piątek, 24 marca 2017

[84] FILMOWO: Ugotowany

https://www.youtube.com/watch?v=54rjNvaWwf4
Tytuł oryginału: Burnt

Reżyseria: John Wells

Scenariusz: Steven Knight

Gatunek: Dramat, Komedia

Produkcja: USA

Czas trwania: 1 godz. 40 min.

Premiera: 23 października 2015 (Polska), 22 października 2015 (świat)

Obsada: Bradley Cooper, Sienna Miller, Daniel Brühl, Riccardo Scamarcio, Omar Sy, Sam Keeley, Emma Thompson

Ocena: 8/10


Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Adam Jones - słynny kucharz z Paryża - po tajemniczym zniknięciu kilka lat temu wraca na ulice Londynu, aby tam razem z grupą najlepszych kucharzy stworzyć restaurację, która zdobędzie trzecią i najważniejszą gwiazdkę Michelin. Jednakże co się stanie, gdy plany Adama legną w gruzach?

Uwielbiam filmy z motywem gotowania w tle, a gdy do tego w ów filmie gra jedne z moich ulubionych aktorów, jest to dla mnie pozycja wręcz obowiązkowa. Tak właśnie było również w przypadku Ugotowanego - gdy tylko dowiedziałam się, że to właśnie Bradley Cooper ma wcielić się w główną postać, czyli Adama Jones'a wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała sięgnąć po tą pozycję. Jednak jak to często bywa w takich przypadkach moje oczekiwania nieco różniły się od tego, co otrzymałam w praktyce. Czy mimo to uważam Ugotowanego za kompletne dno... zdecydowanie nie!


Od razu może powiem, że jeśli wydaje wam się, że ów film to produkcja tylko i wyłącznie o gotowaniu i przez to nie ma tutaj nic ciekawego do zobaczenia - mylicie się w stu procentach. Ugotowany to świetna produkcja, która ukazuje nam jak dążenie do wyznaczonego przez nas celu może okazać się dla nas toksyczne. W końcu bowiem jesteśmy tak zaślepieni naszymi marzeniami, że nie dopuszczamy do siebie świadomości "a co się stanie, gdy nie uda nam się wygrać?", albo "a co będzie potem?". W tym filmie właśnie to spodobało mi się najbardziej - ukazanie człowieka zaślepionego swoimi celami, który już nie dostrzega w ogóle otaczającego go świata, dopóki ten świat nie kopnie go w tyłek.

To właśnie w tego zaślepionego dążeniem do doskonałości wcielił się wspaniały Bradley Cooper, który tym razem okazał się być tak samo fantastyczny jak zawsze, albo nawet i lepszy. Za każdym razem, gdy poznaję nowe wcielenie Bradleya Coopera zaskakuje mnie to, że właśnie potrafi mnie jeszcze zszokować. Nie zdarzyło mi się jak dotąd, abym była nim zawiedziona - i mam wielką nadzieję, że nigdy tego nie doczekam.
Jeśli natomiast chodzi o postać samego Adama Jones'a, miałam wrażenie jakbym oglądała na ekranie chociażby Gordona Ramseya - nie znam bardziej wydzierającego się na kucharzy szefa kuchni. 


 Podczas oglądania filmu byłam również pod wielkim wrażeniem gry Daniela Brühl'a. Nie miałam jak dotąd okazji poznać go lepiej, jednak w filmie Good Bye Lenin!, czy Bękarty wojny na prawdę mi się spodobał. Postać Tony'ego, w którą wcielił się w Ugotowanym całkowicie różniła się jednak moim zdaniem od tych dwóch mi znanych i jak dla mnie Daniel wykonał kawał na prawdę dobrej roboty prezentując nam Tony'ego. Samo połączenie Bradleya Coopera oraz Daniela Brühl'a na prawdę mocno mi się spodobało i z wielką przyjemnością obejrzałabym ich razem w kolejnym filmie.


Bardzo spodobało mi się to, że podczas oglądania Ugotowanego miałam po pierwsze okazję poznać świat restauracji od kuchni i dodatkowo dowiedzieć się co nieco o słynnych gwiazdkach Michelin. Ciekawe dla mnie było to, jakimi regułami się to wszystko rządzi i jak wielkie osiągnięcie jest dla całej restauracji, gdy uda im się zdobyć którąś z gwiazdek. 
Jednakże Ugotowany to nie tylko rygor i presja, jakie towarzyszą pracy w najlepszej restauracji na świecie. W filmie nie zabrakło zabawnych momentów, które zaprezentowane w naprawdę wyważony sposób doprowadziły mnie do łez - chociażby jeden z momentów, gdy Tony rozmawia z Adamem na temat gwiazdek Michelin (uwielbiam!). 

Akcja filmu płynie na prawdę bardzo szybko. Z początku miałam lekki problem z nadążaniem za fabułą i łączeniem ze sobą poszczególnych wątków, jednak z czasem przestało mi to już przeszkadzać i całość oglądało mi się na prawdę dobrze. Moim zdaniem szybkie tępo akcji miało odwzorowywać prędkość z jaką toczy się życie ludzi pracujących właśnie w takich restauracjach. Jeśli właśnie taki był tego zamysł, wyszło na prawdę świetnie.


Wychodzi więc na to, że mimo iż oczekiwałam od Ugotowanego czegoś nieco innego, to co dostałam zadowoliło mnie w stu procentach! Nie zabrakło wartkiej akcji, bardzo dobrych aktorów oraz charakterystycznego klimatu. Choć po drodze troszkę narzekałam, koniec końców mogę powiedzieć, że warto było zapoznać się z tą produkcją! Więc jeśli jeszcze nie mieliście poznać szalonego kulinarnego świata  przedstawionego w Ugotowanym, to przyszedł najlepszy czas, aby to wszystko nadrobić. Z pewnością się nie zawiedziecie!


środa, 22 marca 2017

[152] Diabolika


Tytuł oryginału: The Diabolic
Autor: S.J. Kincaid
Cykl: Diabolika
Tom: 1
Ilość stron: 412 stron
Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte
Ocena: 7/10

Diaboliki
NIE ZNAJĄ LITOŚCI.

Diaboliki
SĄ SILNE.

Ich przeznaczeniem jest
ZABIJAĆ W OBRONIE CZŁOWIEKA,
dla którego zostały wyhodowane.

NIC WIĘCEJ SIĘ NIE LICZY.

Wyglądamy jak ludzie. Jesteśmy agresywni, zdolni do bezgranicznego okrucieństwa i absolutnej lojalności. Właśnie dlatego jesteśmy strażnikami zamożnych rodzin.

Służę córce senatora, Sydonii, którą traktuję jak siostrę. Zrobiłabym dla niej wszystko. Teraz, aby ją ochronić, muszę udawać, że nią jestem, zachowując w tajemnicy moje zdolności. Żyjąc wśród bezwzględnych polityków walczących o władzę w imperium, odkryłam w sobie cechę, której zawsze mi omawiano - człowieczeństwo.

Mam na imię Nemezis i jestem diaboliką.
Czy mogę zostać iskrą, która rozbłyśnie w mroku imperium?
[opis pochodzi z okładki książki]

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak mógłby wyglądać nasz świat (albo nawet i wszechświat), jakie byłyby dalsze losy ludzkości za kilkaset lat? Czy nadal ograniczalibyśmy się wyłącznie do mieszkania na Ziemi, czy może rozprzestrzenilibyśmy się po całym kosmosie? Nemezis żyje w świecie, gdzie na stałej planecie mieszkają tylko ci, którzy tak na prawdę nic nie znaczą dla Imperium. Codziennie narażają swoje życie przebywając w blasku śmiercionośnych promieni słonecznych, podczas gdy zamożniejsi wiodą spokojne życie na swoich statkach z dala od wszelkich niebezpieczeństw. Ich największym wrogiem jest jednak władza nad Imperium - każdy czyha na cesarski stołek. To jednak w ogóle nie dotyczy Nemezis - nie musi martwić się ona tymi wszystkimi politycznymi bzdurami. Dla niej najważniejsza jest jedynie Sydonia - córka senatora Impiriana. Jej życiowym celem jest bronić dziewczynę do ostatniego swojego tchnienia. Nemezis zrobi wszystko, aby utrzymać Donię przy życiu - zabije każdego, kto tylko będzie jej zagrażał. Nemezis jest diaboliką, a to jej jedyny cel w życiu.

Bardzo rzadko zdarza mi się czytać dystopie - mam kilka sprawdzonych już tytułów, do których się ograniczam i nie często poszerzam to grono. Gdy usłyszałam o Diabolice nie od razu miałam na nią ochotę, jednak gdy stopniowo zaczynałam poznawać więcej szczegółów dotyczących tej powieści, przekonywałam się, że może jednak warto dać jej szansę. Dzięki Book Tour organizowanemu przez Wydawnictwo Moondrive w końcu nadarza mi się okazja, aby poznać historię Nemezis, a ta miejscami na prawdę mrozi krew w żyłach.

Główna bohaterka książki, Nemezis, jest diaboliką. Kto to diabolika, zapytacie. Otóż jest to istota stworzona na ludzkie podobieństwo, pozbawiona jednak niektórych charakterystycznych dla człowieka cech (jak chociażby możliwość odczuwania emocji). Diaboliki są śmiertelnie niebezpieczne i zrobią wszystko, aby bronić swojego właściciela, który jest dla nich najważniejszy na świecie. Relacja łącząca Nemezis z jej panią Sydionią jest jednak trochę inna, niż u większości diabolik. W przeciwieństwie do innych ludzi, którzy czują odrazę do diabolik i uważają je za okropne humanoidy, Sydonia traktuje Nemezis jak równą sobie i stara się zrobić wszystko, aby ta uwierzyła, że nie jest od nikogo gorsza. Na samym początku nieco trudno było mi ogarnąć cały ten motyw diabolik, gdyż wydawało mi się być to na prawdę mocno dziwaczne. Książkę czytało mi się przez to trochę trudno. Teraz jednak mogę powiedzieć, że autorka miała na prawdę świetny pomysł, kreując diaboliki, czy w końcu samą Nemezis. Była ona dla mnie bardzo ciekawą postacią i muszę przyznać, że przyjemnie mi się ją poznawało i spędzało z nią czas. 

My poznajemy Nemezis w momencie, w którym Matriarchini oraz senator Impirian postanowili kupić ją dla swojej córki Sydonii. To jednak dopiero początek historii, która jest na prawdę mocno zawiła. Jak wspomniałam nie często sięgam po dystopie, a gdy zawierają one spory wątek sci-fi, już całkowicie sobie ich odmawiam. Ciężko mi więc było przyzwyczaić się do tych wszystkich skomplikowanych nazw czy zwyczajów, które autorka przedstawiła w swojej książce, a które dla mieszkańców Imperium były naturalne. Przyznam się wam, że rozważałam nawet porzucenie tejże książki, ponieważ za bardzo się z nią męczyłam. Cieszę się jednak, że do tego nie doszło, gdyż z czasem wszystko sobie w głowie poukładałam i teraz bez problemu mogłabym wyjaśnić komuś poszczególne elementy codzienności bohaterów Diaboliki. Także mimo iż początki były nieco trudne mogę śmiało powiedzieć, że warto było pokonać te wszystkie przeszkody.

Choć z początku podchodziłam nieco sceptycznie do książki, teraz jestem nią na prawdę mile zaskoczona. Bardzo ciekawi mnie, co autorka przedstawi swoim czytelnikom w kontynuacji serii, gdyż nie mam żadnego pomysłu na to, co mogłoby tam spotkać Nemezis. Zakończenie Diaboliki wprawiło mnie w naprawdę spory niepokój (tek, kto czytał już książkę z pewnością to rozumie), jednakże wzbudziło bardzo mocno moją ciekawość. Myślę, że na pewno sięgnę po kolejny tom serii. Słowem podsumowania mogę wam już tylko powiedzieć, że na prawdę warto zapoznać się z Diaboliką, by przenieść się do całkiem innego świata pełnego mrocznych intryg, gdyż z pewnością tego nie pożałujecie. Ja z całą pewnością swojej decyzji nie żałuję!

DIABOLIKA:
diabolika

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Moondrive!

Książka bierze udział w Book Tour, które organizuje Wydawnictwo Moondrive.

poniedziałek, 20 marca 2017

[151] Droga do Misty


Tytuł oryginału: Misty Falls
Autor: Joss Stirling
Cykl: Saga o braciach Benedictach
Tom: 4
Ilość stron: 382 strony
Wydawnictwo: Akapit Press
Ocena: 6/10

Misty to dziewczyna-katastrofa, obdarzona sawanckim „darem”, który sprawia, że nie potrafi kłamać. W wyniku tej niekontrolowanej prawdomówności na każdym kroku pakuje się w kłopoty. 

Kiedy poznaje Alexa, przystojnego, pewnego siebie i nieprawdopodobnie czarującego chłopaka, Misty w jednej chwili postanawia zachować bezpieczny dystans… Z pewnością ktoś tak doskonały jest poza jej zasięgiem. 

Tymczasem na całą sawancką społeczność pada strach: seryjny morderca tropi młodych ludzi obdarzonych niezwykłymi mocami. Wkrótce kolejna ofiara zostanie przez niego doprowadzona na granicę życia i śmierci… i jeszcze dalej.
[opis pochodzi z okładki książki]

Z wielką niecierpliwością czekałam na ukazanie się kolejnego tomu Sagi o braciach Benedictach. Serię tą pokochałam już od pierwszej strony Kim jesteś Sky? (recenzja klik) i z każdą kolejną powieścią zatracałam się w niej coraz bardziej. Cały czas myślałam jednak, że w Drodze do Misty, to właśnie ów Misty okaże się być tajemniczą przeznaczoną Uriego (czyli tak, jak to autorka czyniła do tej pory), a tu proszę! Choć oczywiście bracia Benedictowie nadal występują w powieści i to nawet bardzo często, to jednak tym razem autorka postanowiła poświęcić swoją książkę komuś całkiem innemu.

Główną bohaterką powieści jest niejaka Misty - sawankta, która przez swój dar ma wiecznie same problemy. Otóż nie potrafi ona kłamać, a gdy nie pilnuje swoich umiejętności wszyscy, którzy przebywają z nią w jednym pomieszczeniu, momentalnie zaczynają wyznawać najbardziej skrywaną prawdę. Już od pierwszych stron książki bardzo polubiłam Misty i choć mocno współczułam jej wszystkich tych jej wtop, to mimo wszystko na prawdę mocno uśmiałam się z niektórych jej wpadek. Przez cały czas mocno ciekawiło mnie to, jaką rolę przeznaczyła dla niej autorka książki. Z początku myślałam, że może okaże się być ona przeznaczoną dla jednego z braci Benedictów, jednak tak jak wspomniałam, tym razem grali oni raczej boczne skrzypce. Trochę się tym zawiodłam, gdyż przyzwyczajona byłam już do starego schematu - koniec końców mogę śmiało powiedzieć, że później w ogóle mi to nie przeszkadzało i całą historię śledziłam z zapartym tchem.

Gdybym jednak miała być szczera tak w stu procentach, muszę powiedzieć, że poprzednie części Sagi... podobały mi się znacznie mocniej. Nie chodzi tutaj już o tą całą Misty, czy brak Benedictów - zwyczajnie odnoszę wrażenie, że tej części zabrakło tego charakterystycznego klimatu, który można było dostrzec w poprzednich częściach sagi. Choć, tak jak mówię, historia mi się podobała, to jednak miejscami trochę się przy niej nudziłam. Dużo w tym przypadku ratowała Misty, dzięki swojemu humorowi, jednak chciałabym, żeby historia przedstawiona była nieco inaczej.
Miejscami bardzo mocno denerwowała mnie postać Alexa. Odkąd zaczęłam przygodę z książkami Joss Stirling wydawało mi się, że gdy przeznaczeni już się odnajdą, nic nie jest dla nich bardziej ważne, niż jego partner. W przypadku Alexa sprawy miały się jednak nieco inaczej i momentami swoją postawą po prostu strasznie mnie wkurzał. Dotychczas bardzo lubiłam wszystkich bohaterów poznanych w tej serii, jednak Alex zdecydowanie do tego grona nie trafił.

Przechodząc więc już do podsumowania, powiem po prostu, że choć całość mi się podobała, to jednak jestem nieco rozczarowana tym, co Joss Stirling tym razem dla nas przygotowała. Spodziewałam się historii, której bohaterem będzie kolejny z braci Benedictów, a otrzymałam tylko namiastkę swoich oczekiwań. Miejscami miałam wrażenie, że autorka na siłę napisała Drogę do Misty, by była to tylko kolejna część - taka zapchajdziura. Z tego co widziałam, kolejna część Sagi... również nie ma trzymać się sztywno braci Benedictów, co mnie bardzo smuci, jednak mam nadzieję, że wyjdzie ona autorce o niebo lepiej, niż właśnie Droga do Misty. Powiem więc tak - jako, że poprzednie części serii mam już za sobą, cieszę się, że przeczytałam i tą, jednak nic nie wniosła ona do historii i zdecydowanie można by się bez niej obejść.


PS przepraszam was, jeśli moja recenzja wyda się być nieco chaotyczna - zwyczajnie nie miałam zielonego pojęcia, co miałabym o tej książce powiedzieć... 

SAGA O BRACIACH BENEDICTACH:
kim jesteś, Sky? | jak Cię wykraść, Phoenix? | znajdę Cię, Crystal | droga do Misty | śmiało, Angel! | summer shadows 

niedziela, 19 marca 2017

[150] Ogromne okno


Tytuł oryginału: The Wide Window
Autor: Lemony Sincket
Cykl: Seria niefortunnych zdarzeń
Tom: 3
Ilość stron: 221
Wydawnictwo: Egmont
Ocena: 8/10

Drogi czytelniku!

Jeżeli nie czytałeś jeszcze żadnej książki o sierotach Baudelaire, to przed przeczytaniem następnego zdania dowiedz się jednego: Wioletka, Klaus i Słoneczko to dzieci grzeczne i inteligentne, ale ich życiem - co stwierdzam z żalem - rządzi pech i nieszczęście. Wszystkie historie o trójce Baudelaire'ów są smutne i przygnębiające, ale ta, którą trzymasz w ręku, jest chyba najgorsza.
Jeżeli nie gustujesz w opowieściach, w których występuje huragan, urządzenie sygnalizacyjne, głodne pijawki, chłodnik ogórkowy, brutalny łotr i lalka imieniem Panna Penny - to książka ta najprawdopodobniej wpędzi cię w czarną rozpacz.
Ja zamierzam dalej spisywać tragiczne dzieje sierot Baudelaire, gdyż takie jest moje zadanie. Ty jednak zdecyduj sam, czy potrafisz znieść tę ponurą historię.

Z poważaniem
Lemony Snicket
[opis pochodzi z okładki książki]

Po tym, jak wujek Monty zostaje zabity przez okrutnego Hrabiego Olafa, który upozorował jego samobójstwo, sieroty Baudelaire zostają wysłane do kolejnego nieznanego im dotąd krewnego. Tym razem rolę ich prawnego opiekuna ma pełnić ciotka Józefina - niezwykle dziwaczna i bojaźliwa kobieta, która boi się wyłonić choćby czubek nosa ze swojego domu, a i w nim z resztą nie czuje się tak na prawdę bezpieczna. Wszystko jest jednak lepsze, niż mieszkanie u potwornego Hrabiego Olafa. Ten jednak nie próżnuje i w końcu ponownie daje o sobie znać. Czy tym razem życie sierot Baudelaire ponownie stanie się zagrożone?

Choć uwielbiam dotychczasowe części Serii niefortunnych zdarzeń, które udało mi się przeczytać, podejrzewam, że gdyby nie serial powstały właśnie na podstawie tych powieści, który niedawno zaczęłam oglądać, jeszcze długo zwlekałabym z kontynuowaniem serii. Zawsze po drodze coś okazywało się być znacznie ważniejsze i tak poznanie Ogromnego okna odsuwałam coraz bardziej.
A tu się okazuje, że w książce poznajemy kolejną świetną historię. Oczywiście nie ma się co łudzić,że może tym razem sieroty Baudelaire spotka szczęśliwe zakończenie - co to, to nie!

W Ogromnym oknie poznajemy kolejną tajemniczą członkinię rodziny Baudelaire, o której Wioletka, Klaus i Słoneczko nie mieli zielonego pojęcia. Ciotka Józefina jest całkowitym przeciwieństwem tak uwielbianego przez dzieci wujcia Montiego. Jeszcze nigdy nie poznałam osoby, która tak bardzo by się wszystkiego bała (dosłownie wszystkiego!). Otóż ciotka Józefina żyje w ciągłym strachu, że zaraz coś może się jej stać, wieży we wszystkie przesądy i chyba sama stworzyła już kilka dodatkowych tak na zapas. Mimo to jednak lepsze to, niż powrót do okrutnego Hrabiego Olafa, który niestety nadal czyha na majątek sierot Baudelaire.
Gdy czytałam Ogromne okno okazało się, że tak na prawdę znam już całkiem dobrze tą historię dzięki ekranizacji serii (recenzja klik), którą oglądałam jeszcze zanim zabrałam się za jej papierowy pierwowzór. Jestem więc bardzo mile zaskoczona, jak dobrze wszystkie szczegóły zawarte w książce zostały tam odwzorowane. Mimo to jednak na prawdę miło czytało mi się tą powieść - myślę, że w dużej mierze jest to zasługa świetnego pióra tajemniczego Lemony'ego Snicket'a (autora serii), który tworzy wokół całej tej tajemniczej historii na prawdę fantastyczny klimat.

Myślę więc, że śmiało mogę powiedzieć, że Ogromne okno to kolejna świetna część Serii niefortunnych zdarzeń, której zwyczajnie nie można ominąć. Razem z Wioletką, Klausem i Słoneczkiem możemy rozwiązywać kolejne rodzące się tajemnice, jednak nie ma się co nastawiać na całkowite odkrycie ich - autor cały czas zaskakuje coraz to nowymi wątkami! Możecie być więc pewni, że z całą pewnością nie będziecie się nudzić podczas lektury. Co więcej mogę powiedzieć - koniecznie musicie sięgnąć po Ogromne okno!

SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ:
przykry początek | gabinet gadów | ogromne okno | tartak tortur | akademia antypatii | winda widmo | wredna wioska | szkodliwy szpital | krwiożerczy karnawał | zjezdne zbocze | groźna grota | przedostatnia pułapka | koniec końców

piątek, 17 marca 2017

[83] FILMOWO: Merida Waleczna

Tytuł oryginału: Brave

Reżyseria: Mark Andrews, Brenda Chapman

Scenariusz: Brenda Chapman, Irene Mecchi, Mark Andrews, Steve Purcell

Gatunek: Animacja, Familijny, Fantasy, Przygodowy

Produkcja: USA

Czas trwania: 1 godz. 30 min.

Premiera: 17 sierpnia 2012 (Polska), 10 czerwca 2012 (świat)

Obsada: Kelly Mcdonald (Merida - głos), Billy Connolly (Fergus - głos), Emma Thompson (Elinor - głos), Julie Walters (Wiedźma - głos), Robbie Coltrane (Lord Dingwall - głos), Kevin McKidd (Lord MacGuffin/Młody MacGuffin - głos), Craig Ferguson (Lord Macintosh - głos)/Dominika Kulźniak (Merida - głos polski dubbing), Andrzej Grabowski (Król Fergus - głos polski dubbing), Dorota Segda (Elinor - głos polski dubbing), Antonina Girycz (Wiedźma - głos polski dubbing), Mieczysław Morański (Lord Dingwall - głos polski dubbing), Sylwester Maciejewski (Lord MacGuffin - głos polski dubbing), Krzysztof Kiersznowski (Lord Macintosh - głos polski dubbing)

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Księżniczka powinna być dystyngowana, spokojna i wciąż świecić przykładem. Merida jest jednak całkowitym przeciwieństwem właśnie takiej księżniczki. To szalona i pełna życia  dziewczyna, która wolałaby robić wszystko to, co robią mężczyźni, niż uczyć się tego co młoda księżniczka wiedzieć powinna. W dodatku jej matka zrobi wszystko, aby z Meridy uczynić godną przyszłą królową. Gdy pewnego dnia rodzice ogłaszają córce, że przyszła pora wydać ją za mąż, a kandydaci są już w drodze, bohaterka postanawia zrobić wszystko, aby tylko powstrzymać swoje zamążpójście.

Uwielbiam animacje, które przedstawiają widzowi życie normalnego człowieka, a nie jakichś wymyślonych postaci. W dodatku, gdy akcja tej animacji dzieje się w jakichś odleglejszych od naszych czasach, jestem po prostu w niebo wzięta. Merida Waleczna wydawała się więc być dla mnie wręcz idealna - jednak, czy udało jej się sprostać moim oczekiwaniom?


Na samym początku muszę jednak powiedzieć, że decydując się właśnie na tą animację, spodziewałam się czegoś całkowicie innego. Początek produkcji to to, czego oczekiwałam, jednak dalsza część całkowicie mnie zaskoczyła, gdyż myślałam, że dalej ciągnąć się będzie to samo, co było wcześniej. Kompletnie nie spodziewałam się w tejże animacji wątku z czarownicą, czy niedźwiedziem (tym, którzy nie oglądali jeszcze Meridy... nie chcę za dużo zdradzać), dlatego początkowo byłam tym nieco zawiedziona. Koniec końców jednak mogę śmiało powiedzieć, że produkcję tą oglądało mi się bardzo dobrze i w ogóle nie żałuję, że się na nią zdecydowałam.

Główną bohaterką animacji jest oczywiście tytułowa Merida - pełna życia młoda księżniczka, która swoją dziką naturę postanowiła wykorzystać w każdy możliwy sposób. Bardzo spodobało mi się to, że postać Meridy została przedstawiona właśnie w taki a nie inny sposób. Pierwszy raz chyba miałam okazję poznać taką niesforną księżniczkę, która nie udaje kogoś, kim nie jest tylko dlatego, że właśnie tego się od niej wymaga. Było to moim zdaniem na prawdę miłe odświeżenie i z miłą chęcią poznałabym więcej takich właśnie bohaterek.


Kolejną rzeczą, która bardzo spodobała mi się w tej animacji było to, w jakich czasach i miejscu została osadzona jej akcja. Nadało to produkcji tego fantastycznego i charakterystycznego klimatu, przez co jestem pewna, że od tego momentu Szkocja zawsze już będzie mi się kojarzyła tylko z Meridą. 
Tak jak wspominałam prędzej, gdy przeszłam do tego momentu produkcji, gdzie akcja zbacza dość mocno z tego, jak prezentowała się ona na samym początku, trochę mnie to zaniepokoiło, gdyż nie tego się po niej spodziewałam. Nastawiłam się na akcję, gdzie Merida będzie musiała rywalizować z młodymi lordami, aby zyskać prawo do swojej własnej ręki. Przyznam. że nie do końca byłam z początku z tego wszystkiego zadowolona, jednakże rozwijająca się akcja przekonała mnie jednak, że nakierowanie fabuły na nieco inne tory nie było wcale takim najgorszym pomysłem.



Niesamowite wrażenie wywarła na mnie również cała otoczka graficzna animacji, tj. krajobrazy, wnętrze zamku, czy chociażby stroje i sam wygląd bohaterów. Cieszy mnie, że powstają jeszcze bajki, które jednak nawiązują jakoś do tego co było i bardzo chciałabym zobaczyć ich w przyszłości o wiele więcej.

Podsumowując więc, chociaż spodziewałam się po tej produkcji czegoś nieco innego, to jednak nie jestem zawiedziona i bardzo cieszę się, że mogłam w końcu poznać historię Meridy. Całość oglądało mi się bardzo przyjemnie, nie obyło się bez fantastycznego humoru, co tylko umiliło mi czas w trakcie oglądania. Z wielką chęcią jeszcze kiedyś powrócę do tej animacji i jestem pewna, że wówczas będzie mi się ją oglądało równie dobrze, jak za pierwszym razem.

http://1.bp.blogspot.com/-p-ZjnvLjyPI/VckVA4T09TI/AAAAAAAAAsc/xe1dblMO9Qc/s1600/1f2aab5cee8c6adbcfdbb1ca12a36c25.jpg

środa, 15 marca 2017

[149] Dręczyciel


Tytuł oryginału: Bully
Autor: Penelope Douglas
Cykl: Fall Away
Tom: 1
Ilość stron: 305 stron
Wydawnictwo: Editio 
Ocena: 8/10

Tate i Jared znali się od dzieciństwa. Łączyła ich przyjaźń, byli sobie bliscy. Wszystko się zmieniło, gdy oboje mieli czternaście lat. Z dnia na dzień Jared zaczął dręczyć Tate — bez wyraźnego powodu. Upokarzał ją, poniżał, robił wszystko, aby zrujnować jej życie. Im bardziej Tate schodziła mu z drogi, tym bardziej sadystycznie ją prześladował. Wreszcie Tate uciekła na rok do Paryża. To ją odmieniło: przestała być przerażoną, zaszczutą dziewczynką, stała się młodą, pewną swojej wartości kobietą. Stała się silna, bardzo silna i zdecydowana. I postanowiła, że nie pozwoli więcej się dręczyć. Wreszcie była gotowa podnieść głowę i nie cofać się przed swoim prześladowcą. Wiedziała, że nie będzie łatwo. Gdy przyjaciel staje się wrogiem, ma ogromną przewagę. Zna wszystkie sekrety, lęki, myśli swojej ofiary i wie, co zaboli najmocniej. Dlaczego Jared stał się prześladowcą Tate? Jakie tajemnice skrywa? Możesz się tylko domyślać mrocznej przeszłości i niezagojonych ran, tych przerażających zdarzeń, które wszystko skomplikowały...
[opis pochodzi z okładki książki]

Dręczyciel to moje pierwsze spotkanie z twórczością Penelope Douglas. Nie bardzo wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej książce, gdyż tytuł kierował moje myśli bardziej w stronę jakiegoś kryminału, czy erotyku, a opis mówił raczej co innego. Szczerze to nie mam pojęcia, kto w ogóle zdecydował o takim a nie innym tytule, gdyż moim zdaniem w ogóle nie odzwierciedla on tego, co możemy znaleźć  na kartach powieści - a możemy znaleźć na prawdę świetną historię!

Po roku nauki w Paryżu, Tate wraca do rodzinnego miasta, by tam skończyć ostatnią klasę liceum. Powrót do codzienności oznacza również powrót do Jareda - sąsiada dziewczyny, który  kiedyś był jej najlepszym przyjacielem. Jednakże po wizycie u ojca kilka lat temu Jared zmienił się całkowicie i zaczął nienawidzić Tate. Przez całe liceum gnębił ją, zaczepiał i mówił wszystkim same okropne rzeczy na jej temat. Paryż jednak ją zmienił i teraz dziewczyna postanawia, że nie będzie już więcej kozłem ofiarnym. Ten rok należy do niej i zrobi wszystko, aby w pełni go wykorzystać. 

Koniecznie muszę w tym momencie powiedzieć, że książka na prawdę bardzo mi się spodobała! Długo po przeczytaniu jej nie mogłam przestać myśleć o całej historii oraz jej bohaterach. Myślę, że jest to na prawdę świetna powieść, lecz przez swoją okładkę oraz raczej mało trafny moim zdaniem tytuł, może ona nie przekonać do siebie zbyt wielu czytelników.
Główną bohaterką Dręczyciela jest Tate - zwyczajna dziewczyna, na którą zawsze można liczyć. Nigdy nie była raczej typem osoby nieśmiałej, jednak przez Jareda jej życie towarzyskie całkowicie legło w gruzach. My poznajemy dwie wersje dziewczyny - Tate przed wyjazdem do Paryża oraz Tate po rocznym pobycie we Francji. Choć z pozoru takie same, te dwie wersje dziewczyny całkowicie się od siebie różnią. Przez ten rok w Paryżu Tate odpoczęła od Jareda, przemyślała sobie sporo rzeczy i doszła do wniosku, że ich przyjaźń już dawno poszła w niepamięć i nie może pozwolić sobie, aby przez kolejne kilka lat była ofiarą jego głupich docinków. Już od pierwszych stron powieści bardzo polubiłam główną bohaterkę i choć miejscami jej zachowanie lekko mnie denerwowało i miałam wrażenie, że dziewczyna trochę wywyższa się nad innymi bohaterami, to jednak bardzo przyjemnie spędzało mi się z nią czas. Moim zdecydowanym ulubieńcem został jednak Jared - tak, właśnie ten Jared gnębiciel, bo jak się okazuje, wcale nie jest on taki, jakby się mogło wydawać. Już od samego początku podejrzewałam, że to, jak traktuje on Tate nie jest przypadkiem i musi mieć jakiś głębszy sens. Nie raz wspominałam już, że ciągnie mnie do książkowych złych chłopców, więc i koło tego nie mogłam przejść obojętnie.
Niesamowicie polubiłam również Madoca, czyli najlepszego przyjaciela Jareda, który choć na początku też wydawał się być tym strasznie złym, to jednak okazał się niesamowicie zabawnym chłopakiem. Na początku powieści obawiałam się, że okaże się on być jedynie tym złym i powiedzmy sobie szczerze, tępym osobnikiem, który tylko robi to, co każą mu inni i dla którego najlepszą na świecie rozrywką jest gnębienie słabszych. I choć owszem po części by się to zgadzało, to jednak, gdy autorka daje nam w końcu możliwość poznania Madoca lepiej, czytelnik dochodzi do wniosku, że mógł się jednak co do niego mylić. Bardzo liczę na to, że w kolejnych częściach serii autorka poświęci Madocowi nieco więcej czasu - z pewnością byłby to fantastyczny pomysł.

Cały czas będę podkreślać, jak nietrafny moim zdaniem jest w tym przypadku tytuł książki, gdyż tak naprawdę tego dręczenia jest tutaj stosunkowo mało (przynajmniej ja myślałam, że książka będzie tym przesycona). Sądzę jednak, że dobrze jest tak, jak jest, gdyż gdyby autorka powieści skupiła się właśnie na tej ciemniejszej stronie historii, nie czytałoby mi się jej aż tak dobrze, a jak już powiedziałam na początku - było na prawdę fantastycznie!
Penelope Douglas ma bardzo przyjemne i lekkie pióro, co skutkuje tym, że książkę czyta się szybko i bez najmniejszych problemów. Autorka nie zapełniła całości niepotrzebnymi watkami, czy opisami, co mnie osobiście bardzo cieszy. Mogę śmiało powiedzieć, że co do jej stylu nie mam żadnych zastrzeżeń.

Przechodząc więc już do podsumowania chcę jeszcze raz powiedzieć, że wbrew temu, co mogłoby się wydawać, Dręczyciel to na prawdę świetna książka, którą fani gatunku z całą pewnością powinni przeczytać. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś, kto tak jak ja lubi tego typu historie, mógłby ją ominąć. Po pierwszym spotkaniu z twórczością Penelope Douglas mogę stwierdzam, że bardzo przyjemnie mnie ona zaskoczyła i z teraz już liczę, że o kolejnych jej dziełach będę mogła powiedzieć dokładnie to samo. Pozostaje mi więc jeszcze raz zachęcić was do sięgnięcia po Dręczyciela! Pamiętajcie - w tym przypadku nie warto oceniać książki po okładce, czy jej tytule!

FALL AWAY:
 dręczyciel | rival | falling away | aflame 

Za możliwość poznania tej serii oraz historii zawartej w Dręczycielu, serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio!

poniedziałek, 13 marca 2017

[148] Serce z popiołu


Tytuł oryginału: Herz zu Asche
Autor: Kathrin Lange
Cykl: Serce ze szkła
Tom: 3
Ilość stron: 416 stron
Wydawnictwo: Muza
Ocena: 7/10

Na końcu
Pozostanie...
Klątwa

Juli nie może tego pojąć: Cherlie żyje! David nie musi się już obwiniać. On i Juli mogliby żyć długo i szczęśliwie. Problem w tym, że piękna Charlie poruszy niebo i ziemię, by odzyskać byłego narzeczonego, a duch Madeline Bower coraz bardziej wpędza Juli w obłęd. David widzi tylko jedną możliwość, by ochronić ukochaną: musi z nią zerwać. Kiedy wizje Juli stają się coraz bardziej przerażające, dziewczyna postanawia skończyć z klątwą raz na zawsze - nawet jeśli będzie musiała poświęcić wszystko, co jest jej drogie...
[opis pochodzi z okładki książki]

Nikt nie może zrozumieć, jak to się stało, że po upadku z klifów Gay Head, Charlie nadal żyje. W końcu już tyle zrozpaczonych kobiet straciło życie popełniając tam samobójstwo, a Charlie - kolejna ofiara nieszczęśliwej miłości - przeżyła i ma się całkiem dobrze. Choć Juli cieszy się wiedząc, że to jednak nie David jest winny śmierci dziewczyny, to jednak zaczyna dochodzić do wniosku, że powrót dziewczyny może oznaczać tylko same kłopoty. Ta bowiem zrobi dosłownie wszystko, aby znów przeciągnąć na swoją stronę Davida, aby móc na powrót nim manipulować, aby robił wszystko, czego ta sobie zażyczy. David mimo to wciąż uparcie twierdzi, że tylko Juli się dla niego liczy, a Charlie to przeszłość. Dla ducha Madeline Bower to nie ma jednak najmniejszego znaczenia - i tak prędzej czy później kobieta zakochana w potomku rodziny Bell będzie musiała umrzeć. Czy będzie nią właśnie Juli?

Serce z popiołu to ostatnia już część trylogii Serce ze szkła, która na samym początku tak bardzo mi się spodobała. Byłam oczarowana tym, jak autorka zwinnie połączyła w swojej powieści wszystkie wymyślone przez siebie wątki tworząc bardzo wciągającą i niezwykle oryginalną historię. Cały czas z wielkim zacięciem śledziłam rozwijającą się akcję próbując samemu rozgryźć, co kryje za sobą klątwa Madeline Bower. Druga część, Serce w kawałkach, również mnie wciągnęła, jednak nie zabrakło już tam wielu rzeczy, które jednak bardzo mnie denerwowały (chociażby fakt, że główna bohaterka Juli zachowywała się jak zazdrosna smarkula, która na każdym kroku pilnuje swojego ukochanego Davida i gdy tylko widzi, że ten rozmawia z inną dziewczyną, od razu wydaje jej się, że jest on w swojej rozmówczyni szalenie zakochany, a ona to jedynie przeszłość). Choć wychodzące na jaw tajemnice niesamowicie mnie interesowały, przez co książkę czytało mi się całkiem dobrze, to niestety nie było już to to samo, co pierwszy tom. Jeśli mam być szczera, to muszę powiedzieć, że finałowa powieść była dla mnie mieszanką i pierwszego i drugiego tomu. Tych denerwujących momentów nie było tu już aż tak dużo (choć owszem wciąż były), powrócił klimat powieści, który poznałam w Sercu ze szkła i którego tak bardzo brakowało mi w Sercu w kawałkach. Jednocześnie autorka dostarczyła swoim czytelnikom na prawdę wiele zwrotów akcji i wciągających momentów, od których na prawdę trudno było się oderwać.

Książka zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym zakończyła się jego poprzedniczka, co dla mnie jest na prawdę sporym plusem, gdyż nie musimy się domyślać przez to, co działo się w tym czasie, który przez autorkę zostałby pominięty. Tak mamy mamy po prostu wrażenie, że czytamy kolejne rozdziały tej samej powieści i nic nam nie umyka. Dalej dzieje się na prawdę sporo - od wyjaśniania przez Charlie, co działo się z nią przez ten czas, gdy wszyscy myśleli, że nie żyje, po bardzo nachalne halucynacje Juli. Jest to jednak dopiero namiastka tego ogromu motywów, jakimi bombarduje nas autorka. Nie ma się jednak co martwić, że będzie tego za dużo, gdyż Kathrin Lange dość spójnie sobie to wszystko zaplanowała, przez co czytelnik nie ma wrażenia, że gubi się w samym środku fabuły. W Sercu z popiołu bardzo dużo się wyjaśnia - poznajemy odpowiedzi na większość nurtujących bohaterów spraw (gdzie okazuje się, że rozwiązanie mieliśmy tak na prawdę na wyciągnięcie ręki, lub zwyczajnie jesteśmy tak zaskoczeni i dochodzimy do wniosku, że w życiu nie wpadlibyśmy na pomysł, że jakaś sytuacja mogła mieć taki finał). Mimo to uważam, że nie wszystko zostało przez autorkę rozstrzygnięte tak do końca i jest kilka właśnie takich sytuacji, które mnie osobiście nie dają spokoju (chociażby w przypadku klątwy Madeline Bower, która została po części wytłumaczona, a mimo to nie znam odpowiedzi na wszystkie nurtujące mnie pytania). Także osobiście czuję po zakończeniu książki lekki niedosyt i żałuję, że niektórych wątków autorka nie wyjaśniła czytelnikowi nieco bardziej dobitnie.

Gdy mówiłam o  Sercu w kawałkach narzekałam trochę, że nie podoba mi się to, iż postać Davida została aż tak bardzo zmieniona w porównaniu do tego, jak postrzegałam to w pierwszym tomie serii. Ucieszyło mnie więc, że w finałowej części David o wiele bardziej przypominał siebie i w końcu otrzymałam taką samą postać, jaką polubiłam wcześniej. Ciekawą postacią była tutaj niewątpliwie Charlie, która cały czas jest dla mnie jedną wielką zagadną. Poznając ją jedyne co w jej przypadku cisnęło mi się na usta to słowo wariatka. Gdy teraz mam już ów powieść za sobą nie jestem do końca przekonana, czy mój osąd w stosunku do niej był tak do końca prawdziwy. Owszem w większości momentów Charlie zachowywała się bardzo niezrównoważenie, jednak na końcu książki dość mocno mnie zaskoczyła i sprawiła, że jeszcze bardziej zaczęłam się zastanawiać, jaka ona była tak na prawdę - czy wiecznie jedynie udawała, aby osiągnąć wyznaczone przez siebie cele, czy tak jak mówiłam, była jedynie wariatką.

Podsumowując więc uważam, że Serce z popiołu to dobre zakończenie całej tej historii, choć jak dla mnie jeszcze sporo rzeczy nie zostało w niej wyjaśnionych. Książkę czytało mi się z zapartym tchem i w jeden wieczór pochłonęłam większą połowę powieści. Nie zawiodłam się na stylu autorki, który tak bardzo spodobał mi się na samym początku i mam ogromną nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję poznać inne jej dzieła. Myślę więc, że jeśli zaczęliście już swoją przygodę z Sercem ze szkła waszym obowiązkiem wręcz jest doczytanie tej serii do końca. Bez tego nie dowiedzie się, jak wiele tajemnic krąży wokół Sorrow oraz rodziny Bellów. A jeśli wciąż zastanawiacie się, czy aby na pewno sięgnąć po pierwszy tom powiem wam, że musicie to zrobić jak najszybciej! Myślę, że nie zawiedziecie się na tej serii.

SERCE ZE SZKŁA:
serce ze szkła | serce w kawałkach | serce z popiołu

Za możliwość poznania całej serii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Muza!

piątek, 10 marca 2017

[82] FILMOWO: The Edge of Seventeen

Tytuł oryginału: The Edge of Seventeen

Reżyseria: Kelly Fremon

Scenariusz: Kelly Fremon

Gatunek: Dramat, Komedia

Produkcja: USA

Czas trwania: 1 godz. 44 min.

Premiera: 16 września 2016 (świat)

Obsada: Hailee Steinfeld, Woody Harrelson, Haley Lu Richardson, Blake Jenner, Kyra Sedgwick, Hayden Szeto

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Nadine od zawsze była specyficzna, choć specyficzna jest chyba zbyt łagodnym słowem aby ją opisać. Miała jednak swoją najlepszą przyjaciółkę Kriste oraz tatę, którzy kochali ją mimo jej dziwnych zachowań. Gdy jednak pewnego dnia ojciec Nadine umiera, powoli zaczyna walić się cały jej świat, a gdy w końcu wszystko powoli zaczyna wracać na swoje tory, dziewczyna nakrywa swoją najlepszą przyjaciółkę w łóżku ze swoim bratem Darian'em. Jest jednak ktoś jeszcze, do kogo Nadine zawsze może się zwrócić - Pan Bruner od historii, który choć często udaje brak zainteresowania, tak na prawdę troszczy się o swoją uczennicę. Czy to jednak wystarczy, gdy powoli zaczynasz uświadamiać sobie, jak bardzo nienawidzisz chociażby własnego głosu, pomijając już całość i powoli zaczynasz rozumieć, że jesteś całkowicie do niczego?


Odkąd poznałam Hailee Steinfeld w filmie Zacznijmy od nowa (recenzja klik), a później w Pitch Perfect 2 (recenzja klik) dosłownie zakochałam się w jej grze aktorskiej i z wielką niecierpliwością czekałam na kolejną produkcję z jej udziałem. Nic więc dziwnego, że bardzo chciałam obejrzeć właśnie The Edge of Seventeen (który niestety nie doczekał się polskiej premiery...). Zwiastun tego film bardzo mi się spodobał, a dodatkowo fakt, iż prócz mojej faworytki miałam zobaczyć tam również fantastycznego Woody'iego Harrelson'a tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że ta produkcja jest właśnie dla mnie! No i w końcu zabrałam się za oglądanie... Cóż, chyba nie było do końca tak, jak się tego spodziewałam...


Po wyglądzie Nadine podczas poznawania zwiastuna filmu myślałam, że czas akcji balansuje gdzieś na przestrzeni lat 80. - 90. Ale jak się szybko okazało taki wygląd to tylko i wyłącznie upodobanie Nadine do niezbyt modnego ubierania się, jak to stwierdził później jej nauczyciel historii. Fajnie więc, że produkcja została osadzona w teraźniejszości - przyznam, że zwyczajnie lepiej mi się to oglądało. Tak więc główną bohaterką jest Nadine. Na samym początku poznajemy krótką historię jej życia związaną z zawieraniem znajomości z innymi dziećmi, itp. Dowiadujemy się, że już od wczesnych lat była ona dzieckiem dość specyficznym (pamiętna scena w aucie) i gdy już powoli skreśliła możliwość prowadzenia zwyczajnego życia z przyjaciółką u boku, pojawiła się Kristy, która również była dość osobliwa, a mimo to wszyscy ją lubili. Resztę filmu oglądamy towarzysząc już siedemnastoletniej Nadine i jak się okazuje, jej życie w cale tak mocno się nie polepszyło. Miała jednak swoją Kristy i to jej wystarczało. Do czasu, gdy ta przespała się z bratem dziewczyny i w końcu postanowili być parą. 


Dla niektórych zachowanie Nadine może wydawać się bardzo dziwne, w końcu czy można się aż tak mocno obrazić na swoją najlepszą przyjaciółkę i brata za to, że zaczęli coś do siebie czuć? Gdy się jest w takiej sytuacji jak ona jest to bardzo możliwe i myślę, że zdecydowanie warto obejrzeć tą produkcję, aby to wszystko zrozumieć. Choć jak dla mnie również niektóre reakcje Nadine były nieco przesadzone, to myślę, że gdyby mnie spotkało coś podobnego, zareagowałaby w bardzo podobny sposób. Jednakże fabuła The Edge of Seventeen nie kręci się tylko i wyłącznie wokół związku brata Nadine z Kristy. Poznajemy także różne rozterki, z którymi dziewczyna musi się zmierzyć myśląc, że nie ma przy sobie nikogo, co pewnie dla każdego z nas byłoby trudne.

Film ten należy do dramatu, swobodnie możemy znaleźć tutaj jednak wiele elementów komedii w dużej mierze ukrytych właśnie w osobie Nadine, czy jej nauczyciela pana Brunera. Jest to moim zdaniem świetne odświeżenie dla dość ciężkiego i trudnego miejscami tematu, gdyż choć wiele razy dostrzegamy tu prawdziwy problem, podchodzimy do niego z humorem i z wielkim dystansem. Mi bardzo się to spodobało i chętnie obejrzałabym więcej takich produkcji.


Nie mam żadnego zastrzeżenia co do gry aktorów. Hailee i tym razem bardzo mi się spodobała - to między innymi dzięki niej film ten zyskał swój wyjątkowy klimat i jestem pewna, że gdyby w postać Nadine wcielił się ktoś inny, produkcja ta wiele by straciła. Dalej mamy Woody'iego Harrelson'a, który w The Edge of Seventeen pełnił rolę tylko bardzo przyjemnego i zabawnego dodatku. Dobrze, że twórcy nie zdecydowanie się poświęcić jego postaci więcej postaci, gdyż wówczas mogliby zdecydowanie przedobrzyć, a tak okazał się być idealną wisienką na torcie. Strasznie dziwną postacią był dla mnie za to Erwin, czyli nowo poznany kolega Nadine. To właśnie słowo dziwny pasuje do niego moim zdaniem najlepiej. Czuję ogromny niedosyt w stosunku do niego, gdyż mimo wszystko pełnił on na prawdę dość ważną rolę w całej produkcji, to jednak było go tam strasznie mało i miejscami można by się było zastanawiać, co on tam w ogóle robi. Pojawiał się po prostu i znikał, nie dało się go zbytnio poznać i to bardzo mi przeszkadzało. Takich postaci w całym filmie było jeszcze kilka, jednak to własnie ten nieszczęsny Erwin najbardziej zapadł mi w pamięć. Szkoda, że został przedstawiony tak jak został - gdyby zdecydowano pociągnąć się jego wątek w nieco inny sposób film mógłby być o wiele lepszy.


Przechodząc więc do podsumowanie, The Edge of Seventeen to dobry film i przyjemnie mi się go oglądało, jednak znalazłam w nim kilka niedociągnięć, które mi osobiście przeszkadzały i mocno zaniżyły moją ocenę całości. Choć świetnie się przy nim bawiłam i z całą pewnością jeszcze nie raz do niego wrócę, to liczyłam na coś troszeczkę lepszego przez co jestem nieco zawiedziona. Tak czy siak jednak polecam wam tę produkcję, gdyż można się z niej bardzo wiele nauczyć. W końcu nasze życie zależy tylko i wyłącznie od nas i to my odpowiadamy za ego ukształtowanie. Możemy zrobić dosłownie wszystko, jeśli tylko będziemy tego chcieć!


środa, 8 marca 2017

[147] Co mnie zmieniło na zawsze


Tytuł oryginału: The Way I Used To Be
Autor: Amber Smith
Ilość stron: 392 strony
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 7/10

To nie liceum ją zmieniło. 
To gwałt. 

Pewnego wieczoru najlepszy przyjaciel jej brata – niemal członek rodziny – sprawia, że świat Eden wywraca się do góry nogami. To, co kiedyś wydawało się proste, teraz jest skomplikowane. To, co kiedyś wydawało się prawdą, teraz jest kłamstwem. Ci, których kiedyś kochała, teraz budzą tylko jej nienawiść. Nic już nie ma sensu. Wie, że powinna powiedzieć komuś o tym, co się stało, ale nie może tego zrobić. Więc ukrywa to w sobie, głęboko. Ukrywa też to, kim kiedyś była – bo teraz jest już inna. Na zawsze.
[opis pochodzi z okładki książki]

Dotychczas Eden była zwyczajną nastolatką - co prawda o wiele bardziej nieśmiałą i spokojną, niż jej rówieśniczki, jednakże nigdy nie żałowała, że jej życie jest, jakie jest. Nigdy nie przypuszczała, że wszystko to może zmienić się w ciągu kilku minut.
Kevin był najlepszym przyjacielem jej brata. Znali się od zawsze, niedawno zaczęła się nawet w nim podkochiwać. Gdy więc w końcu to się stało Eden nie mogła uwierzyć, że właśnie Kevin był do tego zdolny. Chłopak ją zgwałcił... i to w jej własnym pokoju, podczas gdy jej rodzice i brat smacznie spali w swoich sypialniach. Choć wiedziała, że musi to komuś zgłosić, że Kevinowi nie może ujść to na sucho, to stchórzyła... i to wiele razy. Jak dalej żyć, gdy cały twój świat, poprzez jedną noc i jeden okropny czyn, zmienia się całkowicie?

Bardzo lubię powieści, które poruszają tak trudne i ciężkie, a zarazem ważne tematy, jakim jest właśnie gwałt, czy przemoc. Zawsze skłaniają mnie one do refleksji lecz dodatkowo interesuje mnie, jak osoba, która stała się ofiarą postrzega to wszystko - jakie są jej uczucia, co siedzi w jej głowie. W końcu, gdy słyszymy o tym, że ktoś został zgwałcony, albo przez długi czas był maltretowany, tak naprawdę poznajemy jedynie punkt widzenia obserwatora całego zdarzenia. Nigdy natomiast nie będziemy sobie w stanie wyobrazić, jak osoba, której to wszystko dotyczy się czuje - a ten ból jest przeogromny.  W Co mnie zmieniło na zawsze możemy więc trochę bardziej zagłębić się w odczucia ów ofiary, jaką stała się Eden i zobaczyć, jak na przestrzeni trzech lat od momentu, w którym została zgwałcona przez Kevina, zmieniało się całe jej życie, jak i ona sama. Całą historię poznajemy właśnie z jej perspektywy - to ona wszystko nam tłumaczy i pokazuje, jakie uczucia nią targają.

Trzeba przyznać, że Eden to bardzo ciekawa postać. Nie mieliśmy za za bardzo możliwości poznać jej bliżej, jako tej radosnej i nieśmiałej dziewczyny, która nigdy nie sprawiała problemów i robiła wszystko to, co się od niej wymagało. Z krótkich retrospekcji, które sama przywołuje, możemy jednak zauważyć, że zdecydowanie dawna Eden różniła się od tej nowej buntowniczej dziewczyny, której towarzyszymy. Wydawać by się mogło, że taka zmiana, która tam zaszła jest trochę przerysowana, jednak możemy dostrzec, że nie doszło do tego wszystkiego od tak. Najpierw zmiany w charakterze i stylu bycia bohaterki zachodziły łagodnie, gdyż poprzedzone były strachem, jednakże z każdym kolejnym rokiem dochodzi coś więcej i w końcu otrzymujemy buntowniczą i pewną siebie dziewczynę, która z całej siły stara się zamaskować strach i pokazać, że już nie jest tą słabą dziewczynką, która dała się zgwałcić. Jednak czy jest to do końca prawda.
Jak dla mnie Eden jest bohaterką nieco kontrowersyjną - polubiłam jej starą wersję, jednak z każdą kolejną kartką książki (czytaj z każdą kolejną zachodzącą w niej zmianą) zaczynała ona denerwować mnie coraz bardziej. Jednak w innych takich sytuacjach zapewne pałałabym do takiej postaci nie tyle co nienawiścią, co zwyczajnie nie darzyłabym jej zbyt wielkim uczuciem. Tutaj natomiast tak nie miałam, gdyż ta poza, którą przyjmuje to jedynie element obronny, pod którym znajduje się zagubiona dziewczyna, która nie wie, jak poradzić sobie z całą sytuacją i robi wszystko, aby tylko choć trochę zapomnieć o tym, co się stało. Co prawda obrała zły kierunek, jednak podejrzewam, że większość z nas albo bardzo mocno zamknęłaby się w sobie, alby postąpiłaby tak, jak Eden.

Czytając Co mnie zmieniło na zawsze nie mogłam zrozumieć, dlaczego po pierwsze Eden choć wiedziała, że powinna komuś powiedzieć, że została zgwałcona, to tego nie zrobiła i że nikt z jej bliskich nie zaczął zastanawiać się, dlaczego tak nagle dziewczyna zmieniła się w takim stopniu. Nie wiem, jakbym ja postąpiła w takiej sytuacji (i mam nadzieję, że nigdy nie będzie mi dane się tego dowiedzieć), jednak wydaje mi się, że skoro dziewczyna była świadoma tego, że takie rzeczy należy zgłaszać, to powinna to zrobić, prawda? Tym bardziej, że Kevina przez większość czasu w ogóle nie było w jej mieście, ani się z nią nie kontaktował, ani jej nie groził (oprócz momentu zaraz po tym, jak ją zgwałcił) - praktycznie chłopak nic nie robił. Byłabym w stanie to zrozumieć, gdyby było inaczej, gdyby Eden była osaczona przez osobę jej gwałciciela. Skoro jednak tak nie było, dlaczego dziewczyna nikomu nic nie powiedziała? Nie jest dla mnie też do końca zrozumiałe to, że żaden z członków jej rodziny - czy to jej rodzice, czy brat - ani jej najlepsza przyjaciółka nie zwrócili uwagi na to, jak dziewczyna się zachowywała. Gdy o tym czytałam doszłam do wniosku, że u mnie by to w ogóle nie przeszło - gdy czuję się w jakimś stopniu źle, moja mama od razu orientuje się, że coś jest nie tak. Tym bardziej, że zmiana zachowania Eden była w moim stopniu diametralna. Chyba, że tak jak mówiła Eden, jej rodzice byli tak zaślepieni osobą jej brata, że w ogóle nie dostrzegali swojej młodszej córki...

Jeśli chodzi o sposób, w jaki została napisana powieść, muszę powiedzieć, że czytało mi się ją przyjemnie. Autorka nie posługiwała się tutaj zbędnymi opisami miejsc czy uczuć głównej bohaterki. Wszystko zostało odpowiednio wyważone, co sprawiło, że czytanie książki nie było męczące. Co prawda styl autorki nie wywarł na mnie jakiegoś oszałamiającego wrażenia - nic za bardzo nie wprawiło mnie w jakiś wielki zachwyt - jednak z wielką chęcią przeczytałabym kolejną powieść z pod pióra Amber Smith.

Podsumowując więc, Co mnie zmieniło na zawsze to całkiem niezła książka, która skrywa w sobie wiele bólu. Czytając wszystko przeżywamy razem z główną bohaterką jednocześnie mając nadzieję, że jej historia zakończy się chociaż w jakimś stopniu dobrze.Amber Smith bardzo dobrze poradziła sobie z przedstawienie tej trudnej historii kreując ją w taki sposób, że mimo wszystko chce się ją czytać dalej. W powieści wiele się dzieje i przez bardzo długi czas nie można się od niej oderwać. Choć nie znajduję tutaj żadnych minusów nie mogę jednak powiedzieć, że jest to arcydzieło. Z całą pewnością jednak warto poświęcić tej pozycji kilka chwil - myślę, że dla nikogo nie będzie to czas stracony.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

poniedziałek, 6 marca 2017

[146] Working It. Kusząca kariera


Tytuł oryginału: Working It
Autor: Kendall Ryan
Cykl: Love by Design
Tom: 1
Ilość stron: 400 stron
Wydawnictwo: Pascal
Ocena: 7/10

Emmy marzy o wielkiej karierze w Nowym Jorku. Gdy otrzymuje posadę asystentki w prestiżowej agencji modelek, wie, że nie mogła trafić lepiej. Do czasu, gdy poznaje prawdziwe oblicze swojej szefowej. Słynna Fione Stone jest prawdziwą kobietą sukcesu. Wszyscy liczą się z jej zdaniem. Ona nie liczy się z nikim.

Ulubieńcem Fiony jest Ben - pożądana przez wszystkich gwiazda agencji. Gdy Emma i atrakcyjny topmodel poznają się w pracy, nie przypuszczają, że niewinny służbowy flirt przerodzi się w gorący romans w sercu francuskiej stolicy. Pewnej nocy sekret z jego przeszłości burzy wszystko...

Czy Emma i Ben mają szansę na prawdziwy związek?
Kim tak na prawdę w życiu Bena jest Fiona?
[opis pochodzi z okładki książki]

Emma chcąc spełnić swoje marzenia i pragnąc pokazać, że ciężka praca rodziców włożona w jej wychowanie nie poszła na marne, postanowiła przenieść się do Nowego Jorku i tam znaleźć pracę. W końcu trafiła do Agencji Modeli słynnej Fiony Stone, gdzie miała zostać jej asystentką. Praca marzeń szybko przerodziła się jednak w torturę, gdzie Emma dowiedziała się, jaka jej szefowa jest na prawdę. Pewnego dnia poznaje jednego z czołowych modeli Agencji i oczko w głowie Fiony - niezwykle przystojnego Bena Shaw'a. Od czasu ich ostatniego spotkanie Emma nie może przestać myśleć o chłopaku, choć doskonale wie, że jest on poza granicami jej możliwości. Wkrótce jednak okazuje się, że Ben coraz bardziej pragnie towarzystwa dziewczyny podczas wspólnego wyjazdu do Paryża z okazji organizowanych tam dni mody. Jednak Ben skrywa tajemnicę, o której nie chce powiedzieć dziewczynie, a która mogłaby zmienić dosłownie wszystko.

Working It. Kusząca kariera to kolejna książka autorstwa Kendall Ryan, która rozpoczyna również nową serię autorki Love by Designe. Sięgając po tą pozycję obawiałam się, że mocno się na niej zawiodę, gdyż ostatnia powieść z pod pióra Kendall Ryan nie bardzo mnie zachwyciła. Dodatkowo okładka również nie do końca wzbudzała moje zaufanie, gdyż kojarzy mi się za bardzo z tanim i kiepskim erotykiem, a nie to chciałam czytać. Jednak bardzo szybko okazało się, że książka potrafiła mnie bardzo przyjemnie zaskoczyć.

Główną bohaterką powieści jest Emma - młoda dziewczyna, która ma na prawdę spore ambicje. Jak sama wspomina pragnie osiągnąć wiele między innymi dlatego, aby pokazać rodzicom, że dobrze się spisali wychowując ją. Wydawać by się mogło, że dziewczyna pochodząca ze średnio majętnej rodziny może mieć trudności w uzyskaniu świetnej pracy, jednak Emma udowadnia, że wcale tak nie jest. Co do jej postaci mam raczej mieszane uczucia. Co prawda nie obdarzam ją raczej nienawiścią, czy czymś podobnym, jednak nie mogę też powiedzieć, że ją uwielbiam. Podczas lektury była dla mnie postacią raczej neutralną, jednak to nie przeszkadzało mi w zagłębianiu się w jej historię. Dalej poznajemy też Bena, czyli tego pana, od którego wszystko się zaczęło. Może w tym miejscu dodam, że bardzo spodobało mi się czytanie o świecie modeli i modelek, który do tej pory był mi raczej obcy. Cieszy mnie, że autorka kreując taką rzeczywistość postanowiła szukać informacji u źródła, czy prowadząc rozmowy z różnymi modelami i modelkami. To jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że historia przedstawiona przez Kendall Ryan jest bardzo bliska rzeczywistości, a to jak najbardziej zasługuje na duży plus. Ben otóż jest bardzo rozchwytywanym modelem, a dzięki niemu oraz nowej pracy Emmy możemy właśnie przenieść się do tego niezwykle chaotycznego świata. Jeśli chodzi o Bena, to jego polubiłam od samego początku. Gdy przeczytałam o nim po raz pierwszy, czyli w momencie, w którym Emma również dopiero go poznaje, bardzo ciekawiło mnie, jakim bohaterem się on okaże - czy będzie on typem za bardzo pewnego siebie cwaniaczka, który zmieni kobiety jak rękawiczki, czy może chłopakiem, który mimo towarzyszącej mu sławy wciąż będzie sobą. Okazało się, że jest on typem pomiędzy, czyli trochę tego trochę tamtego, a jak dla mnie to bardzo ciekawe i intrygujące połączenie. Ucieszyło mnie jednak, że Ben nie był typowym chłopakiem, dla którego liczy się tylko seks, lecz również wrażliwym i szukającym towarzystwa kogoś, kto będzie się z nim zadawał ze względu na jego osobowość. Zawsze zastanawiało mnie to, jak osoby sławne czują się takich sytuacjach, a dzięki autorce mogłam chociaż w jakimś stopniu to zrozumieć. Jest jeszcze Fiona, czyli ta wredna, która dosłownie wszystko utrudnia. Od samego początku wiedziałam, że jest ona w jakiś sposób połączona z Bene i choć okazała się być potworną jędzą, to i tak w jakiś sposób zyskała moją sympatię. Coś mi mówi, że w dalszych powieściach FIona jeszcze sporo namiesza.

Jeśli chodzi o fabułę to cóż, oczywiście nie ma tu co szukać jakiejś bardzo ambitnej historii, gdyż jest to erotyk, a jego zadaniem jest odprężenie czytelnika i sprawienie, aby miło spędził czas czytając książkę, jednak w żadnym stopniu nie oznacza to, że powieść była kiepska. Wręcz przeciwnie uważam ją za na prawdę bardzo dobrą. Czyta się ją bardzo szybko, a dodatkowo przez cały czas nie można się od niej oderwać. Intryguje już od pierwszych stron, a uczucie to towarzyszy nam praktycznie przez cały czas. Jak wspomniałam wcześniej bardzo spodobało mi się to, że za motyw główny autorka wybrała świat modelingu. Dodatkowo świetnie poradziła ona sobie z przedstawianiem różnych przygotowań do sesji fotograficznych, czy pokazów, w których brali udział bohaterowie. Jednakże jestem nieco zawiedziona tym, że tak mało czasu poświęciła ona samemu Paryżowi. Chyba za dużo czasu poświęciła ona na samych bohaterów i ich ciągłe nocne schadzki. Myślę, że gdyby Kendall Ryan troszeczkę bardziej skupiła się na tym, aby jednak pokazać chociaż troszeczkę czytelnikowi ten cudowny Paryż, to książka na prawdę wiele by zyskała. Jednak mimo to jestem jak najbardziej zadowolona z fabuły.

Myślę, że lekturę Working It. Kusząca kariera mogę uznać za bardzo udaną. Cieszę się, że zdecydowałam się poświęcić na nią chwilę czasu i już niecierpliwie wyczekuję momentu, gdy będęmogła sięgnąć po kontynuację powieści. Jestem strasznie ciekawa, jak dalej potoczą się losy Emmy i Bena, gdyż bardzo im kibicuję. Liczę, że autorka wymyśliła coś naprawdę zapierającego dech w piersiach i że wszystko znów będzie na tym samym dobrym poziomie. Jeśli więc tak jak ja lubicie od czasu do czasu odprężyć się przy właśnie takiej pozycji, koniecznie sięgnijcie po Working It. Kusząca kariera.

LOVE BY DESIGN:
working it. kusząca kariera | gorące zmysły

piątek, 3 marca 2017

[81] FILMOWO: Ciemniejsza strona Greya

Tytuł oryginału: Fifty Shade Darker

Reżyseria: James Foley

Scenariusz: Niall Leonard

Gatunek: Melodramat

Produkcja: USA

Na podstawie: E L James "Ciemniejsza strona Greya"

Czas trwania: 1 godz. 55 min.

Premiera: 10 lutego 2017 (Polska), 7 lutego 2017 (świat)

Obsada: Dakota Johnson, Jamie Dornan, Eric Johnson, Eloise Mumford, Bella Heathcote, Rita Ora, Luke Grimes, Victor Rasuk

Ocena: 10/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Po tym, jak Ana postanowiła zakończyć szaloną przygodę u boku Christiana, dziewczyna stara się żyć normalnym życiem. Skupia się więc na nowej pracy w wydawnictwie jako asystentka redaktora. Jednakże Christian nie odpuszcza i postanawia walczyć o Anastazję. Bohaterowie postanawiają dać sobie jeszcze jedną szansę - tym razem na zasadach Any - i gdy w końcu wszystko powoli zaczyna się układać, przeszłość Christiana daje o sobie znać. W końcu nie da się żyć teraźniejszością, gdy nie zakończyło się przeszłości.


O tym, że jestem wielką fanką Greya wspominałam już chyba nie raz. Mam to gdzieś, że inni tak bardzo hejtują całą tą historię (czy to książki, czy to ich ekranizacje) - wiem, że nie jest to pozycja wysokich lotów, ale mi się podoba i basta! Także nic dziwnego w tym, że to właśnie Ciemniejsza strona Greya stała się moją filmową pozycją obowiązkową na luty. Pierwsza część ekranizacji (recenzja klik) bardzo mi się podobała i gdy tylko wyszłam z sali kinowej, zaczęłam odliczać dni do premiery dwójki, które po prostu ciągnęły się w nieskończoność. Ale warto było tyle czekać! Osobiście jestem niesamowicie zadowolona z tego, co otrzymałam w filmowej adaptacji Ciemniejszej strony Greya.


Wszystkie powieści E L James mam już za sobą, dlatego fabuła nie była dla mnie żadną zagadką. Bardzo ciekawiło mnie jednak, jak tym razem twórcy przedstawią całą tą historię. Pięćdziesiąt twarzy Greya utrzymane było raczej w bardzo tajemniczym i lekko (ale to bardzo leciutko) mrocznym klimacie, który świetnie oddawał moim zdaniem charakter wszystkich zdarzeń. W Ciemniejszej stronie Greya, choć jak sama nazwa mówi poznajemy tą mroczniejszą przeszłość tytułowego bohatera, twórcy postanowili nadal utrzymywać znany nam klimat dodając do niego lekką dawkę humoru. Mi osobiście bardzo to pasowało - w końcu Christian zmienia się z tego przygaszonego i mrocznego mężczyznę, dla którego nie ważne są uczucia i staje się o wiele bardziej przystępny. Czytając książkę odczuwałam, że bohater zaczyna się zmienić i dzięki Anie jest o wiele bardziej szczęśliwy. Cieszę się więc, że i w filmie udało się to właśnie tak przedstawić, jakby oddając wewnętrzne samopoczucie tytułowego bohatera. Nie obawiajcie się jednak, nie zrobili z tego jakiejś kiepskiej komedii (chyba bym ich za to zamordowała...) - wszystko zostało tutaj odpowiednio wyporcjowane (jeśli w ogóle istnieje takie słowo) i nie ma mowy o żadnej przesadzie.


Samej fabuły nie chcę wam za dużo zdradzać, gdyż chciałabym, abyście sami się o wszystkim dowiedzieli oglądając ów ekranizację. Zdradzę jedynie, że da o sobie znać pewna znajoma  Christiana, która będzie chciała trochę namieszać, jednak i ze strony Any zacznie się robić nieco niebezpiecznie, co z resztą pociągnie się aż do ostatniej części trylogii. Będzie więc wiele ciekawych wątków oraz dużo niespodzianek. Uwierzcie mi jednak na słowo, że zdecydowanie warto poznać tą część - nawet mój brat stwierdził, że Ciemniejsza strona Greya o dziwo mu się podobała i to nawet bardziej niż jej poprzedniczka.


Do gry aktorskiej zarówno w przypadku głównych bohaterów, jak i tych podocznych nie mam żadnych zarzutów. Bardzo dużo ludzi uważa, że gra Jamiego Dornana i Dakoty Johnson (a już zwłaszcza dakoty) jest raczej kiepska i bardzo sztuczna, ja jednak tego w ogóle nie zauważam - bardzo przyjemnie ogląda mi się ich na ekranie i choć może miałabym jedno czy dwa małe ale właśnie do Dakoty, to jednak są to bardzo drobne sprawy, na które jestem wstanie przymknąć oko. Jak wspomniałam wyżej w przypadku zmiany jaką zaczyna przechodzić Christian, spodobało mi się to, jak Jamie Dornan to przedstawił - ten uroczy uśmiech, którego w Pięćdziesięciu twarzach Greya było tak mało, teraz nie schodził mu z ust, co bardzo pasowało mi do tej wersji Greya. Jak dotąd oglądałam Dornana tylko w takiej lekko zdystansowanej wersji, dlatego cieszę się, że zaczęłam poznawać tę jego radośniejszą stronę za sprawą granej przez niego postaci. Także jeśli chodzi o aktorów wcielających się w poszczególne role, jak dla mnie było świetnie!


Podsumowując więc, ja Ciemniejszą stroną Greya jestem bardzo zachwycona. Nie znalazłam tutaj żadnych minusów, wszystko mi się spodobało, a to najważniejsze. Co pewnie ucieszy niektóre osoby, w tej części nie skupiono się już aż tak bardzo na scenach erotycznych, jak w przypadku pierwszej części - owszem nadal one występowały, jednak wydaje mi się że było ich nieco mniej i nie stanowiły już one tego głównego motywu filmu, a skupiono się na całkowitym życiu bohaterów. Jeśli jednak liczyliście właśnie na takie momenty to uwierzcie mi, że i tak nie będziecie się nudzić! Uważam więc, że ta ekranizacja to na prawdę dobrze zrobiona adaptacja powieści, w której wiele sytuacji zostało przedstawionych w takiej sytuacji i kolejności, jak miało to miejsce w książce. Nie obyło się oczywiście bez zmian (chociażby w zakończeniu, a przynajmniej tak mi się wydaje), jednak i one świetnie tu się wpasowały. Także ja jestem jak najbardziej na tak i uważam, że warto było czekać te dwa lata na poznanie dalszych losów Christiana i Anastasii i już zaczynam odliczać dni do poznania ostatniej części trylogii, która ma ukazać się już w przyszłym roku.


PIĘĆDZIESIĄT ODCIENI:
pięćdziesiąt twarzy greya | ciemniejsza strona greya | nowe oblicze greya

czwartek, 2 marca 2017

[21] Podsumowanie lutego [2017]

Powiem wam, że choć z pozoru luty wydawał się być dla mnie raczej trudnym miesiącem, to mimo wszystko okazał się być świetny pod względem czytelniczym i filmowym. Dawno już nie miałam tak dobrych wyników jeśli mowa o czytaniu i oglądaniu filmów. Bardzo się z tego cieszę i jestem strasznie ciekawa tego, czy w marcu uda mi się powtórzyć ten sukces, albo nawet go pobić. Udało mi się nadrobić sporo moich czytelniczych zaległości, jak również tych związanych właśnie z filmami z czego jestem bardzo zadowolona. 
Wiosna zbliża się do nas już wielkimi krokami (przynajmniej w mojej miejscowości) i mam nadzieję, że zostanie z nami na dłużej, bo szczerze mimo tego, że uwielbiam zimę, mam jej już serdecznie dosyć i z wielką niecierpliwością czekam na więcej tych słonecznych i radosnych dni.
Po tej krótkiej przemowie zapraszam was w końcu do mojego podsumowania miesiąca!

Liczba wyświetleń: 105,085
(o 3,167 więcej, niż w styczniu)
Obserwatorzy: 419
(o 1 więcej, niż w styczniu)
Polubienia na FB: 222
(o 1 więcej, niż w styczniu)
Polubienia na IG: 258
(o 11 więcej, niż w styczniu)


Tak, jak mówiłam, w lutym udało mi się przeczytać na prawdę sporo książek (jak na mnie). Większość to egzemplarze recenzenckie, które nadal staram się nadrabiać, jednak nie zabrakło też kilku pozycji z biblioteki, które już dawno chciałam przeczytać. Najbardziej z tych siedmiu pozycji podobały mi się Silver. Druga księga snów (recenzja klik), Dotknij mnie (recenzja klik) oraz Ogromne okno, czyli kontynuacja świetnej Serii niefortunnych zdarzeń. Najbardziej chyba jestem zawiedziona Margo (recenzja klik), która w jakimś tam stopniu mi się podobała, jednak to nie było to, czego od tej powieści oczekiwałam. Bardzo ciekawie zapowiada się również nowa seria od Kendall Ryan, której to pierwszy tom udało mi się również przeczytać i już nie mogę doczekać się jej kontynuacji. Co mnie zmieniło na zawsze oraz Droga do Misty były dla mnie raczej na neutralnym poziomie, jednak to ta druga pozycja podobała mi się tu o wiele bardziej. Prócz tego na blogu ukazały się trzy zaległe recenzje.


silver. druga księga snów | margo | dotknij mnie | working it. kusząca kariera (recenzja wkrótce) | co mnie zmieniło na zawsze (recenzja wkrótce) | ogromne okno (recenzja wkrótce) | droga do misty (recenzja wkrótce)


W przypadku filmów, już dawno nie miałam aż tak dobrego miesiąca! Udało mi się obejrzeć sześć produkcji i to takich, na które polowałam już od bardzo dawna. Szczególnie cieszę się, że udało mi się wybrać do kina na Ciemniejszą stronę Greya, co w lutym było dla mnie pozycją wręcz obowiązkową. Trochę zawiodły mnie The Edge of Seventeen oraz Ugotowany, jednak i tak przyjemnie mi się je oglądało. Jeśli chodzi natomiast o Meridę Waleczną miejscami było na prawdę świetnie, ale spodziewałam się tutaj czegoś całkiem innego. Zbuntowaną oglądałam już dawno, bo od razu w dniu premiery, jednak w końcu się spięłam i napisałam jej recenzję (tak... sporo mi to zajęło...). Chciałam też zabrać się za Wierną, ale jak na złość nigdzie nie mogę znaleźć jej w internecie... Tak ze chyba to jeszcze trochę potrwa.


zbuntowana | the edge of seventeen (recenzja wkrótce) | ugotowany (recenzja wkrótce) | jak wytresować smoka 2 (recenzja wkrótce) | merida waleczna (recenzja wkrótce) | ciemniejsza strona greya (recenzja wkrótce)

Pozostałych postów było bardzo mało, gdyż jedynie podsumowanie poprzedniego miesiąca, oraz książkowe zdobycze stycznia. Planowałam opublikować kolejny post z serii porozmawiajmy, jednak na planowaniu jak na razie się zakończyło. Chciałam także opublikować post z rozdaniem z okazji 100 tys. wyświetleń bloga, jednak tutaj również nieco mi się wszystko opóźniło. Jednak myślę, że w marcu już będziecie mogli wziąć udział w rozdaniu.


Tak właśnie wyglądał mój luty. Ja jestem z niego jak najbardziej zadowolona i będę robić wszystko, ale w podsumowaniu marca móc powiedzieć dokładnie to samo. A jakie plany na ten miesiąc? Przede wszystkim zmniejszyć liczbę pozycji recenzenckich, opublikować rozdanie oraz napisać dwa posty z serii porozmawiajmy, jak również recenzje dwóch seriali, które niedawno pokochałam. No i oczywiście nadrobić pozostałe recenzje, które pozostały mi do napisania. Zapowiada się bardzo ambitnie.
A jak wam minął luty? Pochwalcie się swoimi wynikami!
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek