sobota, 24 czerwca 2017

[173] Bad Mommy. Zła mama


Tytuł oryginału: Bad Mommy
Autor: Tarryn Fisher
Ilość stron: 320 stron
Wydawnictwo: SQN
Ocena: 8/10

Przyznam się wam, że po Bad Mommy sięgnęłam po pierwsze przez te wszystkie pozytywne opinie pod jej adresem (a czytałam ich na prawdę sporo!) i po drugie przez tą niesamowitą okładkę (no, czyż nie jest genialna?). Oczywiście żeby nie było wcześniej zapoznałam się z opisem historii, który również miał ogromny wpływ na moją decyzję, ale jednak to właśnie te dwie pierwsze rzeczy przyczyniły się do tego, że w ogóle spojrzałam na tą książkę. Po przeczytaniu Margo (recenzja klik) nie chciałam na razie zagłębiać się w dalsze lektury powieści Tarryn Fishe, bo choć styl autorki mi się spodobał, to jednak na całości troszkę się zawiodłam. Ale teraz będąc już po lekturze Bad Mommy nie chcę robić sobie dalszych przerw od Tarryn Fisher, bo ta kobieta jest po prostu niesamowita! Cóż, nie muszę już chyba więc dodawać, jak bardzo podobała mi się Bad Mommy, prawda?

Wbrew temu, co na początku myślałam książka nie opowiada o jakichś drastycznych morderstwach i niesamowicie wstrząsających akcjach z udziałem porywania małej Mercy - serio myślałam, że tak mniej więcej będzie się rozgrywać akcja. Co ciekawe też, powieści nie poznajemy tylko i wyłącznie z perspektywy Fig, czyli tej złej. Bad Mommy jest dość mocno pokręcona i trzeba poświęcić trochę czasu na jej zrozumienie - ale co z tego skoro książka jest taka świetna.

Gdy piszę teraz dla was tą recenzję i chcę powiedzieć wam, o czym mniej więcej jest książka, mam z tym spory problem - no bo jak to zrobić, żeby nie zdradzać wam tych wszystkich smakowitych kąsków? Można by powiedzieć, że główną bohaterką powieści jest Fig, ale w sumie nie jest to do końca zgodne z prawdą, bo gdy przenosimy się do części, w której to Darius jest narratorem, to właśnie on staje się głównym bohaterem. Jednak gdy na końcu przenosimy się do poznawania historii z perspektywy Joelyn, to samo można by powiedzieć właśnie o niej. Myślę, że najlepiej by było, jeśli powiedziałabym, że Fig jest przyczyną całego tego zamieszania. Poznajemy ją w momencie, gdy kobieta spostrzega na mieście małą dziewczynkę i jest święcie przekonana, że wcieliła się w nią jej nienarodzona córeczka. Przekonanie to sprawia, że kobieta zaczyna obmyślać plan, jak odzyskać ukochaną córeczkę z rąk złej mamy. Im więcej bowiem Fig obserwuje małą Mercy i jej rodziców Joelyn i Dariusa, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, ze musi odebrać tym złym ludziom swoją córeczkę. Postanawia się więc przeprowadzić do sąsiedniego domu i na razie jakość wkraść w łaski rodziny Averych, aby ci zaufali jej na tyle, że w końcu sami zrozumieją, że Mercy należy do niej i to właśnie u niej będzie jej najlepiej. Dochodzi więc do tego, że Fig udaje nową sąsiadkę Averych i stara się z nimi zaprzyjaźnić. Wkrótce jednak kobieta chce być taka sama, jak Joelyn i mieć dokładnie wszystko to, co ona. Jest to jednak dopiero początek historii...

Jak już mówiłam, zabierając się za Bad Mommy spodziewałam się otrzymać nieco inną historię. Ale, czy jestem tym rozczarowana? Zdecydowanie nie! Książka cały czas niesamowicie trzyma w napięciu. Wciąż chce się wiedzieć, co będzie dalej i jak cała akcja się zakończy. Ja sama z wielką gorliwością śledziłam wszystkie ruchy Fig, gdyż obawiałam się, że dosłownie za moment dokona ona czegoś okropnego (w końcu wszystko na to wskazywało). O samej Fig nie mogę powiedzieć, że ją lubiłam, jednak podczas czytania doszukiwałam się czasem małych podobieństw pomiędzy tą bohaterką a mną. Oczywiście nie mam tu na myśli tych psychicznych zachować, tylko to upodabnianie się do innych. Naśladownictwo jest bowiem dopuszczalne, ale wszystko w granicach rozsądku - gdy chcesz mieć dosłownie wszystko to samo co twój obiekt uwielbienia i powoli stajesz się tą osobą znaczy, że coś z tobą jest nie tak. Z początku lektury bardzo polubiłam małżeństwo Averych, jednak im dalej zagłębiałam się w lekturę i poznawałam ten mniej wyidealizowany ich obraz zaczynałam się zastanawiać, czy dalej powinnam ich lubić. Co do wszystkich bohaterów Bad Mommy - w ich przypadku nic nie jest do końca pewne.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że Tarryn Fisher ma niesamowity dar wcielania się w umysły osób dość nienormalnych - i ja się z tym zgadzam. Ale to właśnie dzięki temu autorka potrafi tworzyć takie niesamowite książki, jak właśnie Bad Mommy.  Uważam bowiem, że pod względem kreowania postaci oraz samej fabuły autorka poradziła sobie wręcz po mistrzowsku. Widać, że poświęciła ona na prawdę dużo pracy na zebranie wszystkich potrzebnych informacji i skumulowaniu ich tak, aby to wszystko miało ręce i nogi. Czytając tą książkę utwierdziłam się też w przekonaniu, że Tarryn ma na prawdę niesamowity i bardzo specyficzny styl. Określiłabym go jako nieco dziwny, ale przez to właśnie bardzo przyciągający.

SPOILER [ JEŚLI NIE CZYTAŁEŚ JESZCZE BAD MOMMY OMIŃ TEN FRAGMENT]!
Mam pytanie do tych, który lekturę Bad Mommy mają już za sobą. Nie do końca rozumiem, skąd w części gdzie narrację przejął Darius wziął się mąż Fig... Pamiętam, że na początku książki kobieta wspominała o swoim mężu, ale byłam święcie przekonana, że się z nim rozstała i nie miała z nim kontaktu, aż tu nagle czytam, że on z nią mieszka i czasem przychodził razem z nią do Averych. Możliwe, że podczas czytania coś przeoczyłam, także liczę, że ktoś z was wyjaśni mi, co tam zaszło.
KONIEC SPOILERA!

Podsumowując więc, choć moje pierwsze spotkanie z twórczością Tarryn Fisher uważam za raczej przeciętne, o jednak mogę śmiało powiedzieć, że jestem na prawdę zadowolona z lektury Bad Mommy. Autorka odwaliła kawał na prawdę świetnej roboty, przez co z całą pewnością zasłużyła sobie na te wszystkie ochy i achy pod adresem swojej powieści. Na ogromny plus zasługuje tutaj również to genialne zakończenie - kto książkę już czytał z pewnością się ze mną zgodzi (mi nie dawało ono spokoju przez co najmniej tydzień!). Myślę więc, że jeśli tak jak ja lubicie thrillery psychologiczne, ta pozycja będzie dla was wręcz idealna! Także jeśli jeszcze nie czytaliście Bad Mommy, albo w ogóle o niej nie słyszeliście, czy prędzej to zmieńcie.

piątek, 23 czerwca 2017

Wyniki konkursu - wygraj książkę "Piosenki o dziewczynie"!


Dzisiaj przychodzę do was z wynikami konkursu, który ostatnio był organizowany na blogu, gdzie do wygrania była książka po moim patronatem - Piosenki o dziewczynie (recenzja klik). 
Na samym początku powiem, że bardzo serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy wykazali się odrobiną kreatywności i nie było dla niech problemem, aby napisać kilka zdań na zadanie konkursowe. Do konkursu zgłosiło się zaledwie dziewięć osób, choć chyba powinnam powiedzieć, że aż dziewięć. Powiem wam, że jestem tym wynikiem dość mocno rozczarowana, bo jednak wydawało i się, że zadanie, które dla was wymyśliłam jest proste. W końcu nie chodziło mi tutaj o pisanie Bóg wie jak długich esejów, bo w końcu mi też nie chciałoby się ich czytać. Wystarczyło powiedzieć parę słów i tyle - nic wielce skomplikowanego. Ale jak zdążyłam się już przekonać, widać moi czytelnicy wolą łatwe i bez problemowe zdobywanie nagród. Dziękuję więc jeszcze raz tym, którzy koniec końców się zgłosili.

Przypomnę tylko, o co w całym konkursie chodziło - prócz standardowego Zgłaszam się!, zaobserwowania bloga, podania nazwy, pod którą się go obserwuje oraz podania maila, należało odpowiedzieć na przedstawione zadanie: Z racji tego, że głównym motywem książki Piosenki o dziewczynie jest muzyka chcę, abyście podali mi tytuł jednej piosenki, która waszym zdaniem jest o was i napisali mi, dlaczego właśnie tak uważacie. Za wykonanie tych wszystkich czynności był jeden punkt. Dodatkowo można było zdobyć jeszcze trzy punkty - za udostępnienie banera, za polubienie mojego FB oraz obserwację IG.

Tak wiec wygląda punktacja.




Książka "Piosenki o dziewczynie" trafia do


Wagabunda gratuluję i już wysyłam do ciebie maila z informacją o wygranej! Pamiętaj, że masz trzy dni, aby mi na niego odpowiedzieć. W przeciwnym razie będę musiała wybrać inną osobę, która otrzyma książkę.

A oto najciekawsze zgłoszenia:

Insane Sanity
Właściwie moim ulubionym "muzycznym bliźniakiem" jest utwór Schumanna "Marzenie", krótki i w zasadzie prosty (bo sama nie uważam się ze skomplikowanego człowieka), nieco ciekawski i uparty (motyw główny powtarza się kilkakrotnie z pewnymi wariacjami), melancholijny i łaknący nadziei, który nieśmiało wybrzmiewa. Ale utwór fortepianowy nie zalicza się do kategorii piosenek (choć mogłabym się upierać, że jego "tekst" można czytać między nutami), więc stawiam na "I feel pretty/unpretty". Czemu ta? Nie wiem, czasami jest tak, że w momencie, gdy pierwszy raz usłyszy się jakąś piosenkę, ta dotyka właściwej struny w naszej duszy i po prostu dajemy się jej pochłonąć, przenikać do szpiku kości, oddychać nią, pozwalamy pulsować we krwi, przepływać. Jakby w nas żyła jej mała część, która czekała na odnalezienie. Zwykle w takich momentach dostaję gęsiej skórki albo się wzruszam i wtedy wiem, że to jest TA piosenka. Ten mash-up stworzony na potrzeby serialu Glee jest najbardziej dosadnym ujęciem tego stanu braku równowagi, gdy chce się być szczęśliwa, ale w środku czuje się, że nie jest to możliwe - że się na to nie zasługuje. Można zatuszować na zewnątrz wszystkie oznaki niepewności, ale będąc sama ze sobą nie jest się w stanie udawać, że wewnątrz wszystko nie legło w ruinie. Nie brzmi to jak optymistyczna interpretacja, ale na szczęście nie czuję się tak przez cały czas i jestem w stanie uwolnić się zarówno od tej piosenki, jak i tego stanu.

Paula Semeniuk
Wybrałam piosenkę Anne-Marie - Ciao Adios. Piosenka jest o dziewczynie która dowiaduje się że jej chłopak zdradza ją i decyduje że nie będzie tracić więcej czasu na niego i go zostawia. Od razu jak usłyszałam tą piosenkę czułam jakby była napisana specjalnie dla mnie. Można powiedzieć że przeżyłam prawie to samo co dziewczyna w piosence pomijając artystyczne momenty jak śpiewanie piosenek ( do tego talentu to ja nie mam). W piosence są 2 fragmenty z którymi utożsamiam się najbardziej. Jeden jest o tym że chłopak zabierał ją autem na przejażdżki i chyba najbardziej bolesny że widziała go bawiącego się i całującego się z inną. Te fragmenty są jak wyjęte z mojego życia, słowo w słowo wszystko się zgadza z tym co działo się u mnie. Piosenka nie jest może jakaś wyszukana ale jednak ona najlepiej opisuje ostatnie wydarzenia z mojego życia. Po tym jak skończyłam z nim było ciężko ale dzięki przyjaciółkom dałam radę wybrnąć jak to lubię nazywać "małej 1 tygodniowej depresji". Usłyszałam tą piosenkę miesiąc po tych wydarzeniach i trochę dzięki niej podniosłam się na duchu. Skoro inna dziewczyna dała radę żyć tak jak przedtem to czemu ja nie mogę. Słuchałam jej codziennie i mimo tego że ciągle przypominała te wydarzenia z każdym dniem było łatwiej. Utwór może nie opisuje mnie jakim człowiekiem jestem ale opisuje moje przeżycia i uczucia po jednym z punktów zwrotnych w moim życiu niestety tym negatywnym ale mimo tych ostatnich złych wydarzeń niczego nie żałuję bo jednak nauczyłam się dużo dzięki temu.

Dominika K.
Myślę, że taką piosenką o mnie, a przynajmniej o jednej części mnie jest "Waiting for Superman". Mam wrażenie, że Daughtry śpiewa o dziewczynie marzycielce, która bardzo chce znaleźć kogoś odpowiedniego, kogoś kto będzie ją rozśmieszał, rozmawiał z nią i przede wszystkim kochał. Piosenkę znam od dawna i zawsze po części mogłam ją do siebie przypasować, ale dopiero teraz niedawno uświadomiłam sobie jak bliski jest mi ten tekst. Kiedy jedna część mojej osobowości krzyczy "dziewczyno dajesz czadu!", druga nieśmiało przypomina, że fajnie tego czadu byłoby dawać z kimś obok :)

temari3112
Piosenką, która opisuje mnie najbardziej, jest chyba "Take Me Now" od FT Island. Przede wszystkim dlatego, że jest ona o poszukiwaniu odpowiedzi - poszukiwaniu prawdy pomimo bycia zagubionym. Jak dla mnie, jest to piosenka bardzo uniwersalna, bo jakby nie było, każdy człowiek szuka swojej prawdy mimo różnych przeciwności, cierpienia. Ale to, co tak bardzo spodobało mi się w tym tekście to podmiot - przerażony, bojący się ludzi i interakcji z nimi, cierpiący, ale mimo wszystko szukający. Jestem obecnie na takim etapie życia, kiedy pytam tak jak wokalista: Gdzie jest prawda? "Staram się odnaleźć moją drogę." Tak samo jak on, staram się iść w zaparte, mimo że momentami czuję się tak bardzo zagubiona w świecie kłamstw i pozorów. Co więcej, jest też we mnie taka część, która wszystkim stara się powiedzieć: "Nie potrzebuję was". I don't need you. Ale znajdę odpowiedź.

Sun Reads
A piosenką, która zdecydowanie opowiada o mnie jest "All I Need" autorstwa Margaret. Jest to piękna piosenka mówiąca o życiu jak o loterii, w której wszyscy liczą na wygraną. Utożsamiam się z nią ilekroć ją słucham. Artystka śpiewa o sobie, ale jednocześnie mogłaby być mną. Jest jedyną samowystarczalną osobą w tym dziwnym świecie, która uważa, że jest swoją największą siłą i jeśli jej nie znajdzie, nikt nie zrobi tego za nią. Ona walczy o ster i toruje sobie drogę do miejsca, w którym teraz jest, bo to ciężką pracą zdobywamy rezultaty, w rzeczywistości przecież nic nie przychodzi za darmo. Więc obie jesteśmy wszystkim, czego najbardziej potrzebujemy i zabieramy swoje imię z loterii, by pokazać, że sami możemy coś osiągnąć, nie bazując na innych, a czas goni, więc nie powinnyśmy oglądać się za siebie. Ja tak właśnie robię. Czasami wolę zrobić coś samemu a dobrze, niż pozwolić komuś wykonać za mnie najcięższą pracę. Dodatkowo Margaret śpiewa o tym, że "pisze swoją własną piosenkę". Ten cytat od razu skojarzył mi się z książką "Piosenki o dziewczynie". To tak, jakbyśmy, pisząc, robiły coś więcej niż się ludziom wydaje. Ona pisze teksty piosenek, ja piszę własne opowieści, marząc o tym, że świat je kiedyś ujrzy i ufam samej sobie, że DAM RADĘ!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za zgłoszenia oraz oczywiście Wydawnictwu Feeria Young za nadesłanie książki! Mam nadzieję, że ci którzy trafili do mnie właśnie dzięki temu konkursowi, zostaną z nami na dłużej!

A jeśli nie udało wam się wygrać książki Piosenki o dziewczynie już niedługo na moim Instagramie ruszy rozdanie właśnie z tą książką! Także uważnie mnie obserwujcie!

czwartek, 22 czerwca 2017

[172] Uwięzione


Tytuł oryginału: The Cellar
Autor: Natasha Preston
Ilość stron: 397 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 8/10

Gdy sięgałam po Uwięzione nie wiedziałam tak na prawdę, czego do końca mogę się po tej książce spodziewać. Wiedziałam, że ma być to połączenie thrillera z powieścią młodzieżową, jednakże w życiu nie spodziewałam się, że otrzymam coś tak fantastycznego - bo książka jest niesamowita i będę tego zdania trzymać się do samego końca! Już sama okładka zwiastuje nam, że Uwięzione to nie jest jakaś tam zwyczajna powieść młodzieżowa, w której główna bohaterka zakochuje się w swoim rówieśniku. Uwięzione to pełna wstrząsających emocji powieść obok której nie można przejść obojętnie.

Gdy pewnego dnia Summer wybierała się na imprezę do klubu nie wiedziała, że od tego momentu jej życie będzie wyglądać całkowicie inaczej. Dziewczyna całe życie powtarzała, że w jej rodzinnej miejscowości kompletnie nic się nie dzieje, a przez to może czuć się w pełni bezpieczna. W czasie szukania przyjaciółki Summer napotyka się na tajemniczego mężczyznę, który od samego początku zachowuje się tak, jakby doskonale ją znał. Zaczyna nazywać ją Lilly, by wkrótce obezwładnić dziewczynę i siłą zaprowadzić ją do swojego samochodu. Summer zostaje uprowadzona i od tego momentu musi robić wszystko, co tajemniczy Clover sobie wymyśli, aby tylko nie narazić się na jego gniew i przeżyć...

Książka zaczyna się dość spokojnie. Czytając mamy wrażenie, że Uwięzione to kolejna prosta młodzieżówka, których na rynku wydawniczym jest pełno. Jednak już wkrótce na czytelnika zostaje spuszczony kubeł zimnej wody, gdyż autorka przenosi nas do strasznej rzeczywistości, w której od teraz musi żyć Summer. Bardzo spodobał mi się realizm tej powieści. Zagłębiając się w lekturze odnosiłam wrażenie, że autorka musiała na prawdę sporo czasu poświęcić na zbieraniu informacji potrzebnych do swojej książki. Wszystko bowiem zostało tam bardzo dokładnie przemyślane i na prawdę do niczego nie mogę się przyczepić.
Strasznie zaciekawił mnie sam wątek przetrzymywania Lilly, Poppy, Rose oraz Violet przez Clovera. Całe zajście mogłoby wydawać się raczej mało prawdopodobne, jednak tak na prawdę taka sytuacja mogłaby spotkać każdego z nas. Z wielką ciekawością i zainteresowaniem śledziłam więc to, co działo się w piwnicy Clovera i cały czas zastanawiałam się, jak cała akcja się zakończy - czy Lilly (Summer) uda się uciec, czy już do końca swojego życia (które nie wiadomo nawet ile by trwało) będzie musiała odgrywać wyznaczoną jej rolę tak, aby zaskarbić sobie łaskę swojego oprawcy.

To, co bardzo spodobało mi się w tej powieści to to, że sama fabuła była przedstawiana nie tylko z perspektywy głównej bohaterki, ale również za pośrednictwem jej chłopaka Lewisa i samego Clovera. To właśnie te rozdziały, których autorem był Clover ciekawiły mnie najbardziej, gdyż chciałam dowiedzieć się, co skłoniło mężczyznę do przetrzymywania niewinnych dziewcząt w piwnicy, do zabijania i w ogóle takiego a nie innego postrzegania świata. Tutaj również autorka bardzo dobrze poradziła sobie z przedstawieniem osobowości oprawcy Lilly - rozdziały były bardzo przemyślane i świetnie dopracowane. Dobrze też, że Natasha Preston nie skupiła się tylko na tym, co działo się aktualnie w życiu Lilly, lecz także pokazała, jakie uczucia towarzyszą jej chłopakowi, który cały czas starał się odnaleźć ukochaną i nie poddawał się mimo mijającego czasu. Taki chłopak to skarb (ci, którzy książkę już czytali, wiedzą dlaczego).

Choć książkę czytałam już jakiś czas temu, nadal nie mogę wyjść z szoku po tym, co działo się w piwnicy domu Clovera. Natasha Preston miała świetny pomysł na fabułę i dodatkowo bardzo dobrze udało jej się wykorzystać potencjał swojej historii. Dużym plusem książki jest jej zakończenie - jednak o nim wam już nie opowiem, gdyż zabrałabym wam całą przyjemność z czytania. Śmiało mogę więc powiedzieć, że Uwięzione to na prawdę świetny thriller młodzieżowy, który koniecznie trzeba przeczytać! Sama z wielką niecierpliwością czekam na kolejne książki autorki, które mam nadzieję, ukażą się również polskim nakładem.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

środa, 21 czerwca 2017

[171] Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Magiczny przewodnik po filmie


Tytuł oryginału: Fantastic Beasts and Where to Find Them Magical Movie Handbook
Autor: Michael Kogge
Ilość stron: 96 stron
Wydawnictwo: Media rodzina
Ocena: 5/10

Osobiście, bardzo rzadko sięgam po jakiekolwiek poradniki, przewodniki i inne tego typu rzeczy. Jeszcze nigdy, jak dotąd nie miałam przed sobą również żadnego przewodnika po filmie. Gdy jednak wciąż byłam w tym ciągu po przeczytaniu scenariusza do filmu Fantastyczne zwierzęta (recenzja klik) stwierdziłam, że w sumie czemu by tego nie zmienić. Nigdy to takiego przewodnika nie zaglądałam, więc tak na prawdę nie wiedziałam, jakiego typu informacje mogłabym tam znaleźć. Cieszę się, że moją pierwszą książką tego typu był właśnie przewodnik po filmie Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć oraz, że dzięki uprzejmości Wydawnictwa Media Rodzina mogłam się z nim zapoznać, jednakże już teraz wiem, że raczej nie wydałabym na niego te dziewiętnaście złotych ceny okładkowej - zwyczajnie byłaby to dla mnie duża strata pieniędzy. 

Co znajdziemy w tym magicznym przewodniku po filmie - w zasadzie wszystko to, co już poznaliśmy za sprawą ekranizacji powieści J.K. Rowling. Choć wiedziałam, że raczej takich, a nie innych informacji mogę się tam spodziewać, to jednak liczyłam na to, że może autor tego przewodnika umieści w nim jakieś dwa, czy trzy kąski, które nie były przedstawione w filmie, a które byłyby tutaj bardzo na miejscu. A tak otrzymałam jedynie takie obrazkowe streszczenie całego filmu. 
Cała książka, nie licząc już wstępu, podzielona jest na pięć rozdziałów - postacie, zwierzęta, organizacje, miejsca oraz różdżki i zaklęcia. Chyba najciekawszym z rozdziałów jest ten poświęcony postaciom - wszyscy z tych ważniejszych bohaterów zostali dokładnie opisani (nie obyło się oczywiście bez licznych kadrów z filmu), lecz tak jak już wcześniej to wspomniałam, nie ma tam niczego, o czym nie byłoby mowy w filmie. Trochę jestem tym zawiedziona, bo myślę, że można by tutaj powiedzieć o wielu ciekawych rzeczach, no ale cóż... Najbardziej rozczarowana jestem natomiast rozdziałem poświęconemu zwierzętom, gdyż znajdziemy tam tak na prawdę tyle, co nic... Liczyłam na to, że będą one zaprezentowane mniej więcej w taki sam sposób, jak ludzkie postacie, a nie znalazłam tak praktycznie nic - jedynie kilka prostych ilustracji reprezentujących niektóre zwierzęta oraz jakieś dwa diagramy, które niestety nie zostały przetłumaczone na język polski i patrząc na to, że przewodnik ten miał być skierowany raczej dla młodszych czytelników, jest to moim zdaniem bardzo duży błąd.
Ciekawym pomysłem był rozdział poświęcony miejscom w filmie, jednak tak jak w przypadku postaci i tutaj potencjał nie został w ogóle wykorzystany.

Dużym plusem dla książki jest z całą pewnością jej wydanie. Znajdziemy w niej bardzo dużo kadrów z filmu i czasem też kilka ilustracji, które w jakiś sposób nawiązują do fabuły ekranizacji. Pod względem wizualnym przewodnik bardzo mocno przyciąga wzrok i podczas czytania go, dzięki temu na prawdę miło spędza się z nim czas.

Podsumowując więc uważam, że przewodnik ten to jednak nic specjalnego - nie ma w nim w ogóle informacji, których po obejrzeniu filmu moglibyśmy być jeszcze ciekawi. Dla mnie Magiczny przewodnik po filmie to po prostu jedno wielkie streszczenie samej ekranizacji. Można było go zrobić w o wiele bardzie ciekawy sposób, jednak niestety tego nie zrobiono... Jedynym plusem jest tutaj wizualna strona książki. Sama w życiu nie wydałabym na niego dziewiętnaście złotych. Może jednak pozycja ta spodobałaby się o wiele bardziej o wiele młodszym widzom.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!

wtorek, 20 czerwca 2017

Mój początek wszystkiego #mojpoczatekwszystkiego

Zapewne w życiu każdego z was był taki moment, gdzie coś zmieniło się całkowicie, o sto osiemdziesiąt stopni i przyniosło w ten sposób jakieś dobre skutki. Codziennie bowiem dokonujemy pewnych wyborów, które mają wpływ na to, co będzie w przyszłości, choć czasem nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Niekiedy zmiana ta jest bardzo mała i z pozoru nic nie znacząca, a czasem może sprawić, że nie tylko zmieni się to co tutaj i teraz, ale dosłownie wszystko. Bo nie ma czegoś takiego, jak koniec, jest tylko nowy początek...


W dzisiejszym poście chciałabym przedstawić wam mój początek wszystkiego - tą z pozoru drobniutką zmianę, która odmieniła moje życie całkowicie i której w ogóle się nie spodziewałam. Wpis ten powstał na potrzeby konkursu dla blogerów, który postanowiło urządzić Wydawnictwo Moondrive z racji promocji swojej nowej książki Początek wszystkiego

Także jeśli jesteście ciekawi, jaką historię ja mam wam do opowiedzenia, zapraszam do dalszej części posta!

Cóż, chyba będę na prawdę mało oryginalna, jeśli powiem wam, że ten mój początek wszystkiego dotyczy książek, prawda? Ale to właśnie te książki odmieniły moje życie - a takiej zmiany się kompletnie nie spodziewałam. Mówiąc więc krótko, opowiem wam, jak cała ta przygoda związana z książkami się u mnie zaczęła i jakie skutki miało to na moje dalsze życie.

Wszystko zaczęło się już ładnych kilkanaście lat temu, gdy byłam małą dziewczynką i wprost nie znosiłam czytać książek. Nie rozumiałam, jak czytanie może komuś sprawiać tak wielką radość - w końcu są tam same literki i nic więcej! Nie raz z resztą podejmowałam  próby zmiany mojego nastawienia - zawsze podobało mi się, gdy obserwowałam na przykład mojego starszego brata czytającego Harry'ego Potter'a, bądź jakieś inne powieści. Wydawało mi się to po prostu fajne i nie potrafiłam zrozumieć, czemu, gdy sama zabieram się za jakąś książkę, już tak fajnie nie jest. Tak więc jak mówiłam prób było kilka i wszystkie zakończyły się klęską. Pamiętam, że gdy w późniejszych latach musiałam przeczytać jakąś lekturę szkolną, zaczynałam na pierwszej stronie i na tej właśnie stronie kończyłam (o dziwo zawsze udało mi się wybrnąć jakoś z tej sytuacji niezapoznania się z książką). I choć czytanie szło mi bardzo opornie, coś i tak wciąż ciągnęło mnie w stronę biblioteki. W podstawówce praktycznie na każdej przerwie wybierałam się z koleżanką do szkolnej biblioteki i tam pomagałam bibliotekarce w jej wszystkich obowiązkach. Uwielbiałam to robić i zawsze cieszyłam się na każdą kolejną przerwę spędzoną właśnie tam. Teraz wiem już, że był to po prostu znak, że moja świadomość sama próbowała mi powiedzieć, że jestem stworzona dla książek. Trafiając do gimnazjum z początku dość mocno oddaliłam się od wszelkiego kontaktu z powieściami, jednak wszystko to było do czasu, gdy zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną, którą znałam praktycznie całe życie i która to miała największy wpływ na moje czytelnicze życie. Pamiętam, że ta moja przyjaciółka na prawdę dużo czytała - i gdy mówię, że dużo czytała, mam na myśli, że na prawdę DUŻO czytała! Kiedy ktoś raz spytał się jej ile mniej więcej powieści potrafi przeczytać w ciągu jednego roku odpowiedziała, że koło dwustu, co jak dla mnie wówczas było wynikiem jak z kosmosu - ja nie mogłam przebrnąć przez jedną powieść, a ona pochłaniała ich aż tyle!

Co było w tym wszystkim najśmieszniejsze? Nigdy nie nakłaniała mnie ona do czytania - owszem, opowiadała jaką to ostatnio ciekawą powieść przeczytała, ale nigdy nie mówiła "Kaśka, koniecznie musisz to przeczytać, bo ja wiem, że ci się to spodoba". Może właśnie to sprawiło, że jako jedynej udało jej się przekonać mnie do książek? Bo w końcu nadszedł ten pamiętny dzień, gdy poprosiłam ją, aby zabrała mnie ze sobą do biblioteki i pomogła wybrać mi jakąś książkę, która jak na początek byłaby odpowiednia. Jeśli dobrze sobie przypominam, wybór padł na Megan, przewodnik po chłopcach Kate Brian. Towarzyszyły temu słowa "Nie patrz na tą brzydką okładkę, bo książka sama w sobie jest po prostu genialna" (wiecie, byłyśmy nastolatkami, więc nie oceniajcie wyboru lektury) i okazało się, że moja przyjaciółka miała rację w stu procentach! Pochłonęłam ją chyba w jeden dzień (nie posiadałam się oczywiście przy tym z dumy) i już z wielką niecierpliwością czekałam na dzień, gdy razem z moją przyjaciółką wybierzemy się ponownie do biblioteki. No i zaczęło się, wciąż wracałam do domu z coraz to nowszymi tytułami, których nie mogłam się doczekać i które pochłaniałam jednym tchem. Owszem, wówczas także miałam momenty zwątpienia i zdarzało mi się, że nie czytałam nawet przez pół roku, jednak zawsze później do książek wracałam, bo w końcu zrozumiałam, że czytanie nie jest nudne, tylko ja zwyczajnie nigdy nie potrafiłam znaleźć dla siebie odpowiedniej lektury. 

Właśnie ta drobna zmiana, to że spotkałam odpowiedniego człowieka na mojej drodze sprawiło, że teraz książki są moim życiem i moją największą pasją. Spójrzcie tylko gdzie teraz jestem - od prawie trzech lat prowadzę bloga recenzenckiego, którego teraz czytacie, nawiązałam wiele ciekawych współprac z wydawnictwami, ostatnio nawet objęłam dwa patronaty nad książkami! Żeby jeszcze tego było mało, w zeszłym roku postanowiłam dalej kształcić się w tym kierunku i zaczęłam studiować nowe media, które mam nadzieję, jeszcze bardziej przybliżą mnie do osiągnięcia wyznaczonego przez siebie celu, czyli pracy w wydawnictwie lub czymś podobnym. Gdybyście zapytali tą mnie, Kasię z przed kilkunastu lat, czy chciałaby, aby jej życie związane było z książkami, myślę, że wyśmiałaby was w żywe oczy, bo uwierzcie mi - na prawdę nie spodziewałam się tego, że stanę tutaj, gdzie właśnie teraz jestem. I choć czasem była na prawdę trudno , często mam blokady czytelnicze (jak teraz na przykład...), pisarskie, czy zwyczajnie mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, to jednak gdy złość i zwątpienie mija wiem, że za żadne skarby świata nie porzuciłabym już książek. Stały się one dla mnie niczym oddychanie, a przecież nie można zrezygnować z oddychania, prawda?

To jest jedynie moja historia, mój początek wszystkiego, jednak jestem pewna, że każdy z was ma taką historię, taką drobną zmianę, która całkowicie odmieniła jego życie - nie musi ona wiązać się akurat z książkami. Może poznaliście osobę, która pokazała wam całkowicie inny punkt widzenia, albo trafiliście do miasta, które nauczyło was całkowicie innego życia? Ja sama bardzo chciałabym poznać historie (początki wszystkiego) Dominiki z bloga Czytelnia Dominiki, Izy z bloga Isabel Czyta oraz Amandy z bloga Amanda Says. Jestem niezmiernie ciekawa, czy w waszym życiu pojawiła się właśnie taka mała zmiana, która zainicjowała wasz nowy początek. Regulamin konkursu znajdziecie tutaj, a czas macie do 22 czerwca (troszkę mało, ale myślę, że dacie sobie radę)!

A jaki był wasz początek wszystkiego? Macie jakąś historię, którą sami chcielibyście podzielić się z innymi? Koniecznie piszcie w komentarzach!

*grafika została przerobiona przeze mnie, na podstawie okładki do książki Początek wszystkiego
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek