wtorek, 8 maja 2018

Siła matczynej miłości 💕 w nieco innym wydaniu, czyli recenzja Oscarowego hitu 🎬 Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

CZEŚĆ! Film, o którym chciałabym wam dzisiaj opowiedzieć widziałam już jakiś czas temu, ale jakoś nie mogłam zebrać na jego temat ani jednego konkretnego słowa... A to wszystko przez to, jak bardzo mnie zmiażdżył - zarówno fabułą, jak i genialną grą aktorską! Ale nie będę wybiegać na przód i wszystko opowiem wam po kolei.
Zapraszam was na recenzję filmu Trzy billboardy za Ebbing, Missouri 👇  

Powiem wam szczerze, na film ten zdecydowałam się głównie dlatego, że chciałam zobaczyć, dlaczego ludzie się nim tak zachwycają. Był on wielki faworytem do wielu statuetek Oscara i przez długi czas większość mówiła tylko o nim. Fabuła w sumie również wydała mi się dość ciekawa, więc pomyślałam - w sumie czemu nie!


W Trzy billboardy za Ebbing, Missouri poznajemy historię Mildred Hayes - dość nietypowej, powiedziała bym, kobiety, która jakiś czas temu straciła córkę. Została ona brutalnie zgwałcona i zamordowana. Mildred, choć nie wygląda, jak typowa, wzorowa matka, nie może pogodzić się z tym, że nie aż do teraz nie znaleziono sprawcy tej okropnej zbrodni, a winą obarcza miejscową policję. Z racji tego, że sprawa przycichła, kobieta postanawia znaleźć inny sposób, żeby znów odnowić temat - wykupuje trzy billboardy, na których umieszcza niwy niewinne, ale jednak dla większości mieszkańców Ebbing, treści. Oczywiście o sprawie od razy robi się bardzo głośno. Od tego momentu kobieta zaczyna toczyć swoją małą wojnę z miejscową policją i wszystkimi, którzy nie stoją po stronie prawdy.


Gdy tak piszę dla was tą recenzję i przypominam sobie, o czym ten film tak na prawdę jest, dochodzę do wniosku, że fabuła nie wydaje się jakoś wielce widowiskowa. Jakaś tam kobieta walczy o sprawiedliwość w swój własny sposób. Jaki jest więc sukces tej produkcji - zdecydowanie genialna obsada aktorska! Nie wiem, czy wiecie, ale Trzy billboardy... rywalizował o Oscara za najlepszy film między innymi z Kształtem wody (recenzja klik) i choć był zdecydowanym faworytem, to właśnie z tą drugą produkcją przegrał. Ja na samym początku tego nie rozumiałam, bo zanim obejrzałam, myślałam, że skoro większość tak uważa, to właśnie tak będzie. Ale teraz, gdy obejrzałam i jeden i drugi film to już wszystko wiem - najlepszy film, zdecydowanie Kształt wody, najlepszy aktor drugoplanowy i aktorka pierwszoplanowa, ZDECYDOWANIE Trzy billboardy za Ebbing, Missouri 😍 Ja wam się przyznam, że o Frances McDorman, która wcieliła się w postać Mildred, dotychczas nie miałam zielonego pojęcia. Jednakże jako Mildred.... no to było po prostu WOW! Siedziałam i oglądałam ją jak zaczarowana. Jej postać była niesamowicie autentyczna i taka pełna tych wszystkich emocji, że tego zwyczajnie nie da się opisać. Frances zagrała taką wredną i zgorzkniałą babę, która nie da sobie w kaszę dmuchać, a zrobiła to wprost perfekcyjnie! Natomiast jeśli chodzi o drugą postać, czyli Oficera Jasona Dixona i wcielającego się w niego Sama Rockwell'a (którego akurat kojarzę z drugiej części Iron Mana), to do niego nie od razu się przekonałam. Chodzi mi tutaj głównie o samą postać. Na początku wydawał mi się wręcz dziwny i taki trochę sztuczny, jednak im dalej się zagłębiamy w tą historię, tym bardziej dostrzegamy, jak płynnie i z niesamowitą dokładnością zmienia się jego oblicze - a Sam Rockwell fantastycznie to zaprezentował. Jego postać określiłabym mianem właśnie takiego typowego głupiego osiłka z liceum, który za czasów szkolnych rządził wszystkimi, a w dorosłym życiu wydaje mu się, że nadal tak jest (a to kompletna bzdura). Ta dwójka fantastycznie wcieliła się w swoje role i tak jak mówiłam, to oni, w głównej mierze, przyczynili się do tego, że wszyscy się nad tym filmem zachwycają.


W samym filmie bardzo dużo się dzieje. W tym momencie muszę wspomnieć, że na pewno nie jest to produkcja dla każdego. Miejscami jest on bardzo wulgarny i agresywny, jednakże to wszystko ma swój pewien cel. Dzięki temu, moim zdaniem, twórcy chcieli oddać charakter tej małej amerykańskiej miejscowości, jak i całego stanu Missouri. Ta wulgarność i agresja nie są tam po to, żeby tylko przykuć uwagę widzów - one mają za zadanie nadać całej produkcji tej autentyczności i to jak najbardziej się udało. Jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdemu może to odpowiadać.
Fabuła jest dość prosta - po pojawieniu się billboardów Mildred, zaczyna się taka zabawa w kotka i myszkę pomiędzy nią, a policjantami (a konkretnie pomiędzy Oficerem Dixon'em) i niektórymi mieszkańcami. Działa to w mniej więcej taki sposób - przeciwnicy kobiety coś robią, żeby zagrać jej na nerwach, ona odpłaca im się ze zdwojoną siłą (a uwierzcie mi, ta kobieta jest tak agresywna, jak nikt inny!). Mimo tego schematu cała produkcja niesie za sobą dość ważne przesłanie, bo pokazuje, do czego człowiek jest zdolny, gdy chodzi o kogoś bardzo mu bliskiego. Taki człowiek nie zważa na innych, tylko zawsze idzie po trupach - dla dobra ukochanych. Dla mnie, pod tym względem produkcja ta jest fantastyczna.

Mówiąc krótko, Trzy billboardy za Ebbing, Missouri to fantastyczna produkcja, której największymi atutami są niewątpliwie aktorzy i sam jej charakter. Przedstawiona jest bardzo ciekawa i choć miejscami zabawna i dość mocna, to jednak chwytająca za serce. Jest również mocno specyficzna, dlatego z pewnością nie każdemu przypadnie do gustu, jednak zdecydowanie warto dać jej szansę!








Tytuł oryginału: Three Billboards Outside Ebbing, Missouri

Reżyseria: Martin McDonagh

Scenariusz: Martin McDonagh

Gatunek: Dramat, Komedia, Kryminał

Produkcja: USA, Wielka Brytania

Czas trwania: 1 godz. 55 min.

Premiera: 2 lutego 2018 (Polska), 4 września 2017 (świat)

Obsada: Frances McDormand, Woody Harrelson, Sam Rockwell

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

wtorek, 1 maja 2018

O miłości bezdomnego mężczyzny 👨 do zagubionej kotki 🐈, czyli recenzja książki 📖 "Mój przyjaciel kot" Britt Collins


CZEŚĆ! Po książkę, o której chciałabym wam dzisiaj opowiedzieć, zdecydowałam się sięgnąć głównie dlatego, że jestem zdecydowaną kociarą i bardzo chciałam w końcu poznać jakąś powieść, która będzie poświęcona właśnie tym małym cwaniakom. Zawsze uważałam to za niesprawiedliwe, że tak wiele powieści i filmów zawsze powstaje o psach, a o kotach nikt nie chce opowiadać. Dantego bardzo się ucieszyłam gdy dowiedziałam się o historii Tabor i Michaela, która dodatkowo jest w pełni prawdziwa!
Jeśli więc jesteście ciekawi, jak poszła mi lektura książki Mój przyjaciel kot i czy warto po nią sięgać, koniecznie przeczytajcie całą recenzję! 👇

Szczerze to gdy tylko usłyszałam o tej książce i gdy dowiedziałam się, jaką historię w sobie zawiera, niesamowicie się na nią nakręciłam i dość dużo zaczęłam od niej wymagać. Miałam nadzieję poznać fantastyczną powieść napisaną genialnym stylem, który nie pozwoli oderwać mi się od lektury. I chociaż z tym pierwszym nie miałam najmniejszego problemu, to jednak z tym stylem autorki było dosyć średnio... Jednak zanim przejdziemy do szczegółów, chciałabym najpierw nakreślić wam trochę, o czym Mój przyjaciel kot jest.

Nasza przygoda z ów książką zaczyna się od poznania Michaela Kinga - bezdomnego czterdziestoparoletniego mężczyzny, który już od bardzo dawna mieszka na ulicach Portland. Jak każda taka osoba i Michael, zwany przez przyjaciół Węszycielem, ma swoją historię, która sprowadziła do na tą drogę i którą to poznajemy podczas lektury. Pewnego razu, wraz ze swoim  przyjacielem Stinsonem, mężczyzna znajduje zranioną, wychudzoną i bardzo przestraszoną kotkę Z racji swojej miłości do zwierząt, Michael postanawia przygarnąć na jakiś czas to małe stworzenie, bo wie, że długo na ulicach Portland by nie przeżyła. Opatruje więc jej rany, karmi ją i stara się stworzyć dla niej przyjemny kącik, jednocześnie próbując odnaleźć jej właściciela. Szybko wychodzi jednak na to, że nie tak łatwo odnaleźć pana kotki, którą nazywa Tabor. W końcu ta osobliwa para bardzo się ze sobą zaprzyjaźnia i wyrusza w podróż przez Stany. 
Równolegle poznajemy również historię Rona, czyli właściciela Tabor (a raczej Mata Hari). Poznajemy uczucia, jakie targają mężczyzną po stracie ukochanego zwierzaka, obserwujemy jego powolnie rozwijające się szaleństwo jednak co najważniejsze, razem z bohaterem cały czas trzymamy się nadziei, że Mata żyje i kiedyś do niego wróci.

Powyższy opis jest tylko takim ogólnym zarysem tego, co prezentuje sobą cała historia. Bardzo spodobało mi się to, że autorka postanowiła w swojej powieści przedstawić również wszystkie te emocje, jakie towarzyszom bohaterom i jakimi, przede wszystkim, obdarzają małą kotkę. To zaskakujące, jak takie jedno małe stworzonko może odmienić czyjeś życie i jak mocno człowiek może być do niego przywiązany.
Gdy w trakcie czytania uświadamiałam sobie raz za razem, że cała ta historia wydarzyła się na prawdę, jeszcze bardziej nie mogłam wyjść z podziwu nad wyjątkowością Tabor oraz nad tym uczuciem, jakie zarówno Michael, jak i Ron obdarzyli tego zwierzaka. Dodatkowo te wszystkie opisy zachowania kotki, ta jej mądrość i wyrozumiałość jeszcze bardziej chwyciły mnie za serce. Czytając książkę cały czas myślałam o tym, że tą historię powinien poznać każdy, kto nigdy nie doceniał kotów, Wszyscy zawsze myślą, że to psy są najlepszymi przyjaciółmi człowieka, a koty to tylko te urocze puchate stworzenia, które mają człowieka tak na prawdę gdzieś. Ta książka świetnie pokazuje, jak błędne jest myślenie tych, którzy nigdy nie mieli prawdziwego kontaktu z kotami. Choć sama po moim kocie widzę, że te zwierzęta mają swój własny charakter i nigdy nie będą robić tak, jak człowiek sobie wymyślił, to nie wyobrażam sobie tego, żeby mogły zachowywać się inaczej. One również czują głęboką więź ze swoim panem, chociaż pan to nie jest dobre słowo. Człowiek jest dla kota obrońcą i jego towarzyszem. To właśnie dzięki tej swojej indywidualności są one takie wyjątkowe i niesamowite.

Na początku wspomniałam o tym, że byłam zawiedziona stylem autorki no i niestety to jest prawda. Samą książkę czytało mi się bardzo źle, bo choć historia niesamowicie mnie ciekawiła, to jednak autorka opisała ją w taki nudny i bardzo dłużący się sposób, że mam wrażenie, że dobrnięcie do końca powieści zajęło mi całe lata. Było tutaj zdecydowanie za dużo zbędnych opisów - wiele rzeczy można byłoby skrócić, a i tak zachowałoby się cały sens i ważne elementy. Autorka nie potrafiła moim zdaniem przyciągnąć uwagi czytelnika - tą rolę wykonała w pełni historia Węszyciela i Tabor. Wydaje mi się, że gdyby nie to, książka byłaby dla mnie kompletną klapą. 
Już po zakończeniu głównej części książki mamy zawarty fragment, w którym autorka opowiada o swoim spotkaniu z poszczególnymi bohaterami, już po całej tej historii z Tabor. Opowiada tam o tym, jak dalej potoczyły się ich losy. Tam zrobiła to fantastycznie! Pisała z własnej perspektywy i przez to było widać, że wie o czym pisze i jak w pełni oddać charakter tych sytuacji. Dla mnie cała książka mogłaby zostać napisana w taki sposób.

Podsumowując więc, warto sięgnąć po książkę Mój przyjaciel kot tylko po to, aby poznać tą wspaniałą i wzruszającą historię Michaela, Rona i ich wspólnej kotki. Szkoda, że styl, w jakim została napisana książka tak bardzo wszystko psuje i zniechęca do do czytania. Ja, choć bardzo się cieszę, że poznałam losy Tabor, to jednak czuję się, jakbym całkowicie zmarnowała ten czas, który na to straciłam. Opowiedzenie tej historii miało spory potencjał - szkoda, że został on tak bardzo zmarnowany...
Czy polecam? I tak i nie. Tak, no bo wiecie - Tabor. Nie, bo styl skutecznie utrudnia czytanie.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu!







Tytuł oryginału: Strays

Autor: Britt Collins

Ilość stron: 328 stron

Wydawnictwo: Kobiece

Ocena: 6/10

📚 Wypożycz Mój przyjaciel kot Britt Collins w bibliotece! 📚

sobota, 28 kwietnia 2018

Każdego dnia w innym ciele 👧, każdego dnia taki sam 👦, czyli recenzja filmu 🎬 "Każdego dnia"

CZEŚĆ! Nie mam zielonego pojęcia, jak to się stało, że ja jeszcze nie opowiedziałam wam, jakie były moje wrażenia po obejrzeniu filmu Każdego dnia 😱 W sumie, gdy teraz o tym myślę, to uświadomiłam sobie, że oglądałam go jakoś zaraz po premierze, czyli na początku marca... Mimo to postaram się jak najlepiej opowiedzieć wam, jakie były moje odczucia w stosunku do tego filmy - mam nadzieję, że uda mi się to jakoś ubrać w słowa!
Także jeśli jesteście ciekawi, czy warto poświęcić czas na tą ekranizację, zapraszam was dalej! 👇


Może zacznę najpierw od tego, że książkę Davida Levithana, na której podstawie powstał ten film, czytałam już jakiś czas temu. Pamiętam, że sama historia dość mocno mnie zaciekawiła i była dla mnie na prawdę oryginalna, jednakże nie do końca przekonał mnie styl autora i przez to moim zdaniem książka na prawdę dużo straciła. Była w porządku, ale nie zaciekawiła mnie na tyle, abym chciała zapoznać się z jej kontynuacją - pełną recenzję znajdziecie tutaj 👉 klik. Zapytacie pewnie, dlaczego w takim razie zdecydowałam się na obejrzenie ekranizacji? Chyba głównie dlatego, że po prostu miałam wielką nadzieję, że na wielkim ekranie może z tego wyjść coś znacznie lepszego. I powiem wam, że w sumie za dużo się nie pomyliłam.

W filmie poznajemy historię A... tak, A - jest to osoba, której nie można określić płci, ani wyglądu, ani tak na prawdę niczego oprócz jej charakteru. A bowiem odkąd pamięta każdego dnia przemieszcza się do ciała innego nastolatka w swoim wieku i przeżywa za niego jeden dzień. Dotychczas to jego życie wygląda praktycznie tak samo - stara się przeżyć dzień tak, aby za dużo nie ingerować w życie dane osoby. Gdy jedna poznaje Rhiannon po raz pierwszy zaczyna pragnąć stać się normalną osobą. Znajomość z taką osobą, jak A wydaje się wręcz niemożliwe, a jednak Rhiannon co raz bardziej zaczyna przyciągać do A, bo dopiero w jego towarzystwie czuje się na prawdę ważna i kochana.


Jak mówiłam na początku w filmie tym głównie ciekawiło mnie to, jak twórcy przedstawią fabułę, aby w pełni pokazać ideę tej historii. W książce było to bardzo łatwe - autor wymyślił sobie, jaki będzie A i bez problemu mógł się tego trzymać (miejscami nawet przyłapywałam się na tym, że nie wyobrażałam go sobie już jako danej osoby, jaką aktualnie był, tylko jako A). W filmie sprawa wygląda o tyle gorzej, że jednak potrzebnych było kilku całkiem różnych aktorów, którzy będą musieli przedstawić tak samo jednego bohatera - brzmi wręcz niemożliwie! Czy im się to udało? Powiem tak, czasem było lepiej, czasem gorzej. Nadal utrzymuję, że oglądanie takiej historii było bardzo ciekawe, jednakże nie da się ukryć, że ci aktorzy wcielający się w A umieli w pełni oddać jego charakter. Owszem, byli tacy, którzy radzili sobie świetnie, ale w innych przypadkach znowu dało się odczuć, że to już nie jest to samo. Nie było to może takie nad wyraz kujące w oczy, ale osoba, która tak jak ja, się na tym skupiła, dostrzeże te różnice. Mimo wszystko jednak sądzę, że całość przedstawienia A w ogólnym rozrachunku wyszła na prawdę dobrze, jak na tego typu produkcję. 
Skoro jestem już przy bohaterach, to jestem na prawdę miło zaskoczona tym, że tak bardzo polubiłam postać Rhiannon. W książce była mi raczej taka obojętna, a tutaj w filmie świetnie się z nią bawiłam. Nie znam aktorki, która się w nią wcielała, pierwsze o niej słyszę, ale myślę, że może jeszcze kiedyś o nie usłyszymy - może nie będzie jakąś wielką gwiazdą, ale w kilku młodzieżowych dobrych filmach może jeszcze zagrać. 


Nie wiem, czy kojarzycie taką aktorkę Debby Ryan, która grała w serialu Disney Channel Nie ma to jak statek postać Bayley. Ja w każdym razie w tym serialu bardzo ją lubiłam i widziałam ją jeszcze w dwóch innych filmach Disney Channel. Dlaczego o niej wspominam, bo bardzo ciekawiło mnie, jak przez te lata rozwinął się jej warsztat aktorski. Nastawiłam się na to, że jednak jej rola będzie w tym filmie w jakiś sposób widoczna, bo w zwiastunie jej nazwisko było głośno reklamowane... a tutaj klapa. Nie chodzi mi o to, że ona zagrała źle, bo w sumie jak dla mnie mocno się zmieniła, ale jej rola polegała głownie na tym, że odwoziła Rhiannon do szkoły (była jej siostrą) i w między czasie zamieniły jakieś dwa, trzy zdania... Koniec. Pamiętam, że podczas seansu bardzo mocno mi to przeszkadzało, no bo po co ją tak reklamowali? 😂 Nie ukrywam więc, że akurat obecnością Debby Ryan trochę się rozczarowałam.


Podsumowując więc, film nawet nieźle mnie zaskoczył. Nie nastawiałam się na coś bardzo spektakularnego, ale otrzymałam kawał dobrej młodzieżówki. Twórcy filmu nieźle się spisali przenosząc tą historię na wielki ekran - widocznie dla mnie problemem był David Levithan, który swoim stylem nie potrafił mnie dostatecznie zaciekawić. Główna aktorka poradziła sobie nad wyraz dobrze, a i poboczne postaci, czy ci wszyscy aktorzy wcielający się w A również się postarali (oczywiście były wyjątki). Myślę, że film ten jest więc godny polecenia - na pewno spodoba się wszystkim fanom młodzieżowych romansów. Ja sama na pewno będę do niego wracać. 
Zastanawia mnie tylko, czy pojawi się także druga część ekranizacji. Film zakończył się w taki sposób (nawiasem mówiąc, końcówka sprawiła, że pękło mi serce 😭), że kontynuacja śmiało mogłaby wyjść. Jeśli o mnie chodzi to ja bardzo chętnie zobaczyłabym, co będzie dalej bo za książkę nie mam zamiaru się zabierać, a słyszałam, że niby A w jakiś sposób ma stać się normalnym człowiekiem 🙊 Zobaczymy...








Tytuł oryginału: Every Day

Reżyseria: Michael Sucsy

Scenariusz: Jesse Andrews

Gatunek: Romans

Produkcja: USA

Na podstawie: David Levithan "Każdego dnia"

Czas trwania: 1 godz. 35 min.

Premiera: 2 marca 2018 (Polska), 22 lutego 2018 (świat)

Obsada: Angourie Rice, Justice Smith, Maria Bello, Debby Ryan, Colin Ford

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

piątek, 27 kwietnia 2018

Jak jedną książką stracić w oczach fana 😭, czyli recenzja książki 📖 "Kocham cię bez słów" Abbi Glines


CZEŚĆ! Myślę, że chyba już nie raz wam o tym wspominałam, ale co tam, mogę powtórzyć jeszcze raz - jestem wielką fanką książek Abbi Glines 😍 U mnie autorka ta stoi zaraz obok Kasie West, po której powieści sięgam tak na prawdę w ciemno i bez żadnego zastanowienia. Wyobraźcie sobie więc tą moją szaloną radość, kiedy dowiedziałam się, że na polskim rynku wydawniczym pojawi się nowa książka autorki, kora dodatkowo zapowiada pojawienie się całkowicie nowej serii - no miód, powidła ii orzeszki 💗. Jednakże czasem bywa tak, że mimo iż kochamy twórczość jakiegoś autora całym sercem, to pojawiają się takie powiedzmy sobie.... buble, które w jakiś sposób nawet nas, najwierniejszych fanów, nie są w stanie w pełni zadowolić.

Dzisiaj więc opowiem wam o książce Kocham cię bez słów, która nie ukrywam, że troszkę mnie rozczarowała. 👇

Jak wspomniałam na początku książka Kocham cię bez słów jest pierwszą z cyklu zatytułowanego The Field Party. Jak to chyba zawsze bywa w powieściach Abby Glines, poznajemy tutaj historię dwóch osób - Maggie Carleton oraz Westa Ashby. Na wstępie powieści dwójka ta nie ma ze sobą kompletne nic wspólnego - jedyną rzeczą, a raczej osobą, która je łączy jest kuzyn Maggie Brady, będący jednocześnie najlepszym przyjacielem Westa.  Każdy z bohaterów skrywa pewną tajemnice, której za żadne skarby nie chce wyjawić nikomu, ze swojego najbliższego otoczenia. W przypadku Westa jest to choroba ojca, która bardzo szybko doprowadza go do granicy życia, natomiast u Maggie sprawa ma się całkowicie inaczej - była ona świadkiem morderstwa swojej matki, którego na domiar złego dokonał jej ojciec. Od tego czasu dziewczyna milczy i komunikuje się z innymi tylko w przypadku na prawdę ważnej potrzeby i to za pośrednictwem kartki i długopisu. Czy dwie przypadkowe osoby mogą uratować siebie nawzajem? 

Gdy zaczynałam czytać Kocham cię bez słów byłam bardzo podekscytowana tym, co mogę poznać w środku. Oczekiwałam od tej książki na prawdę wiele, no bo w końcu jak dotąd chyba nigdy nie rozczarowałam się żadną powieścią autorki. Myślę, że chyba właśnie za mocno się nastawiłam i przez to się dość mocno rozczarowałam. Od razu jednak sprostuję - nie, żeby książka była tak koszmarna, że aż nie można na nią patrzeć. Po prostu zabrakło w niej tego czegoś, a i miejscami miałam wrażenie, że była robiona na siłę. Wiem, że książki Abby Glines nie należą do grona tych mocno ambitnych pozycji, ale autorka zawsze bardzo potrafiła mnie zaciekawić. W tym przypadku po prostu nie zaskoczyło - dla mnie Kocham cię bez słów była po prostu nudna.

Jedną z rzeczy, które przyczyniły się do takiej a nie innej mojej opinii są na pewno bohaterowie powieści. Zazwyczaj mam tak, że uwielbiam postaci wykreowane przez autorkę - zawsze świetnie się z nimi dogaduję (jeśli można tak powiedzieć o postaciach fikcyjnych...), uwielbiam spędzać czas w ich towarzystwie i wydają mi się po prostu bardzo ciekawi. Jeśli chodzi o Maggie i Westa to byli dla mnie niedopracowani. Owszem, każdy z nich miał swoją historię, która czyniła ich bardziej interesujących dla czytelniczych osób, ale chyba na tym by można zakończyć. W ich przypadku szczególnie nie podobało mi się również to, że tak na prawdę większość interakcji pomiędzy nimi była taka, że Maggie wspierała Westa, a on biegł do niej od razu, gdy było mu źle. Czytelnik cały czas był więc w takim napięciu, bo czekał, że może zaraz się tutaj coś wydarzy... a tu nic! Przez całą książkę praktycznie to samo. Nie wiem, może to moja wina, że w taki sposób odebrałam tą książkę, bo jednak czytam tego typu powieści na prawdę sporo i może zwyczajnie mi się już opatrzyły. A może jest po prostu tak, że autorka sama nie do końca wiedziała, jak miałaby tą książkę zaprezentować. Nie podobało mi się również to, że autorka skupiła się tylko i wyłącznie na głównych bohaterach. W przypadku chociażby serii Sea Breeze (recenzja klik) również mamy tak, że każdy tom odpowiada innym bohaterom, jednakże i tak chociaż trochę autorka stara się przedstawić postaci drugoplanowe tak, aby zaciekawić czytelnika tak na przyszłość, żeby chciało się czytać kolejny tom serii, w którym akurat ten, czy tamten bohater będzie grał pierwsze skrzypce. Tutaj bardzo tego zabrakło. 

Sama fabuła jest jak dla mnie trochę mdła. Od chwili, gdy ją przeczytałam minęło już kilka dni, jednakże cały czas mam wrażenie, że to, co autorka przedstawiła na 346 można by było spokojnie zmieścić na jakichś góra 200 stronach. Fabuła to bowiem ciągłe powtórki. Nie dzieje się tam za bardzo nic spektakularnego, tylko wciąż jedno i to samo, czyli jak powiedziałam - West rozpacza i leci do Maggie. Koniec. To dla mnie było po prostu nudne! Owszem, czytałam książkę z zaciekawieniem, ale tylko dlatego że miałam nadzieję, że jednak coś jeszcze się tam wydarzy - ale nic nie było.

Podsumowując więc, Kocham cię bez słów to na prawdę przeciętna książka, która może mocno rozczarować fanów pozostałych książek autorki. Ja przeczytałam ich już dosyć sporo, przez co czuję na prawdę wielkie rozczarowanie. Zabrakło w niej o wiele bardziej przemyślanej fabuły i rozbudowanej historii bohaterów. Przez te wszystkie braki książka jest raczej nijaka i taka... płaska. Powiem wam nawet, że gdybym sięgając po tą powieść zaczynałabym dopiero przygodę z Abby Glines, to chyba nie zdecydowałabym się na to, żeby sięgnąć po kolejne jej powieści. Także, jeśli nie znacie jeszcze powieści tej pani, stanowczo odradzam wam zaczytanie właśnie od tej pozycji. Nie chcę skreślać tej serii już na samym początku - cały czas mam nadzieję, że może jednak dalej będzie lepiej - jednak jeśli i drugi tom okaże się tak bardzo przeciętny, raczej nie będę marnować na tą serię czasu.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Pascal!



Tytuł oryginału: Until Friday Night

Autor: Abbi Glines

Cykl: The Field Party

Tom: 1

Ilość stron: 346 stron

Wydawnictwo: Pascal

Ocena: 6/10

THE FIELD PARTY:
kocham cię bez słów | jesteś moim światem | after the game

📚 Wypożycz Kocham cię bez słów Abbi Glines w bibliotece! 📚

środa, 25 kwietnia 2018

Lista serca 💗 i taki jeden chłopak 👦, czyli przedpremierowa recenzja patronacka książki 📖 "Miłość i inne zadania na dziś" Kasie West


CZEŚĆ! Oj bardzo dawno nie było na blogu żadnej książkowej recenzji! Ale dzisiaj chcę to wszystko naprawić przychodząc do was z przedpremierową recenzją książki jednej z moich ukochanych autorek, która dodatkowo... (WERBLE PROSZĘ!) jest moim kolejnym patronackim dzieckiem! 💗 Nie ukrywam, że strasznie się z tego cieszę - w końcu heloł! to jest książka Kasie West. Jednak jestem zachwycona również z tego względu, że to kolejna cudowna książka, którą powinien poznać każdy fan romansów młodzieżowych.
Także jeśli jesteście ciekawi, jak wypadła powieść "Miłość i inne zadania na dziś" koniecznie zapoznajcie się z dalszą częścią recenzji! 👇

ABBY JEST artystką - to zdecydowanie nie podlega dyskusji. Wszyscy z jej otoczenia zawsze uważali jej obrazy za zjawiskowe i mocno wykraczające poza panujące w tym wieku standardy. Abby sama cały czas również uważała się za dobrą artystkę i nie wątpiła, że ma wielką szansę na wzięcie udziału w miejscowej wystawie dla profesjonalistów. Jednakże jak się okazało, niektórzy uważają nieco inaczej. Dziewczyna dowiedziała się, że nie wkłada serca w swoje prace, a to nie pomoże jej w osiągnięciu tego, o czym od dawna marzy. Po namowie ze strony dziadka i mamy, bohaterka tworzy listę serca, która ma pomóc jej w lepszym przerzuceniu swoich emocji na płótno. Pomóc ma jej w tym jej najlepszych przyjaciel Cooper, do którego dziewczyna czuje coś więcej, jednak ten nie odwzajemnia jej uczuć. Czy zdobywanie nowych doświadczeń pomoże jej w osiągnięciu wyznaczonych sobie celów?

WSPOMINAŁAM o tym na blogu już nie raz, nie dwa, ale powtórzę, że po książki Kasie West zawsze sięgam tak na prawdę w ciemno. Bardzo rzadko zdarza mi się czytać opis z tyłu książki i nigdy tak na prawdę nie mam pojęcia, co tym razem może mnie spotkać. Tak samo było i w tym przypadku. Byłam bardzo zaskoczona, gdy dowiedziałam się, że jednym z głównych wątków jest sztuka - nie ukrywam też, że trochę się tego obawiałam. Nie można nazwać mnie kimś, kto na co dzień lubuje się w malarstwie, a wcześniejsze doświadczenia w czytaniu powieści z podobnym motywem niestety nie zakończyły się dobrze. Ale no... To jest książka Kasie West, powtarzałam sobie, musi być dobra. No i co - i była dobra! Myślę, że motyw malarstwa świetnie wpasował się w całą historię i dodał jej nawet takiego pewnego konkretnego znaczenia. Bardzo spodobało mi się, że autorka nie zrobiła z tego motywu takiego głównego wątku i nie zamęczała swoich czytelników jakimiś typowymi fachowymi stwierdzeniami. Określiłabym to jako sztuka dla opornych, czyli w takiej swobodnej do przyjęcia dawce. Miejscami przyłapywałam się nawet na tym, że bardzo chciałam zobaczyć w realu, jak prezentują się obrazy Abby.


GDY JESTEM już przy Abby, od razu muszę powiedzieć, że niesamowicie ją polubiłam. Cieszę się, że autorka nie wykreowała jej jako taką typową stereotypową artystkę tylko jako normalną siedemnastolatkę. Jednakże to, co najbardziej mnie w niej urzekło to ten jej sarkazm - szczególnie w połączeniu z jej dziadkiem! Uwielbiam, gdy bohaterowie mają taki cięty język i specyficzne poczucie humoru, bo tym drugim często przypominają mi mnie samą, tylko w o wiele większej dawce. Przywykłam jednak do tego, że zazwyczaj znajdywałam takich bohaterów w wersji męskiej, więc Abby okazała się dla mnie świetnym odejściem od rutyny i takim dość sporym powiewem świeżości. Z wielką niecierpliwością czekałam na każdą kolejną zabawną scenę z jej udziałem - na szczęście nigdy nie musiałam zbyt długo czekać. Jeśli chodzi o Coopera, to tutaj mam trochę mieszane uczucia. Nie chodzi o to, że go nie polubiłam - na prawdę okazał się być bardzo przyjemnym bohaterem - po prostu jakoś niczym specjalnym mnie nie zaskoczył. Ogólnie odniosłam wrażenie, że było o nim trochę mało w całej książce. O głównej bohaterce dowiadujemy się na prawdę sporo, a w przypadku Coopera... tylko, że ma wspaniałe blond włosy, niebieskie oczy, bardzo optymistyczne podejście do życia i uwielbia jeździć kładami. No może jeszcze plus do tego, że ma młodszą siostrę, jego rodzicie nie przepadają za Abby i najprawdopodobniej są dość zamożni. Niby trochę tego jest, ale zabrakło mi jednak tych szczegółów. Odniosłam nawet wrażenie, że o Lacey (czyli dziewczynie, którą później poznaje główna bohaterka) dowiadujemy się mimo wszystko więcej. Także mówię, był on bohaterem na prawdę przyjemnym, jednak jak dla mnie troszeczkę nijakim.

W SAMEJ książce dzieje się na prawdę dużo. Nie znajdziemy tutaj takich momentów, gdzie niby coś się dzieje, ale tak na prawdę stoimy w miejscu i mamy ochotę odłożyć książkę na bok. Dosłownie od pierwszej do ostatniej strony cały czas ma miejsce coś, czego nie możemy sobie odpuścić - co ciekawe mimo wszystko nie dzieje się tam aż tyle, żeby mogło okazać się tego za dużo. Wszystko jest odpowiednio wyważone i dozowane w stosownej ilości. Na tym między innymi polega moim zdaniem fenomen Kasie West - autorka potrafi pisać w taki sposób, że nie dość, że stworzy coś z niczego, to jeszcze potrafi tak przykuć do siebie uwagę swojego czytelnika, że ten czyta dosłownie jak zaklęty! Myślę, że nie tylko mnie to zawsze urzekało w jej książkach.

CÓŻ, CO mogę więcej powiedzieć na temat książki Miłość i inne zadania na dziś? Za każdym razem, gdy sięgam po nową powieść Kasie West myślę sobie, że niczym nie może mnie już zaskoczyć, a i za każdym razem okazuje się, że się mylę. O tym, że koniecznie musicie ją przeczytać chyba nie muszę już wspominać - i nie mówię tak z tego względu, że to mój patronat! Jeśli lubicie sięgać po romanse młodzieżowe zwyczajnie jestem na sto procent pewna, że zakochacie się w tej powieści! W tym momencie zazdroszczę wam, że ta książka jest dopiero przed wami! Pilne wyczekujcie więc daty 9 maja, bo takiej premiery nie można przegapić!

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!



Tytuł oryginału: Love, Life, and the List
Autor: Kasie West

Ilość stron: 416 stron

Wydawnictwo: Feeria Young

Ocena: 8/10

PREMIERA 9 MAJA 2017!



PS Już niedługo na moim Instagramie wyruszy konkurs, w którym będę miała dla was aż dwa egzemplarze tej cudownej książki! Bądźcie czujni. 😋
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek