piątek, 24 marca 2017

[84] FILMOWO: Ugotowany

https://www.youtube.com/watch?v=54rjNvaWwf4
Tytuł oryginału: Burnt

Reżyseria: John Wells

Scenariusz: Steven Knight

Gatunek: Dramat, Komedia

Produkcja: USA

Czas trwania: 1 godz. 40 min.

Premiera: 23 października 2015 (Polska), 22 października 2015 (świat)

Obsada: Bradley Cooper, Sienna Miller, Daniel Brühl, Riccardo Scamarcio, Omar Sy, Sam Keeley, Emma Thompson

Ocena: 8/10


Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Adam Jones - słynny kucharz z Paryża - po tajemniczym zniknięciu kilka lat temu wraca na ulice Londynu, aby tam razem z grupą najlepszych kucharzy stworzyć restaurację, która zdobędzie trzecią i najważniejszą gwiazdkę Michelin. Jednakże co się stanie, gdy plany Adama legną w gruzach?

Uwielbiam filmy z motywem gotowania w tle, a gdy do tego w ów filmie gra jedne z moich ulubionych aktorów, jest to dla mnie pozycja wręcz obowiązkowa. Tak właśnie było również w przypadku Ugotowanego - gdy tylko dowiedziałam się, że to właśnie Bradley Cooper ma wcielić się w główną postać, czyli Adama Jones'a wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała sięgnąć po tą pozycję. Jednak jak to często bywa w takich przypadkach moje oczekiwania nieco różniły się od tego, co otrzymałam w praktyce. Czy mimo to uważam Ugotowanego za kompletne dno... zdecydowanie nie!


Od razu może powiem, że jeśli wydaje wam się, że ów film to produkcja tylko i wyłącznie o gotowaniu i przez to nie ma tutaj nic ciekawego do zobaczenia - mylicie się w stu procentach. Ugotowany to świetna produkcja, która ukazuje nam jak dążenie do wyznaczonego przez nas celu może okazać się dla nas toksyczne. W końcu bowiem jesteśmy tak zaślepieni naszymi marzeniami, że nie dopuszczamy do siebie świadomości "a co się stanie, gdy nie uda nam się wygrać?", albo "a co będzie potem?". W tym filmie właśnie to spodobało mi się najbardziej - ukazanie człowieka zaślepionego swoimi celami, który już nie dostrzega w ogóle otaczającego go świata, dopóki ten świat nie kopnie go w tyłek.

To właśnie w tego zaślepionego dążeniem do doskonałości wcielił się wspaniały Bradley Cooper, który tym razem okazał się być tak samo fantastyczny jak zawsze, albo nawet i lepszy. Za każdym razem, gdy poznaję nowe wcielenie Bradleya Coopera zaskakuje mnie to, że właśnie potrafi mnie jeszcze zszokować. Nie zdarzyło mi się jak dotąd, abym była nim zawiedziona - i mam wielką nadzieję, że nigdy tego nie doczekam.
Jeśli natomiast chodzi o postać samego Adama Jones'a, miałam wrażenie jakbym oglądała na ekranie chociażby Gordona Ramseya - nie znam bardziej wydzierającego się na kucharzy szefa kuchni. 


 Podczas oglądania filmu byłam również pod wielkim wrażeniem gry Daniela Brühl'a. Nie miałam jak dotąd okazji poznać go lepiej, jednak w filmie Good Bye Lenin!, czy Bękarty wojny na prawdę mi się spodobał. Postać Tony'ego, w którą wcielił się w Ugotowanym całkowicie różniła się jednak moim zdaniem od tych dwóch mi znanych i jak dla mnie Daniel wykonał kawał na prawdę dobrej roboty prezentując nam Tony'ego. Samo połączenie Bradleya Coopera oraz Daniela Brühl'a na prawdę mocno mi się spodobało i z wielką przyjemnością obejrzałabym ich razem w kolejnym filmie.


Bardzo spodobało mi się to, że podczas oglądania Ugotowanego miałam po pierwsze okazję poznać świat restauracji od kuchni i dodatkowo dowiedzieć się co nieco o słynnych gwiazdkach Michelin. Ciekawe dla mnie było to, jakimi regułami się to wszystko rządzi i jak wielkie osiągnięcie jest dla całej restauracji, gdy uda im się zdobyć którąś z gwiazdek. 
Jednakże Ugotowany to nie tylko rygor i presja, jakie towarzyszą pracy w najlepszej restauracji na świecie. W filmie nie zabrakło zabawnych momentów, które zaprezentowane w naprawdę wyważony sposób doprowadziły mnie do łez - chociażby jeden z momentów, gdy Tony rozmawia z Adamem na temat gwiazdek Michelin (uwielbiam!). 

Akcja filmu płynie na prawdę bardzo szybko. Z początku miałam lekki problem z nadążaniem za fabułą i łączeniem ze sobą poszczególnych wątków, jednak z czasem przestało mi to już przeszkadzać i całość oglądało mi się na prawdę dobrze. Moim zdaniem szybkie tępo akcji miało odwzorowywać prędkość z jaką toczy się życie ludzi pracujących właśnie w takich restauracjach. Jeśli właśnie taki był tego zamysł, wyszło na prawdę świetnie.


Wychodzi więc na to, że mimo iż oczekiwałam od Ugotowanego czegoś nieco innego, to co dostałam zadowoliło mnie w stu procentach! Nie zabrakło wartkiej akcji, bardzo dobrych aktorów oraz charakterystycznego klimatu. Choć po drodze troszkę narzekałam, koniec końców mogę powiedzieć, że warto było zapoznać się z tą produkcją! Więc jeśli jeszcze nie mieliście poznać szalonego kulinarnego świata  przedstawionego w Ugotowanym, to przyszedł najlepszy czas, aby to wszystko nadrobić. Z pewnością się nie zawiedziecie!


środa, 22 marca 2017

[152] Diabolika


Tytuł oryginału: The Diabolic
Autor: S.J. Kincaid
Cykl: Diabolika
Tom: 1
Ilość stron: 412 stron
Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte
Ocena: 7/10

Diaboliki
NIE ZNAJĄ LITOŚCI.

Diaboliki
SĄ SILNE.

Ich przeznaczeniem jest
ZABIJAĆ W OBRONIE CZŁOWIEKA,
dla którego zostały wyhodowane.

NIC WIĘCEJ SIĘ NIE LICZY.

Wyglądamy jak ludzie. Jesteśmy agresywni, zdolni do bezgranicznego okrucieństwa i absolutnej lojalności. Właśnie dlatego jesteśmy strażnikami zamożnych rodzin.

Służę córce senatora, Sydonii, którą traktuję jak siostrę. Zrobiłabym dla niej wszystko. Teraz, aby ją ochronić, muszę udawać, że nią jestem, zachowując w tajemnicy moje zdolności. Żyjąc wśród bezwzględnych polityków walczących o władzę w imperium, odkryłam w sobie cechę, której zawsze mi omawiano - człowieczeństwo.

Mam na imię Nemezis i jestem diaboliką.
Czy mogę zostać iskrą, która rozbłyśnie w mroku imperium?
[opis pochodzi z okładki książki]

Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak mógłby wyglądać nasz świat (albo nawet i wszechświat), jakie byłyby dalsze losy ludzkości za kilkaset lat? Czy nadal ograniczalibyśmy się wyłącznie do mieszkania na Ziemi, czy może rozprzestrzenilibyśmy się po całym kosmosie? Nemezis żyje w świecie, gdzie na stałej planecie mieszkają tylko ci, którzy tak na prawdę nic nie znaczą dla Imperium. Codziennie narażają swoje życie przebywając w blasku śmiercionośnych promieni słonecznych, podczas gdy zamożniejsi wiodą spokojne życie na swoich statkach z dala od wszelkich niebezpieczeństw. Ich największym wrogiem jest jednak władza nad Imperium - każdy czyha na cesarski stołek. To jednak w ogóle nie dotyczy Nemezis - nie musi martwić się ona tymi wszystkimi politycznymi bzdurami. Dla niej najważniejsza jest jedynie Sydonia - córka senatora Impiriana. Jej życiowym celem jest bronić dziewczynę do ostatniego swojego tchnienia. Nemezis zrobi wszystko, aby utrzymać Donię przy życiu - zabije każdego, kto tylko będzie jej zagrażał. Nemezis jest diaboliką, a to jej jedyny cel w życiu.

Bardzo rzadko zdarza mi się czytać dystopie - mam kilka sprawdzonych już tytułów, do których się ograniczam i nie często poszerzam to grono. Gdy usłyszałam o Diabolice nie od razu miałam na nią ochotę, jednak gdy stopniowo zaczynałam poznawać więcej szczegółów dotyczących tej powieści, przekonywałam się, że może jednak warto dać jej szansę. Dzięki Book Tour organizowanemu przez Wydawnictwo Moondrive w końcu nadarza mi się okazja, aby poznać historię Nemezis, a ta miejscami na prawdę mrozi krew w żyłach.

Główna bohaterka książki, Nemezis, jest diaboliką. Kto to diabolika, zapytacie. Otóż jest to istota stworzona na ludzkie podobieństwo, pozbawiona jednak niektórych charakterystycznych dla człowieka cech (jak chociażby możliwość odczuwania emocji). Diaboliki są śmiertelnie niebezpieczne i zrobią wszystko, aby bronić swojego właściciela, który jest dla nich najważniejszy na świecie. Relacja łącząca Nemezis z jej panią Sydionią jest jednak trochę inna, niż u większości diabolik. W przeciwieństwie do innych ludzi, którzy czują odrazę do diabolik i uważają je za okropne humanoidy, Sydonia traktuje Nemezis jak równą sobie i stara się zrobić wszystko, aby ta uwierzyła, że nie jest od nikogo gorsza. Na samym początku nieco trudno było mi ogarnąć cały ten motyw diabolik, gdyż wydawało mi się być to na prawdę mocno dziwaczne. Książkę czytało mi się przez to trochę trudno. Teraz jednak mogę powiedzieć, że autorka miała na prawdę świetny pomysł, kreując diaboliki, czy w końcu samą Nemezis. Była ona dla mnie bardzo ciekawą postacią i muszę przyznać, że przyjemnie mi się ją poznawało i spędzało z nią czas. 

My poznajemy Nemezis w momencie, w którym Matriarchini oraz senator Impirian postanowili kupić ją dla swojej córki Sydonii. To jednak dopiero początek historii, która jest na prawdę mocno zawiła. Jak wspomniałam nie często sięgam po dystopie, a gdy zawierają one spory wątek sci-fi, już całkowicie sobie ich odmawiam. Ciężko mi więc było przyzwyczaić się do tych wszystkich skomplikowanych nazw czy zwyczajów, które autorka przedstawiła w swojej książce, a które dla mieszkańców Imperium były naturalne. Przyznam się wam, że rozważałam nawet porzucenie tejże książki, ponieważ za bardzo się z nią męczyłam. Cieszę się jednak, że do tego nie doszło, gdyż z czasem wszystko sobie w głowie poukładałam i teraz bez problemu mogłabym wyjaśnić komuś poszczególne elementy codzienności bohaterów Diaboliki. Także mimo iż początki były nieco trudne mogę śmiało powiedzieć, że warto było pokonać te wszystkie przeszkody.

Choć z początku podchodziłam nieco sceptycznie do książki, teraz jestem nią na prawdę mile zaskoczona. Bardzo ciekawi mnie, co autorka przedstawi swoim czytelnikom w kontynuacji serii, gdyż nie mam żadnego pomysłu na to, co mogłoby tam spotkać Nemezis. Zakończenie Diaboliki wprawiło mnie w naprawdę spory niepokój (tek, kto czytał już książkę z pewnością to rozumie), jednakże wzbudziło bardzo mocno moją ciekawość. Myślę, że na pewno sięgnę po kolejny tom serii. Słowem podsumowania mogę wam już tylko powiedzieć, że na prawdę warto zapoznać się z Diaboliką, by przenieść się do całkiem innego świata pełnego mrocznych intryg, gdyż z pewnością tego nie pożałujecie. Ja z całą pewnością swojej decyzji nie żałuję!

DIABOLIKA:
diabolika

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Moondrive!

Książka bierze udział w Book Tour, które organizuje Wydawnictwo Moondrive.

poniedziałek, 20 marca 2017

[151] Droga do Misty


Tytuł oryginału: Misty Falls
Autor: Joss Stirling
Cykl: Saga o braciach Benedictach
Tom: 4
Ilość stron: 382 strony
Wydawnictwo: Akapit Press
Ocena: 6/10

Misty to dziewczyna-katastrofa, obdarzona sawanckim „darem”, który sprawia, że nie potrafi kłamać. W wyniku tej niekontrolowanej prawdomówności na każdym kroku pakuje się w kłopoty. 

Kiedy poznaje Alexa, przystojnego, pewnego siebie i nieprawdopodobnie czarującego chłopaka, Misty w jednej chwili postanawia zachować bezpieczny dystans… Z pewnością ktoś tak doskonały jest poza jej zasięgiem. 

Tymczasem na całą sawancką społeczność pada strach: seryjny morderca tropi młodych ludzi obdarzonych niezwykłymi mocami. Wkrótce kolejna ofiara zostanie przez niego doprowadzona na granicę życia i śmierci… i jeszcze dalej.
[opis pochodzi z okładki książki]

Z wielką niecierpliwością czekałam na ukazanie się kolejnego tomu Sagi o braciach Benedictach. Serię tą pokochałam już od pierwszej strony Kim jesteś Sky? (recenzja klik) i z każdą kolejną powieścią zatracałam się w niej coraz bardziej. Cały czas myślałam jednak, że w Drodze do Misty, to właśnie ów Misty okaże się być tajemniczą przeznaczoną Uriego (czyli tak, jak to autorka czyniła do tej pory), a tu proszę! Choć oczywiście bracia Benedictowie nadal występują w powieści i to nawet bardzo często, to jednak tym razem autorka postanowiła poświęcić swoją książkę komuś całkiem innemu.

Główną bohaterką powieści jest niejaka Misty - sawankta, która przez swój dar ma wiecznie same problemy. Otóż nie potrafi ona kłamać, a gdy nie pilnuje swoich umiejętności wszyscy, którzy przebywają z nią w jednym pomieszczeniu, momentalnie zaczynają wyznawać najbardziej skrywaną prawdę. Już od pierwszych stron książki bardzo polubiłam Misty i choć mocno współczułam jej wszystkich tych jej wtop, to mimo wszystko na prawdę mocno uśmiałam się z niektórych jej wpadek. Przez cały czas mocno ciekawiło mnie to, jaką rolę przeznaczyła dla niej autorka książki. Z początku myślałam, że może okaże się być ona przeznaczoną dla jednego z braci Benedictów, jednak tak jak wspomniałam, tym razem grali oni raczej boczne skrzypce. Trochę się tym zawiodłam, gdyż przyzwyczajona byłam już do starego schematu - koniec końców mogę śmiało powiedzieć, że później w ogóle mi to nie przeszkadzało i całą historię śledziłam z zapartym tchem.

Gdybym jednak miała być szczera tak w stu procentach, muszę powiedzieć, że poprzednie części Sagi... podobały mi się znacznie mocniej. Nie chodzi tutaj już o tą całą Misty, czy brak Benedictów - zwyczajnie odnoszę wrażenie, że tej części zabrakło tego charakterystycznego klimatu, który można było dostrzec w poprzednich częściach sagi. Choć, tak jak mówię, historia mi się podobała, to jednak miejscami trochę się przy niej nudziłam. Dużo w tym przypadku ratowała Misty, dzięki swojemu humorowi, jednak chciałabym, żeby historia przedstawiona była nieco inaczej.
Miejscami bardzo mocno denerwowała mnie postać Alexa. Odkąd zaczęłam przygodę z książkami Joss Stirling wydawało mi się, że gdy przeznaczeni już się odnajdą, nic nie jest dla nich bardziej ważne, niż jego partner. W przypadku Alexa sprawy miały się jednak nieco inaczej i momentami swoją postawą po prostu strasznie mnie wkurzał. Dotychczas bardzo lubiłam wszystkich bohaterów poznanych w tej serii, jednak Alex zdecydowanie do tego grona nie trafił.

Przechodząc więc już do podsumowania, powiem po prostu, że choć całość mi się podobała, to jednak jestem nieco rozczarowana tym, co Joss Stirling tym razem dla nas przygotowała. Spodziewałam się historii, której bohaterem będzie kolejny z braci Benedictów, a otrzymałam tylko namiastkę swoich oczekiwań. Miejscami miałam wrażenie, że autorka na siłę napisała Drogę do Misty, by była to tylko kolejna część - taka zapchajdziura. Z tego co widziałam, kolejna część Sagi... również nie ma trzymać się sztywno braci Benedictów, co mnie bardzo smuci, jednak mam nadzieję, że wyjdzie ona autorce o niebo lepiej, niż właśnie Droga do Misty. Powiem więc tak - jako, że poprzednie części serii mam już za sobą, cieszę się, że przeczytałam i tą, jednak nic nie wniosła ona do historii i zdecydowanie można by się bez niej obejść.


PS przepraszam was, jeśli moja recenzja wyda się być nieco chaotyczna - zwyczajnie nie miałam zielonego pojęcia, co miałabym o tej książce powiedzieć... 

SAGA O BRACIACH BENEDICTACH:
kim jesteś, Sky? | jak Cię wykraść, Phoenix? | znajdę Cię, Crystal | droga do Misty | śmiało, Angel! | summer shadows 

niedziela, 19 marca 2017

[150] Ogromne okno


Tytuł oryginału: The Wide Window
Autor: Lemony Sincket
Cykl: Seria niefortunnych zdarzeń
Tom: 3
Ilość stron: 221
Wydawnictwo: Egmont
Ocena: 8/10

Drogi czytelniku!

Jeżeli nie czytałeś jeszcze żadnej książki o sierotach Baudelaire, to przed przeczytaniem następnego zdania dowiedz się jednego: Wioletka, Klaus i Słoneczko to dzieci grzeczne i inteligentne, ale ich życiem - co stwierdzam z żalem - rządzi pech i nieszczęście. Wszystkie historie o trójce Baudelaire'ów są smutne i przygnębiające, ale ta, którą trzymasz w ręku, jest chyba najgorsza.
Jeżeli nie gustujesz w opowieściach, w których występuje huragan, urządzenie sygnalizacyjne, głodne pijawki, chłodnik ogórkowy, brutalny łotr i lalka imieniem Panna Penny - to książka ta najprawdopodobniej wpędzi cię w czarną rozpacz.
Ja zamierzam dalej spisywać tragiczne dzieje sierot Baudelaire, gdyż takie jest moje zadanie. Ty jednak zdecyduj sam, czy potrafisz znieść tę ponurą historię.

Z poważaniem
Lemony Snicket
[opis pochodzi z okładki książki]

Po tym, jak wujek Monty zostaje zabity przez okrutnego Hrabiego Olafa, który upozorował jego samobójstwo, sieroty Baudelaire zostają wysłane do kolejnego nieznanego im dotąd krewnego. Tym razem rolę ich prawnego opiekuna ma pełnić ciotka Józefina - niezwykle dziwaczna i bojaźliwa kobieta, która boi się wyłonić choćby czubek nosa ze swojego domu, a i w nim z resztą nie czuje się tak na prawdę bezpieczna. Wszystko jest jednak lepsze, niż mieszkanie u potwornego Hrabiego Olafa. Ten jednak nie próżnuje i w końcu ponownie daje o sobie znać. Czy tym razem życie sierot Baudelaire ponownie stanie się zagrożone?

Choć uwielbiam dotychczasowe części Serii niefortunnych zdarzeń, które udało mi się przeczytać, podejrzewam, że gdyby nie serial powstały właśnie na podstawie tych powieści, który niedawno zaczęłam oglądać, jeszcze długo zwlekałabym z kontynuowaniem serii. Zawsze po drodze coś okazywało się być znacznie ważniejsze i tak poznanie Ogromnego okna odsuwałam coraz bardziej.
A tu się okazuje, że w książce poznajemy kolejną świetną historię. Oczywiście nie ma się co łudzić,że może tym razem sieroty Baudelaire spotka szczęśliwe zakończenie - co to, to nie!

W Ogromnym oknie poznajemy kolejną tajemniczą członkinię rodziny Baudelaire, o której Wioletka, Klaus i Słoneczko nie mieli zielonego pojęcia. Ciotka Józefina jest całkowitym przeciwieństwem tak uwielbianego przez dzieci wujcia Montiego. Jeszcze nigdy nie poznałam osoby, która tak bardzo by się wszystkiego bała (dosłownie wszystkiego!). Otóż ciotka Józefina żyje w ciągłym strachu, że zaraz coś może się jej stać, wieży we wszystkie przesądy i chyba sama stworzyła już kilka dodatkowych tak na zapas. Mimo to jednak lepsze to, niż powrót do okrutnego Hrabiego Olafa, który niestety nadal czyha na majątek sierot Baudelaire.
Gdy czytałam Ogromne okno okazało się, że tak na prawdę znam już całkiem dobrze tą historię dzięki ekranizacji serii (recenzja klik), którą oglądałam jeszcze zanim zabrałam się za jej papierowy pierwowzór. Jestem więc bardzo mile zaskoczona, jak dobrze wszystkie szczegóły zawarte w książce zostały tam odwzorowane. Mimo to jednak na prawdę miło czytało mi się tą powieść - myślę, że w dużej mierze jest to zasługa świetnego pióra tajemniczego Lemony'ego Snicket'a (autora serii), który tworzy wokół całej tej tajemniczej historii na prawdę fantastyczny klimat.

Myślę więc, że śmiało mogę powiedzieć, że Ogromne okno to kolejna świetna część Serii niefortunnych zdarzeń, której zwyczajnie nie można ominąć. Razem z Wioletką, Klausem i Słoneczkiem możemy rozwiązywać kolejne rodzące się tajemnice, jednak nie ma się co nastawiać na całkowite odkrycie ich - autor cały czas zaskakuje coraz to nowymi wątkami! Możecie być więc pewni, że z całą pewnością nie będziecie się nudzić podczas lektury. Co więcej mogę powiedzieć - koniecznie musicie sięgnąć po Ogromne okno!

SERIA NIEFORTUNNYCH ZDARZEŃ:
przykry początek | gabinet gadów | ogromne okno | tartak tortur | akademia antypatii | winda widmo | wredna wioska | szkodliwy szpital | krwiożerczy karnawał | zjezdne zbocze | groźna grota | przedostatnia pułapka | koniec końców

piątek, 17 marca 2017

[83] FILMOWO: Merida Waleczna

Tytuł oryginału: Brave

Reżyseria: Mark Andrews, Brenda Chapman

Scenariusz: Brenda Chapman, Irene Mecchi, Mark Andrews, Steve Purcell

Gatunek: Animacja, Familijny, Fantasy, Przygodowy

Produkcja: USA

Czas trwania: 1 godz. 30 min.

Premiera: 17 sierpnia 2012 (Polska), 10 czerwca 2012 (świat)

Obsada: Kelly Mcdonald (Merida - głos), Billy Connolly (Fergus - głos), Emma Thompson (Elinor - głos), Julie Walters (Wiedźma - głos), Robbie Coltrane (Lord Dingwall - głos), Kevin McKidd (Lord MacGuffin/Młody MacGuffin - głos), Craig Ferguson (Lord Macintosh - głos)/Dominika Kulźniak (Merida - głos polski dubbing), Andrzej Grabowski (Król Fergus - głos polski dubbing), Dorota Segda (Elinor - głos polski dubbing), Antonina Girycz (Wiedźma - głos polski dubbing), Mieczysław Morański (Lord Dingwall - głos polski dubbing), Sylwester Maciejewski (Lord MacGuffin - głos polski dubbing), Krzysztof Kiersznowski (Lord Macintosh - głos polski dubbing)

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Księżniczka powinna być dystyngowana, spokojna i wciąż świecić przykładem. Merida jest jednak całkowitym przeciwieństwem właśnie takiej księżniczki. To szalona i pełna życia  dziewczyna, która wolałaby robić wszystko to, co robią mężczyźni, niż uczyć się tego co młoda księżniczka wiedzieć powinna. W dodatku jej matka zrobi wszystko, aby z Meridy uczynić godną przyszłą królową. Gdy pewnego dnia rodzice ogłaszają córce, że przyszła pora wydać ją za mąż, a kandydaci są już w drodze, bohaterka postanawia zrobić wszystko, aby tylko powstrzymać swoje zamążpójście.

Uwielbiam animacje, które przedstawiają widzowi życie normalnego człowieka, a nie jakichś wymyślonych postaci. W dodatku, gdy akcja tej animacji dzieje się w jakichś odleglejszych od naszych czasach, jestem po prostu w niebo wzięta. Merida Waleczna wydawała się więc być dla mnie wręcz idealna - jednak, czy udało jej się sprostać moim oczekiwaniom?


Na samym początku muszę jednak powiedzieć, że decydując się właśnie na tą animację, spodziewałam się czegoś całkowicie innego. Początek produkcji to to, czego oczekiwałam, jednak dalsza część całkowicie mnie zaskoczyła, gdyż myślałam, że dalej ciągnąć się będzie to samo, co było wcześniej. Kompletnie nie spodziewałam się w tejże animacji wątku z czarownicą, czy niedźwiedziem (tym, którzy nie oglądali jeszcze Meridy... nie chcę za dużo zdradzać), dlatego początkowo byłam tym nieco zawiedziona. Koniec końców jednak mogę śmiało powiedzieć, że produkcję tą oglądało mi się bardzo dobrze i w ogóle nie żałuję, że się na nią zdecydowałam.

Główną bohaterką animacji jest oczywiście tytułowa Merida - pełna życia młoda księżniczka, która swoją dziką naturę postanowiła wykorzystać w każdy możliwy sposób. Bardzo spodobało mi się to, że postać Meridy została przedstawiona właśnie w taki a nie inny sposób. Pierwszy raz chyba miałam okazję poznać taką niesforną księżniczkę, która nie udaje kogoś, kim nie jest tylko dlatego, że właśnie tego się od niej wymaga. Było to moim zdaniem na prawdę miłe odświeżenie i z miłą chęcią poznałabym więcej takich właśnie bohaterek.


Kolejną rzeczą, która bardzo spodobała mi się w tej animacji było to, w jakich czasach i miejscu została osadzona jej akcja. Nadało to produkcji tego fantastycznego i charakterystycznego klimatu, przez co jestem pewna, że od tego momentu Szkocja zawsze już będzie mi się kojarzyła tylko z Meridą. 
Tak jak wspominałam prędzej, gdy przeszłam do tego momentu produkcji, gdzie akcja zbacza dość mocno z tego, jak prezentowała się ona na samym początku, trochę mnie to zaniepokoiło, gdyż nie tego się po niej spodziewałam. Nastawiłam się na akcję, gdzie Merida będzie musiała rywalizować z młodymi lordami, aby zyskać prawo do swojej własnej ręki. Przyznam. że nie do końca byłam z początku z tego wszystkiego zadowolona, jednakże rozwijająca się akcja przekonała mnie jednak, że nakierowanie fabuły na nieco inne tory nie było wcale takim najgorszym pomysłem.



Niesamowite wrażenie wywarła na mnie również cała otoczka graficzna animacji, tj. krajobrazy, wnętrze zamku, czy chociażby stroje i sam wygląd bohaterów. Cieszy mnie, że powstają jeszcze bajki, które jednak nawiązują jakoś do tego co było i bardzo chciałabym zobaczyć ich w przyszłości o wiele więcej.

Podsumowując więc, chociaż spodziewałam się po tej produkcji czegoś nieco innego, to jednak nie jestem zawiedziona i bardzo cieszę się, że mogłam w końcu poznać historię Meridy. Całość oglądało mi się bardzo przyjemnie, nie obyło się bez fantastycznego humoru, co tylko umiliło mi czas w trakcie oglądania. Z wielką chęcią jeszcze kiedyś powrócę do tej animacji i jestem pewna, że wówczas będzie mi się ją oglądało równie dobrze, jak za pierwszym razem.

http://1.bp.blogspot.com/-p-ZjnvLjyPI/VckVA4T09TI/AAAAAAAAAsc/xe1dblMO9Qc/s1600/1f2aab5cee8c6adbcfdbb1ca12a36c25.jpg

Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek