wtorek, 21 listopada 2017

[194] Dom lalki (Nora)


Tytuł oryginału: Et dukkehjem
Autor: Henryk Ibsen
Ilość stron: 126 stron
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
Ocena: 7/10

Po Dom lalki, z resztą tak jak po większość moich ostatnich lektur, sięgnęłam ze względu na studia i zajęcia, na które musiałam ją przeczytać. Szczerze - od samego początku myślałam, że czytanie tej książki będzie jedną wielką katastrofą. A tutaj proszę! Okazało się, że sztuka Ibsena to całkiem niezła lektura. Co prawda porównując ją do literatury współczesnej i powieści, które przeważnie czytam, znalazłam wiele rzeczy, które nie do końca mi pasowały, jednak myślę, że ogólnie mogę powiedzieć że byłam na prawdę zadowolona z poznania tej historii.

Tytułowa Nora to żona Torwalda Helmera - adwokata i od niedawna dyrektora banku. Jest ona typową w tamtych czasach (koniec wieku XIX) panią domy - czyli nie zajmuje się tak na prawdę niczym i jest wyłącznie ozdobą swojego męża. Dotychczas pozycja Nory wcale jej nie przeszkadzała, a uważała nawet, że może być szczęśliwa, że ma takiego męża, wspaniałe dzieci i bardzo dobrą pozycję społeczną. Wszystko zaczyna się powoli zmieniać, gdy Norę odwiedza jej dawna przyjaciółka z dzieciństwa Krystyna, która prosi ją, aby kobieta wstawiła się u swojego męża i poprosiła go o pracę dla Krystyny. Od słowa do słowa Krystyna uświadamia Norze, że tak na prawdę nigdy nie miała żadnych większych problemów, czy zmartwień, z którymi musiałaby sobie poradzić, bo jednak zawsze wszystko załatwiał za nią mąż. Nora wyjawia przyjaciółce jednak swoją wielką tajemnicę - w czasie choroby męża zrobiła coś, co miało mu pomóc w wyzdrowieniu, a czego jednak kobieta nie powinna robić. Od tego momentu Nora powoli zaczyna dostrzegać swoją prawdziwą sytuację i musi uporać się z konsekwencjami swoich wcześniejszych poczynań.

Powiem wam, że po przeczytaniu tej sztuki doszłam do wniosku, że jest ona tak na prawdę o niczym... Cała akcja to tak na prawdę skupianie się na tym, aby Torwald nie dowiedział się o tym, co Nora zrobiła. Najlepsze jest jednak to, że uczucia i poglądy bohaterów zmieniają się jak za pstryknięciem palcem - ot ktoś jest na kogoś zły i staje się to jego życiowym celem, aż tu ktoś inny powie jedno słowo i nagle wszystkie winy zostają wybaczone. Jednakże akurat tutaj podejrzewam, że tak właśnie się kiedyś pisało, dlatego nie chcę za bardzo wytykać autorowi błędu. Choć, gdy tak jak ja, czyta się wyłącznie powieści współczesne takie zagranie wydaje się po prostu nie na miejscu i niedopracowane.
Jeśli chodzi o samą fabułę oraz bohaterów, to strasznie nie spodobało mi się to, jak Torwald postrzegał swoją żonę. Dla współczesnego czytelnika od razu zauważalne jest to, że nie traktuje on Nory poważnie, że jest ona tylko jego ozdobą, a nie partnerką na dobre i na złe. W czasach Ibsena była to jednak norma, jednakże autor starał się w swoich dziełach (w tym także w "Domie lalki") wskazać społeczeństwu ich błędy. Miałam także ogromny żal do Nory, że sama tego nie dostrzega, tylko wręcz potakuje Torwaldowi i uważa, że wszystko to, co on o niej mówi (czytaj uważa ją za głupią gąskę) to prawa. I w tym momencie powiem wam, że gdyby nie zakończenie i tamtejsze zachowanie głównej bohaterki, nie uważałabym lekturę tej sztuki za wartościową. Gdy już myślałam, że Nora to postać stracona, dla której już w ogóle nie ma ratunku, ona totalnie mnie zaskoczyła, przez co bardzo dużo zyskała w moich oczach - jeśli jesteście ciekawi, o czym mówię koniecznie sięgnijcie po "Dom lalki (Nora)".

Podsumowując więc ciekawie poznawało mi się tą sztukę, chociaż dla mnie, jako kobiety żyjącej we współczesnych czasach i znającej inne wartości, to co było przedstawione w środku było zwyczajnie dziwne. Czytając cały czas ciekawiło mnie, jak sztukę Ibsena odbierali czytelnicy współcześni jemu - czy oburzali się na zakończenie, które autor im zgotował, bo tak bardzo odbiegało od ówczesnych norm, czy wręcz przeciwnie uznali, że tkwi w tym jakaś prawda i należało by to zmienić. Ja w każdym razie mimo wszystko jestem bardzo zadowolona z lektury i cieszę się, że miałam okazję poznać tą sztukę. Jestem też pewna, że gdyby nie zajęcia, na które musiałam ją przeczytać, w życiu bym się z nią nie zapoznała. A wy, jeśli znajdziecie wolną chwilę, poświęćcie ją na zapoznanie się z "Domem lalki".

piątek, 10 listopada 2017

[99] FILMOWO: Before I Fall

Tytuł oryginału: Before I Fall

Reżyseria: Ry Russo-Young

Scenariusz: Maria Maggenti, Gina Prince-Bythewood

Gatunek: Dramat

Produkcja: USA

Na podstawie: Lauren Oliver "7 razy dziś"

Czas trwania:1 godz. 39 min.

Premiera: 21 stycznia 2017 (świat)

Obsada: Zoey Deutch, Halston Sage, Jennifer Beals, Nicholas Lea, Diego Boneta, Elena Kampouris, Logan MillerMedalion Rahimi, Cynthy Wu

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Powiem wam, że choć na książkę 7 razy dziś Lauren Oliver jakoś nigdy nie miałam zbyt szczególnie ochoty, to jednak gdy tylko dowiedziałam się, że ma powstać jej ekranizacja, nie mogłam się tego doczekać. Trochę czasu zajęło mi zanim się w końcu z nią zapoznałam, gdyż po drodze miałam jednak małe wątpliwości - coś mi mówiło, że będzie to tylko jedna wielka strata czasu i tyle. Dlatego bardzo się cieszę, że było wręcz odwrotnie, bo Before I Fall okazało się być na prawdę całkiem niezłą produkcją, którą tak na prawdę każdy powinien obejrzeć - niektórym zdecydowanie by się to przydało.


Samantha Kingston należy do grona najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Ma wszystko, czego mogłaby tylko zapragnąć, a dzisiaj w Walentynki ma spędzić noc ze swoim chłopakiem. Wszystko układa się idealnie, jednak podczas imprezy pojawia się Juliet - szkolna wariatka. Jej przyjście doprowadza dziewczyny do konfrontacji, przez co cała grupa ucieka z imprezy. W drodze powrotnej dochodzi do groźnego wypadku samochodowego, jednak zamiast umrzeć Samantha budzi się - znów w piątek 14 lutego. Wszystko przebiega tak samo, jak dzień wcześniej i dziewczyna nie wie, czy wypadek to tylko okropny sen, czy cały dzień to jedno wielkie szaleństwo. W końcu, gdy ten dzień zbliża się ku końcowi, a dziewczyna ponownie się budzi, znów jest piątek. Zdezorientowana Samantha próbuje zrobić wszystko, aby jej życie powróciło.


Ów pomysł z powtarzającym się dniem nie jest w sumie już taki oryginalny - często bowiem można spotkać filmy, czy książki, które poruszają właśnie ten motyw. Powiem wam jednak, że mnie zawsze coś do tego motywu mimo wszystko przyciąga - chyba chodzi głównie o to, że zawsze bohater, który utkwił w takiej pętli czasu uczy się na swoich błędach i z aroganckiego i zarozumiałego staje się nareszcie dobry, bo w końcu zrozumiał swoje złe postępowanie. Nie inaczej z resztą było i w tej produkcji. Co spodobało mi się akurat w filmie pod względem właśnie tego motywu? Myślę, że chyba właśnie to, że twórcy nie przedstawili Samanthy tak, jakby od razu wiedziała, o co chodzi i jak ma się w takiej sytuacji zachować. Najpierw było oczywiście uczucie déjà vu, które ogarnęło ją w pierwszym powtarzającym się dniu. Gdy w końcu zaczęła dostrzegać i rozumieć to, co się dzieje myślała, że wie, co musi zrobić, aby się obudzić i właśnie to starała się osiągnąć. Ale to nie był koniec - mogliśmy obserwować, jak dziewczynie towarzyszy strach, złość (wręcz wściekłość), bunt, czy w końcu poczucie bezradności. Sama Zoey Deutch świetnie z resztą to wszystko pokazała - bez problemu można było dostrzec te wszystkie targające bohaterką emocje. Bardzo spodobało mi się też, że Samantha w końcu dostrzega to co jest złe, a co dotychczas uważała za całkiem normalne i zwyczajne. Zauważyła, jak zachowanie jej i jej przyjaciółek wpływa na innych i jak wielki wpływ może to mieć na przyszłość. Dostrzegła, kto jest jej prawdziwym przyjacielem na dobre i na złe i kogo powinna się trzymać.

Oglądając Before I Fall szybko doszłam do wniosku, że produkcję tą powinien obejrzeć tak na prawdę każdy - bez względu na wiek, płeć czy zainteresowania. Każdy z nas zna chyba taką osobę, albo sam takim kimś jest, kto zachowuje się tak, jakby to on był najważniejszy. Nie zważa na uczucia innych, nie dostrzega, że jego z pozoru normalne zachowanie może ranić innych i wpływać na ich dalsze życiowe wybory A wystarczyło by przecież powstrzymać się od jednego złośliwego komentarza, pogardliwego spojrzenia. Wystarczyłoby pokazać, że mimo dzielących nas różnic tak na prawdę szanujemy tego kogoś takim jaki on jest. To mogłoby uratować niejednego.


W Before I Fall niesamowicie mocno podobał mi się klimat, w jakim film został stworzony. Mam tutaj na myśli głównie miejsce akcji i te wszystkie widoki, ale również sposób przedstawienia fabuły. Cieszę się, że twórcy filmu nie przedstawili tej historii jako takiej typowej młodzieżówki - owszem, widać, że produkcja ta skierowana jest głównie do tej grupy wiekowej, ale jednak chociażby ja (nie zaliczająca się już do tego grona) nie miałam z nią najmniejszego problemu, a wręcz przeciwnie idealnie się do niej dopasowałam. Myślę także, że gdyby skierowano się w nieco innym kierunku, ten film nie byłby już taki sam (śmiało mogę powiedzieć, że byłby po prostu słaby).

Jak wspominałam wcześniej bardzo spodobała mi się gra aktorska Zoey Deutch. Choć jak mówiłam nie czytałam książki, więc nie mam żadnego porównania do jej książkowej postaci, to jednak moim zdaniem wcielając się w postać Samanthy dała z siebie po prostu wszystko. Oglądając ją nie miałam wrażenia, że gra, tylko że autentycznie jest graną przez siebie postacią. Akurat w tym przypadku niei wyobrażam sobie nikogo, kto mógłby ją zastąpić.
W przypadku pozostałych aktorów nie mam tak na prawdę żadnych uwag - z wyjątkiem Juliet i grającej jej Eleny Kampouris - jak dla mnie ta postać była zwyczajnie jedną wielką porażką. Elena była tak sztuczna i sztywna, że już bardziej chyba by się nie dało... Swoją grą całkowicie zepsuła tą postać, którą można by na prawdę ciekawie przedstawić. Nie wiem, jaka była ona w książce, ale tutaj to po prostu istna katastrofa. Jedyny moment, w którym mogłabym uznać ją za autentyczną, to już końcówka filmu i tak na prawdę jedno zdanie - to chyba mówi samo za siebie.


Przechodząc już więc do podsumowania, czy po obejrzeniu filmu sięgnę po książkę - raczej nie... Nie chodzi o to, że historia zawarta w Before I Fall mnie nie zainteresowała, bo tego zdecydowanie nie mogę powiedzieć. Jak dla mnie jednak jest to już temat zamknięty - film podobał mi się na prawdę bardzo mocno i nie chciałabym książką psuć sobie swojej opinii. Może kiedyś, gdy już na prawdę nie będę miała czego czytać zdecyduję się na nią, ale jak na razie mówię stanowcze nie.
Co do filmu to gorąco wam go polecam! Jest na prawdę przemyślany i dobrze zrobiony, a aktorzy w nim grający (wyłączając oczywiście Elenę) tylko dopełniają całości. Sama historia również daje na prawdę wiele do myślenia i myślę, że już samo to wielu z was powinno zachęcić do sięgnięcia po tą ekranizację. Ja z całą pewnością jeszcze nie raz do niej powrócę i mam wielką nadzieje, że z wami będzie dokładnie tak samo!


piątek, 3 listopada 2017

[32] Książkowe zdobycze października [2017]


Witajcie kochani! Październik pod względem nowo przybyłych do mnie książek okazał się być bardzo owocny w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Jeśli dobrze naliczyłam trafiło do mnie bowiem aż siedem książek. Trzy z nich mam już za sobą, natomiast reszta, z racji mojej ostatniej niemocy czytelniczej, nadal cierpliwie czeka na swoją kolej.

1. Uwiedź mnie Abbi Glines [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Pascal] recenzja
2. Naznaczeni. Piramida strachu Jennifer Lynn Barnes [j.w.]
3. Until November Aurora Rose Reynolds [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Editio Red] recenzja
4. Szczęście w miłości Kasie West [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria Young]
5. Wróć, jeśli masz odwagę Estelle Maskame [j.w.]
6. Mirror mirror Cara Delevinge, Rowan Coleman [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Jaguar]
7. Szukając Kopciuszka Colleen Hoover [zakup własny]

W moje łapki w końcu trafi kolejny tom z serii Sea Breeze, choć jak wspominałam już recenzji, nie jestem do tej części jakoś wielce przekonana. Nie będę się jednak tutaj na ten temat rozpisywać, gdyż jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z moją opinią na temat tej książki odsyłam was do jej recenzji. Powie tylko, że jak dotąd był to chyba najsłabszy tom z serii i raczej nie miałabym ochoty poznawać go ponownie. Ale z racji tego, że jednak fanką serii jestem, bardzo się cieszę, że mogłam się z nim zapoznać. 
Również od Wydawnictwa Pascal otrzymałam także kolejny tom z serii Naznaczeni. Poprzednie dwie części, to jest Naznaczeni i Naznaczeni. Mroczna strona bardzo mi się spodobały (głównie mam tutaj na myśli połączenie książki młodzieżowej z kryminałem) i zwyczajnie nie wyobrażam sobie, abym nie zapoznała się i z tą częścią. Zaczęłam ją już czytać jakiś czas temu, ale jak to wspominałam na swoim instagramie, "męczę" ją już od jakiegoś czasu i nie mogę dobrnąć do końca. Ale jak zawsze winię za wszystko moją niemoc czytelniczą!
Dalej jest książka niespodzianka od Wydawnictwa Editio Red, czyli Until November. I eh... na prawdę nie wiem, co na jej temat jeszcze powiedzieć. Z jednej strony mi się podobała, a z drugiej tak mnie denerwowała, że zwyczajnie miałam ochotę odłożyć ją w trakcie czytania. Wcześniej nie słyszałam o tej powieści i podejrzewam, że gdyby nie to, że Wydawnictwo samo mi ją przesłało, raczej tak szybko bym się z nią nie zapoznała.
Jak też wspominałam jestem wielką fanką książek Kasie West i już od jakiegoś czasu biorę powieści tej autorki po prostu w ciemno. I właśnie nie mam bladego pojęcia tak na prawdę, o czym jest ta nowa Kasie, ale myślę, że i tak mi się spodoba. Sądzę, że to właśnie za nią zabiorę się w następnej kolejności.
To samo w zasadzie mogę powiedzieć o twórczości Estelle Maskame. Jestem wielką fanką jej serii DIMILY i gdy dowiedziałam się, że Estelle ma dla nas coś całkiem nowego nie posiadałam się z radości. Nie chcę zbyt wiele od Wróć, jeśli masz odwagę oczekiwać, gdyż coś tak troszeczkę podpowiada mi, że mogę się rozczarować, jednak mimo wszystko jestem pozytywnie do niej nastawiona.
Mirror mirror to książka, która tym, że się w ogóle pojawiła zaskoczyła mnie niemiłosiernie. Pamiętam, że gdy dowiedziałam się o niej i że wyszła z pod pióra Cary Delevinge, prawie spadłam z krzesła. No bo wiecie, taka książka to na pewno tylko chwyt reklamowy, bo Cara jest teraz na topie - takie myśli do mnie przyszły, gdy o tej pozycji usłyszałam. Ale właśnie z tego powodu postanowiłam dać tej pozycji szansę, bo może się okaże, że Cara to kuźnia talentów i nawet w pisaniu idzie jej całkiem nieźle. Także no nie wiem, nie wiem, ale zobaczymy jak to będzie.
I na koniec totalne zaskoczenie jakie mnie ostatnio spotkało, czyli informacja, że Wydawnictwo Moondrive postanowiło wydać Szukając Kopciuszka w formie papierowej! Pamiętam, jak rozpaczałam, że Wydawnictwo nie chce wydać książki normalnie, przez co nie mogłam mieć kompletnej serii na półce. No i proszę, w końcu moje marzenie się spełniło!

Także tak właśnie prezentują się moje książkowe zdobycze października. Myślałam, że będzie ich jeszcze troszkę więcej, bo spodziewam się jeszcze chyba dwóch pozycji, ale wychodzi na to, że pokażę je wam w poście na listopad.
No wiec pytam - czytaliście coś, co polecacie?

środa, 1 listopada 2017

[29] Podsumowanie października [2017]


Hej kochani! Dziś oficjalnie zaczął się nam już listopad. Powiem wam, że jeśli o mnie chodzi, to choć jestem bardzo ciekawa co ciekawego ten miesiąc ze sobą przyniesie, t z drugiej strony również się go obawiam. Obawy te dotyczą głównie moich studiów (wiecie praktyki i te sprawy), ale również boga, bo powiedzmy to sobie szczerze - opuściłam się i to bardzo. Nie chcę wspominać o tym znowu, bo ostatnio chyba w każdym podsumowaniu mówię o tym, jak męczy mnie niemoc czytelnicza i ogólna niechęć do wszystkiego, co związane z blogiem (aż w końcu powiedzie "ugh... weź już w końcu przestań"). Może plusem jest jednak, że tego pierwszego listopada jestem dość pozytywnie nastawiona i mam nadzieję tylko, że już juto to nastawienie mnie nie opuści...

Jeśli chodzi o to, co działo się w październiku u mnie na blogu, to jakoś za głośno nie było. Pojawiło się siedem postów (co wydawać by się mogło, wcale tak mało nie jest), gdzie jednak tak na prawdę, pomijając zaległe wpisy i posty, które pojawiają się co miesiąc, opublikowałam tylko trzy właściwe recenzje. Dużo, czy mało? Powiecie lepiej trzy, niż nic, jednak mnie ten wynik kompletnie nie zadowala... Jednak no... lepiej trzy, niż nic!

Liczba wyświetleń: 136,808
(o 3 541 więcej, niż we wrześniu)
Liczba obserwatorów: 454
(bez zmian)
Polubienia na FB: 259
(o 4 więcej, niż we wrześniu)
Polubienia na IG: 435
(o 8 więcej, niż we wrześniu)
Polubienia na Twitterze: 7


W październiku przeczytałam w sumie trzy książki (kalendarza nie liczę) - Uwiedź mnie, Until November oraz Hamleta na zajęcia z arcydzieł literatury światowej. A jeśli jesteśmy już przy tym hamlecie to powiem wam, że jestem na prawdę zaskoczona tym, ze pozycja ta tak mi się spodobała! Z czasów szkolnych miałam awersję do dzieł Szekspira i obawiałam się, że nie będę w stanie przebrnąć nawet przez pierwszych kilka stron Hamleta, a tu proszę taka niespodzianka! Zastanowię się jeszcze, czy pisać o tym recenzję, czy nie. Jeśli chodzi o pozostałe dwie książki, to październik minął mi zdecydowanie pod znakiem erotyków/romansów. Jakoś nie miałam weny na poznawanie czegokolwiek innego. Chyba nie umiałabym wybrać, która z tych dwóch powyższych pozycji spodobała mi się bardziej - każda miała swoje plusy i minusy. Jednak zdecydowanie bardzo się cieszę, że mogła zapoznać się z nimi w minionym miesiącu.

alicja w krainie czarów. kalendarz 2018 | uwiedź mnie | until november

Z postów filmowych na blogu pojawiły się w październiku jedynie dwie zaległe recenzje (tj. Błękit szafiru oraz Dziewczyna z pociągu).
Z pozostałych wpisów pojawiło się tradycyjnie podsumowanie poprzedniego miesiąca oraz książkowe zdobycze września.


Jak więc widzicie, październik nie był dla mnie zbyt szalowym miesiącem. Odnośnie bloga wydarzyło się bardzo mało. Jedyne, co się tak na prawdę zmieniło to to, że założyłam konto na Twitterze, do którego możecie się dostać klikając w ikonkę TT w prawym górny rogu. 

Jeśli chodzi o listopad, przede wszystkim chciałabym się skupić na nadgonieniu tych wszystkich zaległości, przeczytaniu chociaż dwóch egzemplarzy recenzenckich, które znowu zaczynają się u mnie zbierać i ogólnym ogarnięciu tego wszystkiego. Nie wiem, ja to będzie, gdyż obawiam się, że nie będę miała za bardzo czasu przez studia oraz przeprowadzkę, ale no... postaram się!
A jak wam minął październik?

wtorek, 17 października 2017

[193] Until November


Tytuł oryginału: Until November
Autor: Aurora Rose Reynolds
Cykl: Do utraty tchu
Tom: 1
Ilość stron: 210 stron
Wydawnictwo: Editio
Ocena: 5/10

Na swoim Instagramie wspominałam wam ostatnio, że książka Until November wpadła do mnie dość niespodziewanie. Nie lubię otrzymywać egzemplarzy recenzenckich, o których nie miałam pojęcia, gdyż z reguły nie trafiają one wówczas w moje czytelnicze gusta. Jednak gdy zapoznałam się z opisem tej książki wydała mi się być całkiem ciekawa i wyczekiwałam momentu, kiedy w końcu będę mogła się z nią zapoznać. Powiem wam, że czytanie Until November było, jak jazda na rollercoasterze - tak bardzo bowiem zmieniały się moje odczucia w stosunku do niej w trakcie lektury. Doszło do tego, że sama już nie wiem, co mam o niej myśleć...

Już po okładce książki widać, że Until November to typowy erotyk, jednakże mi spodobało się, że została utrzymana ona w takich jasnych, powiedziałabym nawet, że w pastelowych kolorach. Zazwyczaj erotyki prezentowane są w ciemniejszych tonach, dlatego tak okładka to przyjemna odmiana dla oka. 

Główną bohaterką książki jest tytułowa November - dziewczyna, która z racji pobicia, którego stała się ofiarą w Nowym Jorku, postanawia przeprowadzić się do ojca do Tennessee. Okoliczności w jakich ją poznajemy są bardzo ciekawe i tajemnicze, bo choć dziewczyna wyjaśnia mniej więcej swoją sytuację, to jednak nie znamy dokładnie wszystkich szczegółów a to sprawia, że mamy ochotę dowiedzieć się wszystkiego jeszcze bardziej. Czytając opis książki bardzo spodobał mi się pomysł na to, aby przedstawić ojca dziewczyny jako właściciela klubu ze striptizem i miałam wielką nadzieję, że autorka jakoś ten wątek pociągnie. Niestety tutaj bardzo się przeliczyłam, bo otrzymałam zaledwie wzmiankę o tym - tak na prawdę autorka bardzo mało wspominam nam, jak to się stało, że November oraz jej ojciec się odnaleźli. Mówi nam tylko, że bohaterka została wychowana przez matkę, która postanowiła ograniczyć kontakt z dzieckiem ojcu dziewczyny i z którą nie miała łatwego życia (mówiąc łagodnie) oraz że gdy dziewczyna miała osiemnaście lat ten kontakt z ojcem - Wielkim Mike'iem - się odnowił. Przez całą książkę liczyłam, że może jednak Aurora Rose Reynolds opowiem nam jeszcze co nie co na temat rodziny November ze strony ojca, jednak autorka tak na prawdę postanowiła ten temat przemilczeć - ot, pojawił się on tylko na początku i później wiemy tylko, że rodzina ta w życiu November była. Jak więc mówiłam jestem tym z lekka rozczarowana. 
Dalej, w trakcie czytania książki, bardzo szybko dowiadujemy się, że dziewczynę zaczyna coś łączyć z Asherem - pracownikiem ochrony klubu (chociaż jak się później okazuje ten wątek jest troszkę zagmatwany, więc nie będę się wdawała tutaj w żadne szczegóły). Powiem wam, że dotąd jak na razie książka bardzo mi się podobała i myślę, że mogę nawet śmiało powiedzieć, że byłam nią lekko oczarowana - od dawna potrzebowałam takiego dobrego romansidła i liczyłam, że właśnie dzięki Until November to dostanę. Po drodze dowiadujemy się oczywiście różnych nowych ciekawostek z życia zarówno November, jak i Ashera. Autorka wtrąca też wątek o tym, że życie November powoli zaczyna być w niebezpieczeństwie, co ma być ponoć skutkiem napadu, który spowodował przyjazd dziewczyny do ojca.

I jak mówiłam wszystko było dobrze, do czasu, aż autorka zaczęła dla mnie porządnie przesadzać. Pierwsze, co zaczęło mnie drażnić w bohaterach to to, że Asher był za bardzo dominującym  typem - serio, nie wierzę, że w prawdziwym życiu takie osoby się zdarzają - a drugi to to, że November była taka aż nazbyt rozemocjonowana i nie umiała żyć samodzielnie - jak dla mnie cały czas potrzebowała kogoś, kto dyrygowałby za nią wszystkimi jej życiowymi problemami. Ale myślałam, że jest to tylko taki chwilowy wybuch pisarskich ambicji autorki i że może jednak im dalej w las, tym będzie lepiej.... nie było... Choć na początku bardzo lubiłam Ashera oraz November bardzo szybko zaczęli mnie oni denerwować i doszło do tego, że w myślach zaczęłam ich dość często przedrzeźniać (szczególnie November). Tak, jak mówiłam, w Asherze bardzo nie podobało mi się to, że zawsze wszystko musiało być tak, jak on chciał. Było widać, że nie robi tego, żeby zaspokoić swoje potrzeby, lecz dba o dobro dziewczyny, no ale jak dla mnie to już była totalna przesada - nakazywanie komuś wprowadzenia się do swojego domu po dniu znajomości, wkurzanie się za każdym razem, gdy November choćby pomyślała o innym facecie, wybuchy złości, gdy dziewczyna nie chciała zrobić czegoś, co Asher chciał, czy w końcu traktowanie jej jak laleczki lub dużego dziecka.... No ej bez przesady! Ale, żeby nie było, że to wszystko wina Ashera, November wcale nie była lepsza. Z początku wydawała mi się być bardzo zabawna i podziwiałam ją za to, że mimo i matka tak źle ją traktowała, nadal pozostała pogodna i pełna życia. Jednak jej dalsze reakcje na zwykłe błahostki były już po prostu przesadzone. Najbardziej denerwowało mnie to, że nie miała ona tak na prawdę własnego rozumu... To Asher musiał jej uświadamiać, czego ona tak na prawdę chce. Wystarczyło, żeby chłopak zatrzepotał rzęsami, seksownie się do niej uśmiechnął, czy pocałował, a ona już całkowicie traciła dla niego głowę i zgadzała się na wszystko, co ten chciał. Jednak czarę goryczy przelało to, że to Ahser musiał zapisać ją do ginekologa, bo ona zapomniała..... Boże, jak to piszę to aż mi wstyd za tą kobietę. Szczerze, to nie wiem, co wstąpiło w autorkę, jak pisała swoją książkę, ale mam nadzieję, że w kolejnych tomach to coś ją zostawi, a ona zastanowi się najpierw sto razy, zanim znowu zacznie w taki sposób kreować swoich bohaterów. Moim zdaniem na prawdę wiele przez to stracili, a szkoda, bo zapowiadali się na prawdę dobrze i myślałam, że dołączą do grona moich ulubionych książkowych par.

Byłam zawiedziona również tym, że choć autorka przez cały czas kusiła nas tym wątkiem prześladowania November, to koniec końców nie wyszło z tego nic ciekawego. Nie chcę zdradzać wam tutaj za dużo z fabuły, ale no spodziewałam się większej ilości akcji. Nawet ta końcowa walka, że tak to ujmę, była jak dla mnie po prostu słaba i wciśnięta na siłę. Myślę sobie nawet, że gdyby autorka całkowicie zrezygnowała z tego wątku, to nic by się nie stało, a książka mogłaby być nawet lepsza.
Żeby nie było jednak, że wciąż jestem na nie, to powiem, że bardzo podobało mi się przedstawienie dalszego życia głównych bohaterów. Autorka nie zostawiła nas w niewiedzy, tylko czarno na białym zaprezentował, jak ułożyło się życie November i Ashera.

I pewnie czytając tą recenzję myślicie sobie, że książka mi się totalnie nie podobała i nie mam zamiaru sięgać po kolejne tomy z serii - otóż nie! Mimo wszystko, podsumowując ogólnie moje odczucia co do tej powieści powiem wam, że książka mi się podobała, przyjemnie mi się poznawało zawartą w niej historię i chcę poznać dalsze części z pod pióra autorki. Bo choć główni bohaterowie mnie denerwowali, a sam styl pisarski autorki wymaga jednak dopracowania, to historia mnie wciągnęła i z ciekawością śledziłam to, co będzie dalej. Było w książce kilka takich momentów które na prawdę mi się podobały i nawet bawiły, ale jednak było ich zdecydowanie za mało. Odnośnie kolejnych tomów nie mam już żadnych oczekiwań, ale z czystej ciekawości chcę się z nimi zapoznać, aby zobaczyć, czy może dalej będzie lepiej. Widziałam, że kolejny z nich ma opowiadać historię Trevora (jednego z braci Ashera) oraz Lizz, której tak mało było w Until November, a to zapowiada się nawet interesująco. Także trzymam kciuki za to, żeby dalej było już tylko lepiej, bo jeśli autorka zrobi z Lizz taką bezmózgą panienkę, a z Trevora jednego wielkiego samca alfa, to chyba już tego nie zniosę.
Czy polecam książkę? Powiem tak, jeśli macie ochotę na lekki romans to tak, ale nie spodziewajcie się tutaj cudów.

DO UTRATY TCHU:
until november | until trevor |until lilly | until nico

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio.
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek