wtorek, 17 października 2017

[193] Until November


Tytuł oryginału: Until November
Autor: Aurora Rose Reynolds
Cykl: Do utraty tchu
Tom: 1
Ilość stron: 210 stron
Wydawnictwo: Editio
Ocena: 5/10

Na swoim Instagramie wspominałam wam ostatnio, że książka Until November wpadła do mnie dość niespodziewanie. Nie lubię otrzymywać egzemplarzy recenzenckich, o których nie miałam pojęcia, gdyż z reguły nie trafiają one wówczas w moje czytelnicze gusta. Jednak gdy zapoznałam się z opisem tej książki wydała mi się być całkiem ciekawa i wyczekiwałam momentu, kiedy w końcu będę mogła się z nią zapoznać. Powiem wam, że czytanie Until November było, jak jazda na rollercoasterze - tak bardzo bowiem zmieniały się moje odczucia w stosunku do niej w trakcie lektury. Doszło do tego, że sama już nie wiem, co mam o niej myśleć...

Już po okładce książki widać, że Until November to typowy erotyk, jednakże mi spodobało się, że została utrzymana ona w takich jasnych, powiedziałabym nawet, że w pastelowych kolorach. Zazwyczaj erotyki prezentowane są w ciemniejszych tonach, dlatego tak okładka to przyjemna odmiana dla oka. 

Główną bohaterką książki jest tytułowa November - dziewczyna, która z racji pobicia, którego stała się ofiarą w Nowym Jorku, postanawia przeprowadzić się do ojca do Tennessee. Okoliczności w jakich ją poznajemy są bardzo ciekawe i tajemnicze, bo choć dziewczyna wyjaśnia mniej więcej swoją sytuację, to jednak nie znamy dokładnie wszystkich szczegółów a to sprawia, że mamy ochotę dowiedzieć się wszystkiego jeszcze bardziej. Czytając opis książki bardzo spodobał mi się pomysł na to, aby przedstawić ojca dziewczyny jako właściciela klubu ze striptizem i miałam wielką nadzieję, że autorka jakoś ten wątek pociągnie. Niestety tutaj bardzo się przeliczyłam, bo otrzymałam zaledwie wzmiankę o tym - tak na prawdę autorka bardzo mało wspominam nam, jak to się stało, że November oraz jej ojciec się odnaleźli. Mówi nam tylko, że bohaterka została wychowana przez matkę, która postanowiła ograniczyć kontakt z dzieckiem ojcu dziewczyny i z którą nie miała łatwego życia (mówiąc łagodnie) oraz że gdy dziewczyna miała osiemnaście lat ten kontakt z ojcem - Wielkim Mike'iem - się odnowił. Przez całą książkę liczyłam, że może jednak Aurora Rose Reynolds opowiem nam jeszcze co nie co na temat rodziny November ze strony ojca, jednak autorka tak na prawdę postanowiła ten temat przemilczeć - ot, pojawił się on tylko na początku i później wiemy tylko, że rodzina ta w życiu November była. Jak więc mówiłam jestem tym z lekka rozczarowana. 
Dalej, w trakcie czytania książki, bardzo szybko dowiadujemy się, że dziewczynę zaczyna coś łączyć z Asherem - pracownikiem ochrony klubu (chociaż jak się później okazuje ten wątek jest troszkę zagmatwany, więc nie będę się wdawała tutaj w żadne szczegóły). Powiem wam, że dotąd jak na razie książka bardzo mi się podobała i myślę, że mogę nawet śmiało powiedzieć, że byłam nią lekko oczarowana - od dawna potrzebowałam takiego dobrego romansidła i liczyłam, że właśnie dzięki Until November to dostanę. Po drodze dowiadujemy się oczywiście różnych nowych ciekawostek z życia zarówno November, jak i Ashera. Autorka wtrąca też wątek o tym, że życie November powoli zaczyna być w niebezpieczeństwie, co ma być ponoć skutkiem napadu, który spowodował przyjazd dziewczyny do ojca.

I jak mówiłam wszystko było dobrze, do czasu, aż autorka zaczęła dla mnie porządnie przesadzać. Pierwsze, co zaczęło mnie drażnić w bohaterach to to, że Asher był za bardzo dominującym  typem - serio, nie wierzę, że w prawdziwym życiu takie osoby się zdarzają - a drugi to to, że November była taka aż nazbyt rozemocjonowana i nie umiała żyć samodzielnie - jak dla mnie cały czas potrzebowała kogoś, kto dyrygowałby za nią wszystkimi jej życiowymi problemami. Ale myślałam, że jest to tylko taki chwilowy wybuch pisarskich ambicji autorki i że może jednak im dalej w las, tym będzie lepiej.... nie było... Choć na początku bardzo lubiłam Ashera oraz November bardzo szybko zaczęli mnie oni denerwować i doszło do tego, że w myślach zaczęłam ich dość często przedrzeźniać (szczególnie November). Tak, jak mówiłam, w Asherze bardzo nie podobało mi się to, że zawsze wszystko musiało być tak, jak on chciał. Było widać, że nie robi tego, żeby zaspokoić swoje potrzeby, lecz dba o dobro dziewczyny, no ale jak dla mnie to już była totalna przesada - nakazywanie komuś wprowadzenia się do swojego domu po dniu znajomości, wkurzanie się za każdym razem, gdy November choćby pomyślała o innym facecie, wybuchy złości, gdy dziewczyna nie chciała zrobić czegoś, co Asher chciał, czy w końcu traktowanie jej jak laleczki lub dużego dziecka.... No ej bez przesady! Ale, żeby nie było, że to wszystko wina Ashera, November wcale nie była lepsza. Z początku wydawała mi się być bardzo zabawna i podziwiałam ją za to, że mimo i matka tak źle ją traktowała, nadal pozostała pogodna i pełna życia. Jednak jej dalsze reakcje na zwykłe błahostki były już po prostu przesadzone. Najbardziej denerwowało mnie to, że nie miała ona tak na prawdę własnego rozumu... To Asher musiał jej uświadamiać, czego ona tak na prawdę chce. Wystarczyło, żeby chłopak zatrzepotał rzęsami, seksownie się do niej uśmiechnął, czy pocałował, a ona już całkowicie traciła dla niego głowę i zgadzała się na wszystko, co ten chciał. Jednak czarę goryczy przelało to, że to Ahser musiał zapisać ją do ginekologa, bo ona zapomniała..... Boże, jak to piszę to aż mi wstyd za tą kobietę. Szczerze, to nie wiem, co wstąpiło w autorkę, jak pisała swoją książkę, ale mam nadzieję, że w kolejnych tomach to coś ją zostawi, a ona zastanowi się najpierw sto razy, zanim znowu zacznie w taki sposób kreować swoich bohaterów. Moim zdaniem na prawdę wiele przez to stracili, a szkoda, bo zapowiadali się na prawdę dobrze i myślałam, że dołączą do grona moich ulubionych książkowych par.

Byłam zawiedziona również tym, że choć autorka przez cały czas kusiła nas tym wątkiem prześladowania November, to koniec końców nie wyszło z tego nic ciekawego. Nie chcę zdradzać wam tutaj za dużo z fabuły, ale no spodziewałam się większej ilości akcji. Nawet ta końcowa walka, że tak to ujmę, była jak dla mnie po prostu słaba i wciśnięta na siłę. Myślę sobie nawet, że gdyby autorka całkowicie zrezygnowała z tego wątku, to nic by się nie stało, a książka mogłaby być nawet lepsza.
Żeby nie było jednak, że wciąż jestem na nie, to powiem, że bardzo podobało mi się przedstawienie dalszego życia głównych bohaterów. Autorka nie zostawiła nas w niewiedzy, tylko czarno na białym zaprezentował, jak ułożyło się życie November i Ashera.

I pewnie czytając tą recenzję myślicie sobie, że książka mi się totalnie nie podobała i nie mam zamiaru sięgać po kolejne tomy z serii - otóż nie! Mimo wszystko, podsumowując ogólnie moje odczucia co do tej powieści powiem wam, że książka mi się podobała, przyjemnie mi się poznawało zawartą w niej historię i chcę poznać dalsze części z pod pióra autorki. Bo choć główni bohaterowie mnie denerwowali, a sam styl pisarski autorki wymaga jednak dopracowania, to historia mnie wciągnęła i z ciekawością śledziłam to, co będzie dalej. Było w książce kilka takich momentów które na prawdę mi się podobały i nawet bawiły, ale jednak było ich zdecydowanie za mało. Odnośnie kolejnych tomów nie mam już żadnych oczekiwań, ale z czystej ciekawości chcę się z nimi zapoznać, aby zobaczyć, czy może dalej będzie lepiej. Widziałam, że kolejny z nich ma opowiadać historię Trevora (jednego z braci Ashera) oraz Lizz, której tak mało było w Until November, a to zapowiada się nawet interesująco. Także trzymam kciuki za to, żeby dalej było już tylko lepiej, bo jeśli autorka zrobi z Lizz taką bezmózgą panienkę, a z Trevora jednego wielkiego samca alfa, to chyba już tego nie zniosę.
Czy polecam książkę? Powiem tak, jeśli macie ochotę na lekki romans to tak, ale nie spodziewajcie się tutaj cudów.

DO UTRATY TCHU:
until november | until trevor |until lilly | until nico

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio.

niedziela, 15 października 2017

[192] Uwiedź mnie


Tytuł oryginału: Misbehaving
Autor: Abbi Glines
Cykl: Sea Breeze
Tom: 6
Ilość stron: 384 strony
Wydawnictwo: Pascal
Ocena: 6/10

Wypożycz Uwiedź mnie Abbi Glines w bibliotece!

Z tego co pamiętam już nie raz, nie dwa wspominałam wam, że jestem wielką fanką serii Sea Breeze - jej bohaterów (w szczególności płci męskiej oczywiście), miejsca akcji, czy w końcu samego fantastycznego stylu Abbi Glines. Zawsze z wielkim sentymentem wspominam poprzednie części serii i chociaż bardzo mocno wyczekuję kolejnych tomów, to jednak z drugiej strony zaczynam rozpaczać, że powoli będzie to już koniec. Jak mówiłam bardzo polubiłam wszystkich bohaterów serii i ciężko będzie mi się z nimi rozstać (niestety ponowne czytanie to już nie to samo).

W Uwiedź mnie poznajemy historię Jasona Stone'a czyli młodszego brata Jaxa z pierwszego tomu serii, oraz Jess - kuzynki Rocka. Z tego co zrozumiałam pojawiała się ona ponoś przelotnie w poprzednich tomach, ale ja jakoś nie mogę sobie jej w ogóle przypomnieć. Powiem wam, że ciekawie czytało się książkę, gdzie to dziewczyna jest tą bardziej rozpustną, że tak powiem, natomiast chłopak jest bardziej w typie introwertyka. Z początku w ogóle myślałam, że autorka ukaże Jasona jako taką męską wersję typowej żeńskiej bohaterki z romansów - wiecie, facet, który jest nieśmiały, nie doświadczony w sprawach seksu i w ogóle taki wycofany. Myślałam, że Jess okaże się być taka, jak np. Cage, czy Preston i szczerze za bardzo nie spodobał mi się ten pomysł. Ale bardzo szybko okazało się, że tak nie będzie (no może po części co nie co się tam zgadzało, ale nie to czego sie najbardziej obawiałam) z czego się bardzo ucieszyłam.
Jeśli chodzi o Jess i Jasona to ogólnie mogę powiedzieć, że polubiłam ich, ale jednak nie tak bardzo, jak wszystkich poprzednich bohaterów. Chyba za bardzo różnili się oni od tej stałej ekipy z poprzednich części, przez co nie mogłam zapałać do nich aż tak dużą sympatią. Bardzo spodobał mi się jednak wątek związany z Jess - jej historia, relacje z matką, czy w końcu to, jaka stała się po bliższym poznaniu Jasona. Bardzo ciekawie mi się to czytało i z wielkim zainteresowanie śledziłam każdy nowy wątek. Jeśli natomiast chodzi o Jasona to muszę powiedzieć, że wiele razy jego podejście mnie mocno denerwowało. Przyzwyczaiłam się już do tego, że chłopcy w książkach Abbi Glines są mimo wszystko oddani dziewczynom, które im się podobają, a tutaj czasem tak nie było. Gdy tak teraz o tym myślę nie potrafię do końca stwierdzić, dlaczego Jason nie do końca przypadł mi do gustu. Chyba po prostu inaczej go sobie wyobrażałam, gdy autorka wprowadzała go w poprzednich częściach serii.
Jedną rzeczą, która mi tutaj jeszcze nie pasowała była postawa Jaxa wobec brata. Wydał mi się tutaj za bardzo wścibski i chamski, a gdy poznałam go w Oddychaj mną zdecydowanie taki nie był. Nie wiem, czy ja go po prostu jakoś inaczej postrzegam, czy autorka aż tak bardzo postanowiła go zmienić, no ale  nie spodobało mi się to.

Ogólnie odnośnie książki powiem tak - nie było źle (było całkiem przyjemnie), jednak uważam, że Uwiedź mnie to jak dotąd najsłabsza z części, jaką napisała Abbi Glines. Nie mówię, że w ogóle mi się nie podobała, bo to by była nie prawda, jednakże odnoszę takie wrażenie jakby była napisana po to, żeby dać autorce trochę więcej czasu na wymyślenie dalszego głównego wątku serii. Sądzę, że gdyby nawet zabrakło tej części, tak na prawdę nic by się nie stało i żaden z fanów serii nie miał by z tego względu żadnych pretensji do autorki.

Tak więc podsumowując już powiem, że jak zawsze świetnie się czułam mogąc poznawać kolejną historię z Sea Breeze z pod pióra Abbi Glines, ale nie jestem nią jednak do końca usatysfakcjonowana. Mimo to nie wyobrażam sobie, abym mogła tą część pominąć, więc jeśli o tym myślicie, to koniecznie przestańcie! Jeśli tak jak ja jesteście fanami serii i Abbi, koniecznie musicie ją przeczytać. Ja teraz z wielką niecierpliwością czekam na kolejny tom z serii i mam tylko nadzieję, że nie potrwa to długo!

SEA BREEZE:
oddychaj mną | wybierz mnie | ocal mnie | dotknij mnie | zatrzymaj mnie | uwiedź mnie | bad for you | hold on tight | until the end

Za możliwość zapoznania się z kolejnym tomem mojej ulubionej serii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Pascal!

piątek, 13 października 2017

[98] FILMOWO: Dziewczyna z pociągu

Tytuł oryginału: The Girl on the Train

Reżyseria: Tate Taylor

Scenariusz:  Erin Cressida Wilson

Gatunek: Thriller

Produkcja: USA

Na podstawie: Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"

Czas trwania: 1 godz. 52 min.

Premiera: 7 października 2016 (Polska), 20 września 2016 (świat)

Obsada: Emily Blunt, Haley Bennett, Rebecca Ferguson, Justin Theroux, Luke Evans

Ocena: 5/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Rzadko zdarza mi się, abym do jakiegoś filmu podchodziła kilka razy (i w dodatku, żebym musiała się do tego zmuszać). Z reguły mam tak, że zwyczajnie oglądam produkcje od deski do deski, bo nie lubię pozostawiać ich niedokończonych. W przypadku Dziewczyny z pociągu było jednak nieco inaczej. Jakiś czas temu czytałam książkę Pauli Hawkins (recenzja klik), na której podstawie powstała właśnie ta ekranizacja i możecie nawet pamiętać, że bardzo mi się ona podobała (wbrew temu, co sądzi o niej większość czytelników). Pamiętam, że już w trakcie jej czytania bardzo chciałam zapoznać się z jej filmową adaptacją i musiałam dosłownie siłą zmuszać się, aby wytrzymać do końca. Gdy więc w końcu przyszedł ten dzień, w którym w końcu ukończyłam powieść i mogłam w spokoju zabrać się za oglądanie, cieszyłam się jak małe dziecko. Jednakże moja radość szybko przeszła w rozczarowanie, gdyż film strasznie mnie nudził... Nie doszłam nawet do połowy, ale już wiedziałam, że nie dam rady w tym momencie dokończyć Dziewczyny z pociągu. Nie ukrywam, że byłam tym mocno rozczarowana, bo spodziewałam się czegoś na prawdę wyjątkowego. Nie dałam jednak za wygraną i po jakimś czasie zrobiłam do tej produkcji drugie podejście - tak, udało mi się obejrzeć do końca, ale nie wiem, czy gra była tak na prawdę warta świeczki...


Nie wiem, czy muszę wam mówić, o czym jest ten film, ale tak dla przypomnienia wspomnę tylko, że pewnego dnia dochodzi do zaginięcia młodej kobiety. Rachel (myślę, że można nazwać ją główną bohaterką) codziennie podróżuje pociągiem do pracy tą samą trasą i mija dom zaginionej kobiety. Już od jakiegoś czasu zawzięcie śledzi to, co dzieje się w jej domu, a w dniu jej zaginięcia widzi, że kobieta całuje się z mężczyzną, który nie jest jej mężem. Gdy dowiaduje się o zaginięciu kobiety postanawia zrobić wszystko, aby w jakiś sposób pomóc przy sprawie. Jednakże to wszystko nie jest wcale takie proste i Rachel ma w związku z tym znacznie więcej wspólnego, niż by mogło się jej wydawać.

Wspomniałam, że główną bohaterką jest Rachel, ale w filmie mamy tak na prawdę aż trzy różne perspektywy (w tym oczywiście jedna należy do Rachel). Całą historię -  to, co dzieje się teraz, oraz to, co działo się w życiu zaginionej kobiety imieniem Megan - poznajemy z punktu widzenia Rachel, Megan oraz Anny, jednakże to właśnie Rachel pełni w większym stopniu funkcję narratora i naszego przewodnika. Oczywiście w książce również miało to miejsce i raczej zdziwiłabym się, gdyby było inaczej, jednak choć w w przypadku powieści to mi nie przeszkadzało, tutaj strasznie mnie to denerwowało. Przez większość filmu miałam namieszane w głowie i nie mogłam się odnaleźć. Trochę ciężko było zorientować się, o jaką bohaterkę teraz chodzi - jedynie w przypadku Megan było to raczej oczywiste. Jednakże mimo wszystko nie wyobrażam sobie, aby szło przedstawić tą produkcję w jakiś inny sposób. Zdecydowanie jednak to, co jest obecnie, szło by łatwo dopracować.


To, co niesamowicie podobało mi się w przypadku filmowej wersji Dziewczyny z pociągu to jej fantastyczny, lekko mroczny i tajemniczy klimat. Te wszystkie ciemne barwy, w jakich został utrzymany film, tylko działały na korzyść całej produkcji i świetnie wprowadzały widza w tematykę filmu. Uwielbiam takie pozycje, które swoją lekką wizualną grozą zwracają na siebie uwagę - to zawsze na mnie działa.

Jeśli chodzi o aktorów oraz ich grę aktorską to muszę powiedzieć, że bardzo podobała mi się Emily Blunt wcielająca się w postać tytułowej dziewczyny z pociągu Rachel. Już pomijając to, że pod względem wyglądy idealnie przypasowała mi jako Rachel, to również uważam, że świetnie poradziła sobie z wykreowaniem swojej postaci. Zaciekawiło mnie to, jak zmieniła się bohaterka pod względem psychicznym, a sposób, w jaki Emily Blunt to przedstawiło tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nadaje się do tej roli idealnie. 
Bardzo spodobała mi się również Haley Bennet jako Megan. Czytając książkę wyobrażałam sobie tą postać jako drobną i z pozoru niewinną dziewczynę, która ma jednak wiele do ukrycia, a Haley Bennet idealnie oddała cały urok tej postaci. Z tego, co czytałam w przypadku tej roli pod uwagę brane były również takie aktorki, jak Margot Robbie oraz Kate Mara, ale powiem wam szczerze, że żadna z nich (chociaż akurat Margot Robbie uwielbiam), nie zaprezentowała by tej postaci tak dobrze - zwyczajnie by mi do niej nie pasowały.

Jedyną osobą, która strasznie denerwowała mnie w filmie, była postać Scotta oraz wcielający się w niego Luke Evans. Sama nie wiem, dlaczego tak mnie drażnił... W książce był moim zdaniem bardzo interesującą postacią, która dużo wnosiła do całości. W filmie natomiast wydaje mi się, że został zepchnięty raczej na boczne tory, a jego postać było bo była. Myślę, że gdyby go tutaj zabrakło, nawet bym tego nie zauważyła. 


Przechodząc już do podsumowania powiem tak - wydawać by się mogło, że film jest dobrze zrobiony pod względem wizualnym, jak również pod względem gry aktorskiej, jednak koniec końców, patrząc na fabułę jest zwyczajnie nudny. W niektórych momentach działo się coś na tyle, aby mnie dość mocno zaciekawić, jednak jak dla mnie było tego zdecydowanie za mało. Próbuję przypomnieć sobie, czy film jakoś mocno różni się od książki i pomijając to, że filmowa wersja działa się w okresie jesienno-zimowym, a książkowa latem podczas dużych upałów, nie mogę przypomnieć sobie, czy różniły się one jakoś mocno. Książkę czytałam już jakiś czas temu i zwyczajnie wyleciało mi to z głowy.Wydaje mi się jednak, że jakiś poważniejszych zmian tutaj nie spotkałam.

Tak więc osobiście jestem dość mocno rozczarowana tą ekranizacją, ale czuję do niej jakiś taki sentyment i chyba od czasu do czasu będę do niej wracać, aby ponownie móc zatopić się w tym świetnym klimacie, który chyba najbardziej mnie tutaj zauroczył. A czy film wam polecam? Tym razem decyzję pozostawię wam.


środa, 11 października 2017

[97] FILMOWO: Błękit szafiru

Tytuł oryginału: Saphirblau

Reżyseria: Katharina Schöde, Felix Fuchssteiner

Scenariusz: Katharina Schöde

Gatunek: Fantasy, Przygodowy

Produkcja: Niemcy

Na podstawie: Kerstin Gier "Błękit szafiru"

Czas trwania: 1 godz. 56 min.

Premiera: 14 sierpnia 2014 (świat)

Obsada: Maria Ehrich, Jannis Niewöhner, Laura Berlin, Jennifer Lotsi, Josefine Preuß, Florian Bartholomäi

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Cały czas pamiętam, że odkąd dowiedziałam się o istnieniu ekranizacji książek Kerstin Gier, podchodziłam do tego pomysłu dość sceptycznie. Od razu przyznam się, że w głównej mierze miało to związek z tym, że ów ekranizacje to Niemieckie produkcje, a ja nie ukrywam, że jednak jestem wielką fanką tylko amerykańskich i brytyjskich filmów. Podejrzewam się, że gdyby nie to, że zakochałam się w historii, jaką stworzyła autorka, tak na prawdę nigdy bym nie sięgnęłam po jej ekranizacje. Gdy więc podchodziłam do pierwszego filmu byłam go jedynie ciekawa pod względem trzymania się zdarzeń, jakie były zawarte w książce i choć produkcja mi się podobała, jakoś wielkich fajerwerków tam nie było. Ale.. no właśnie, ale... muszę wam powiedzieć, że jestem na prawdę mile zaskoczona tym, co mnie spotkało w ekranizacji Błękitu szafiru. Wciąż nie sądzę, że jest to jakaś wielka produkcja, którą koniecznie trzeba poznać (szkoda, że właśnie to spotkało historię wymyśloną przez Kerstin Gier), jednak myślę, że każdy, kto tak samo jak ja pokochał Trylogię czasu powinien zapoznać się z tymi filmami.

Jeszcze zanim zaczęłam czytać książkową wersję Trylogii czasu postawiłam sobie za cel, że nie będę oglądać filmów, dopóki nie zapoznam się z papierową wersją każdej części. I chociaż teraz jest mi z tym postanowieniem bardzo ciężko, bo jednak strasznie ciekawi mnie, co będę mogła poznać w finałowym tomie, to jednak staram się jak mogę. Gdy więc w końcu mogłam zapoznać się w ekranizacją Błękitu szafiru cieszyłam się jak dziecko. Żeby tego było mało okazało się, że otrzymałam kawał na prawdę dobrego filmu, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.


Na samym początku koniecznie muszę wspomnieć o tym, że bardzo zaskoczyło mnie to, że filmowa wersja Błękitu szafiru tak mocno trzyma się swojego papierowego pierwowzoru. W szczególności dobrze widać to w przypadku dialogów. Jako, że film oglądałam jeszcze tego samego dnia, kiedy to skończyłam czytać książkę, mniej więcej pamiętałam niektóre dialogi i okazało się, że bardzo dużo z nich jest zwyczajnie żywcem wyjęta z książki. W przypadku samej fabuły, w kilku miejscach widać dość duże zmiany (na przykład wątek Lucy i Paula), jednak wydaje mi się, że w przeciwieństwie do Czerwieni rubinu, tutaj postanowiono bardziej skupić się na tym, aby filmowa historia za bardzo od tej oryginalnej nie odbiegała. Osobiście bardzo się z tego cieszę, bo jednak w większości przypadków, gdy mamy do czynienia z adaptacjami filmowymi, twórcy dość często postanawiają nie trzymać się tego, co czytelnicy pokochali i czego oczekują. Wolą stworzyć coś, co tylko na pozór tylko jest ekranizacją, a szybko okazuje się, że film opiera się tylko na ogólnym zarysie. Tak więc myślę, że tutaj filmowi należy się na prawdę spory plus, bo takich rzetelnych ekranizacji teraz można ze świecą szukać.


Odkąd w książce poznałam Xemeriusa, czyli ducha/demona/gargulca, który staje się przyjacielem Gwen, bardzo ciekawiło mnie, czy ta postać również pojawi się w ekranizacji. Jeśli również się nad tym zastanawialiście, to rozwiewam wasze wątpliwości - tak, pojawia się. Jednak choć bardzo się z tego cieszę, to jednak nie jestem z niego do końca zadowolona. W książce wydawał mi się on bardziej zabawny i taki przyjazny, a tutaj.... czasem był dla mnie po prostu straszny. Wydaje mi się, że miało to jednak związek z tym, że jednak widać, że jest to komputerowa postać (oj i to jak widać) oraz przez jego głos. Oglądałam film w oryginale z polskimi napisami (nie wiem, czy można spotkać gdzieś inną wersję) i strasznie denerwowało mnie to, jaki głos ma Xemerius. Kompletnie mi on do niego nie pasował. Jednak mimo wszystko jestem zadowolona, że nie pominięto go całkowicie - to byłaby na prawdę duża strata.


Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że film na prawdę mi się podobał. Po zapoznaniu się z poprzednią częścią czułam taki lekki niedosyt, gdyż wiedziałam, że można by z tej historii wyciągnąć znacznie więcej. W tym przypadku jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana i z wielką chęcią obejrzałabym Błękit szafiru jeszcze raz. Jedyny taki poważniejszy minus tej produkcji to zakończenie, które zdecydowanie nie nadaje się dla osoby, która, powiedzmy, jest w trakcie poznawania serii. Zdradza za dużo tego, co nie było wyjaśnione jeszcze w książkowej wersji Błękitu szafiru, a co miało zostać przedstawione w ostatnim tomie. I choć mniej więcej spodziewałam się tego, co zostało mi zdradzone w filmie, to jednak taki spojler nie był zbyt miły. Także jeśli tak jak ja dopiero co poznajecie tą serię i nie przeczytaliście jeszcze Zieleni szmaragdu odpuście sobie na razie ten film, aby nie zepsuć sobie zabawy. Jednak później koniecznie nadróbcie zaległości!
Także mówiąc krótko, tak słowem podsumowania, polecam wszystkim tym, którzy znają serię, jak również tym, którzy mają ochotę na ciekawy film młodzieżowy z elementem paranormalnym w tle.


TRYLOGIA CZASU:
czerwień rubinu | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

poniedziałek, 9 października 2017

[191] Alicja w Krainie Czarów. Kalendarz 2018


Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ocena: 8/10

Już bardzo dawno nie zamieszczałam na blogu recenzji czegoś około książkowego, dlatego myślę, że kalendarz na 2018 rok z motywem Alicji w Krainie Czarów nadaje się do tego wprost idealnie! Moja przygoda z tym kalendarzem zaczęła się tak na prawdę od kalendarza na 2017 rok z motywem filmowej Alicji po drugiej stronie lustra. Widziałam go kiedyś w Empiku (mogłam osobiście pomacać!) i po prostu się w nim zakochałam. Nawet chciałam go kupić, ale było to w środku roku i po prostu nie było sensu... Byłam jednak pewna, że i na 2018 rok Wydawnictwo Zielona Sowa postanowi wydać jakiś podobny kalendarz i bardzo ucieszyło mnie to, że się nie pomyliłam! No spójrzcie tylko na tą przecudną kwiatową okładkę! Ja zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i tylko żałuję, że użytkowaniem go muszę poczekać jeszcze te trzy miesiące...

Sam kalendarz poświęcony jest nie tylko tej książkowej Alicji, jak i disneyowskiej ekranizacji, lecz ogólnie całej historii Alicji w Krainie Czarów. I tutaj przyszła pora, żeby wam się przyznać, że po pierwsze nigdy w życiu nie czytałam książki o przygodach Alicji, ani również nie widziałam żadnej z ekranizacji, prócz tej w reżyserii Tima Burtona z Mią Wasikowską w roli głównej. Tak, a mimo to zapragnęłam kalendarza z Alicją! Trochę już go sobie poprzeglądałam i chyba trafił on w naprawdę właściwe ręce, bo dzięki niemu naszła mnie ochota na nadrobienie tych wszystkich zaległości. Ale, ale, co znajdziemy wewnątrz kalendarza?


Oczywiście mamy sam kalendarz - jedna strona to jeden tydzień, a drugą możemy poświęcić na jakieś notatki nawiązujące właśnie do każdego tygodnia. Trochę szkoda, że strony z kalendarzem nie są w kratkę, czy w linie, tylko gładkie. Osobiście wolę właśnie coś takiego i trochę obawiam się, że te gładkie strony będą mnie strasznie denerwować, no ale cóż - pożyjemy, zobaczymy. Bardzo się cieszę z tego, że każdemu dniowi nie poświęcono jednej strony bo sama zwyczajnie tego nie potrzebuję. Na początku samego kalendarza mamy również takie dodatki, jak przydatne słówka po angielsku, niemiecku, włosku i hiszpańsku (zawsze, gdy się będę nudzić mogę się trochę pouczyć!), strefy czasowe, tabele rozmiarów, itp. Nie zabrakło oczywiście strony tytułowej, gdzie możemy wpisać swoje dane, oraz kalendarium na 2018 i 2019 rok. Mówiąc krótko kalendarz ma większość rzeczy, które możemy znaleźć we wszystkich innych. Plus jest taki, że każda ze stron opatrzona jest w przepiękną grafikę nawiązującą do Alicji. Co więc w tym kalendarzy jest takiego wyjątkowego? A to, że znajdziemy w nim mnóstwo informacji o historii Alicji, etapy tworzenia animacji, ciekawostki odnośnie ekranizacji, cytaty, a nawet przepis na herbatniki i scones (takie powiedzmy słodkie kanapeczki z dżemem i bitą śmietaną), czyli podstawowe elementy każdej brytyjskiej herbatki! Sama chyba najbardziej cieszę się z tych przepisów i wprost nie mogę doczekać się, aby móc je wypróbować.Wydawnictwo Zielona Sowa postarało się, aby w kalendarzu nie zabrakło tych wszystkich ciekawostek, które zdecydowanie mogą nam umilić czas.


Podsumowując więc, w przypadku tego kalendarza jestem jak najbardziej na tak! Nie dość, że jest po prostu pięknie wydany pod względem graficznym, to również w środku prezentuje się na prawdę dobrze. Dodatkowo całość, pod względem technicznym, jest na prawdę dobrze zrobiona,, dlatego nie martwię się, że kiedyś tam kalendarz mi się rozpadnie. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić to cena (a przynajmniej ta okładkowa), jednak no cóż, kalendarze już mają to do siebie, że jednak zawsze trochę kosztują...Także mówiąc krótko, polecam oczywiście wszystkim fanom Alicji i nie tylko! Jeśli macie ochotę na kalendarz, który ma być funkcjonalny i dodatkowo cieszyć oko, myślę, że ten z pewnością się nada.

Za możliwość poznania tego cudnego kalendarza serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek