, Cody została poproszona przez rodziców zmarłej przyjaciółki o udanie się do jej akademika i zabranie jej rzeczy. Sprawa Meg spędza jej jednak sen z powiek, dlatego bohaterka postanawia sama odkryć przyczynę postępowań przyjaciółki.

Muszę przyznać, że jestem tą książką troszkę zawiedziona. Po przeczytaniu tylu wspaniałych powieści z pod pióra Gayle Forman, czytając Byłam tu trochę się wynudziłam. Najgorszy moim zdaniem był początek, gdyż choć prezentował sobą ciekawą historię został przedstawiony w dość pospolity sposób. Obawiałam się, że tak będzie przez całą powieść, jednakże z czasem akcja trochę bardziej się rozkręciła i dale czytało mi się dosyć dobrze. 

Główną bohaterką jest tutaj niejaka Cody, która po śmierci swojej najlepszej i jak dotąd jedynej przyjaciółki zaczyna popadać w rozpacz, a wszystko bez Meg powoli przestaje mieć dla niej sens. Dziewczyna nie może pojąć, dlaczego jej tak pozytywnie nastawiona do świata przyjaciółka postanowiła popełnić samobójstwo. Obwinia się częściowo za to, co się stało i za to, że nie była w stanie odwieźć Meg od jej pomysłu. Nie da się ukryć, że Cody bardzo zagubiła się po śmierci Meg i nie bardzo wiedziała, jak ma poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. W końcu doszła do wniosku, że jedynie odkrycie prawdy pomoże jej zaznać spokój, jednak nie dopuszczała do siebie wiadomości, że czasem po prostu jest lepiej zostawić jakąś sytuację niewyjaśnioną.

To, co spodobało mi się w przypadku Byłam tu, to jak zawsze w przypadku książek Gayle Forman, ogromne grono wspaniałych i mający jakiś wpływ na nasze życie bohaterów - tych ważnych i tych mniej ważnych. Każdy z nich ma jakiś wpływ na poznawaną przez nas historię i życie głównego bohatera i gdyby któregoś z nich zabrakło całą fabuła nie byłaby już taka wyjątkowa. Ciekawe jest to, że autorka pisząc tą powieść zainspirowała się prawdziwymi zdarzeniami. Dzięki temu zyskała ona w moich oczach jeszcze bardziej.

Jak już wspominałam sama fabuła nie jest zła, lecz została przedstawiona w trochę nudny sposób. Sięgając po Byłam tu liczyłam zdecydowanie na coś bardziej ciekawego, Nie oznacza to jednak, że książka mi się nie podobała i odradzam wam sięgnięcie po nią. Wręcz przeciwnie, myślę, że warto zapoznać się z tą smutną i ściskającą za serce historią prawdziwej przyjaźni, gdyż może ona zdecydowanie nas wiele nauczyć. Bardzo spodobał mi się tu wątek miłosny, jaki przedstawiła nam autorka, oraz sam wątek śmierci samobójczej Meg, który z czasem rozwijającej się fabuły zaskakiwał mnie coraz bardziej. Pod sam koniec nie dowierzałam, że coś takiego mogło mieć miejsce. Tak więc jak sami widzicie, książka nie należy do tych tragicznych, ma bardzo wiele zalet, dla których zdecydowanie warto się z nią zapoznać. Mimo, iż uważam ją za najgorszą z twórczości autorki, to jednak z całą pewnością dalej będę wyczekiwać na jej kolejne powieści by móc się przekonać, czy nadal będzie znajdowała się ona w gronie moich ulubionych autorów. 
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek