piątek, 21 kwietnia 2017

[86] FILMOWO: Piękna i Bestia

Tytuł oryginału: Beauty and the Beast

Reżyseria: Bill Condon

Scenariusz: Stephen Chbosky, Evan Spiliotopulos

Gatunek: Fantasy, Musical, Romans

Produkcja: USA

Na podstawie: Jeanne-Marie Leprince de Beaumont "Piękna i Bestia"

Czas trwania: 2 godz. 9 min.

Premiera: 17 marca 2017 (Polska), 23 lutego 2017 (świat)

Obsada: Emma Watson, Dan Stevenson, Luke Evans, Kevin Kline, Josh Gad, Ewan McGregor, Stanley Tucci, Ian McKellen, Emma Thompson

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Piękna Bella żyje w wiosce pełnej prostych i zwyczajnych ludzi. Sama zdecydowanie wyróżnia się na ich tle swoją wiedzą, pomysłowością oraz zamiłowaniem do książek. Choć do tej pory nigdy nie miała z tego powodu żadnych problemów, przez większość życia czuła się samotna i nie pasująca do otaczającej jej społeczności. Pewnego razu do wioski wraca samotny koń jej ojca, na którym udał się on w podróż. Zaniepokojona dziewczyna postanawia na własną rękę go poszukać. Wkrótce trafia do opuszczonego i przerażającego zamku, w którym jej ojciec przetrzymywany jest przez straszną bestię zamieszkującą zamczysko.


Piękna i Bestia to historia, której chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Każdy z nas chociaż raz słyszał o pięknej dziewczyny, która uwięziona w opuszczonym zamczysku powoli zakochiwała się w okropnej Bestii, która koniec końców nie była w cale taka straszna. Osobiście nie jestem jakąś wielką fanką tej disneyoswkiej historii, jednak tutaj bardzo ciekawiło mnie, jak Emma Watson (którą nawiasem mówiąc uwielbiam) poradzi sobie właśnie w takiej produkcji. Dotychczas widziałam ją oczywiście w Harrym Potterze oraz w Charie'm, dzięki którym właśnie zyskała sobie moje wielkie uznanie. W Pięknej i Bestii musiała jednak zmierzyć się z całkowicie inną postacią, a ja już teraz mogę powiedzieć, że poszło jej to na prawdę bardzo dobrze.


W internecie można spotkać się z wieloma opiniami, które wychwalają tą produkcję jak tylko się da. I choć mi również ona się podobała, to jednak nie aż w takim wielkim stopniu - ot przyjemna historia i to tyle w tym temacie. Jakoś nigdy specjalnie nie przepadałam za Piękną i Bestią, dlatego myślę, że to również może mieć wpływ na moją końcową opinię. Nie znaczy to jednak, że uważam ten film za kompletne dno, gdyż tego na pewno nie mogę powiedzieć.

W całej produkcji bardzo podobały mi się wszystkie efekty wizualne oraz stroje bohaterów. Wszystko zostało dopracowane w jak najdrobniejszych szczegółach - nie było tutaj miejsca na żaden błąd. Spodobało mi się również to, w jaki sposób przedstawiono wioskę, w jakiej mieszkała Bella - ot niby zwyczajna miejscowość, jednakże twórcom filmu udało się umieścić te drobne elementy bajkowe, które sprawiły, że nie była to żadna zwyczajna miejscowość. Nie było tego aż tak dużo, ale ten lekki niedosyt świetnie się tutaj sprawił.


Wybierając się do kina na Piękną i Bestię nie miałam niestety wyboru i musiałam udać się na seans z polskim dubbingiem i to było chyba najgorsze, co mogło mnie w przypadku tej produkcji spotkać. Dubbing ten całkowicie popsuł jak dla mnie cały film i umniejszał temu, co udało się osiągnąć aktorom i twórcom. Rzadko mi się zdarza, aby polska wersja jakiegoś filmu, czy animacji tak bardzo mi się nie podobała - w tym przypadku udało się to osiągnąć bardzo łatwo. Wszystkie piosenki śpiewane po polsku utraciły tą swoją wyjątkowość, a głosy często nie pasowały w ogóle do przypisanych im postaci. Po seansie doszłam nawet do wniosku, że może gdybym oglądała film z napisami o wiele bardziej by mi się on spodobał - nie wiem, jednak zamierzam to niedługo sprawdzić. Teraz jednak stwierdzam, że polski dubbing w tym przypadku to kompletne dno...


Bardzo długo zabierałam się do napisania tej recenzji (film obejrzałam jakoś kilka dni po jego polskiej premierze), gdyż zwyczajnie nie mogłam znaleźć odpowiednich słów, aby opisać to, co czułam po seansie. I choć nadal nie jestem w pełni zadowolona z tego, co napisałam, myślę, że choć w jakimś stopniu udało mi się przedstawić wam to, co dręczyło mnie po obejrzeniu Pięknej i Bestii. Nie skreślam tej produkcji całkowicie, tak jak mówiłam dam szansę jeszcze oryginalnej wersji, może ona mnie do siebie przekona. Jednak tej wersji z polskim dubbingiem z całą pewnością już nie obejrzę. Podsumowując więc, film mi się podobał, jednak nie widzę za bardzo, czy aż tak bardzo się tutaj zachwycać. Nie mam zastrzeżeń do gry aktorskiej, wizualnie całością jestem urzeczona, jednak to by było na tyle. Po seansie trochę żałowałam, że w ogóle wybrałam się na ten film do kina, jednak teraz myślę, że to jednak była troszkę przesada - cieszę się, że udało mi się go obejrzeć.


czwartek, 20 kwietnia 2017

[158] November 9


Tytuł oryginału: November 9
Autor: Colleen Hoover
Ilość stron: 326 stron
Wydawnictwo: Otwarte
Ocena: 8/10

9 listopada to data, zaważyła na losach Fallon i Bena. Tego dnia spotkali się przypadkiem i od tej chwili zaczynają tworzyć dwie historie: jedna to ich życie, drugą pisze Ben zauroczony swoją muzą. Choć los postanawia ich rozdzielić, to wzajemna fascynacja jest na tyle silna, że nie może pokonać jej ani czas, ani odległość. Co roku 9 listopada rozpoczyna się kolejny rozdział historii - tej realnej i tej fikcyjnej. Gdy nieubłaganie zbliża się koniec powieści, szczęśliwe zakończenie wydaje się jedynie mrzonką, bo historia na papierze zaczyna różnić się od tej, w którą wierzy Fallon...
[opis pochodzi z okładki książki]

Niegdyś Fallon O'Neil miała przed sobą wspaniałą przyszłość obiecującej młodej aktorki. Dzięki swojemu rozwijającemu się talentowi mogła liczyć na to, że kiedyś uda jej się stanąć na najwyższym szczeblu kariery. Gdy jednak dwa lata temu stała się ofiarą pożaru domu ojca, wszystkie jej marzenia zostały brutalnie skreślone, a ona sama została oszpecona przez okropne blizny. Przez nie musiała odejść z serialu, w którym grała, a wszystkie kontrakty, które miała już podpisane  zostały zerwane. Od tego czasu dziewczyna stara się jakoś wrócić do normalności, jednak jak dotąd nie idzie jej to zbyt dobrze. Teraz, gdy ma osiemnaście lat każdego dnia walczy ze sobą, aby ruszyć na przód. Postanawia zostawić za sobą przeszłość i przenieść się ze słonecznego Los Angeles do Nowego Jorku, aby tam spróbować swoich sił na Broadwayu, co jednak spotyka się z silną krytyką ze strony jej ojca również aktora. Pewnego dnia Fallon poznaje podczas śniadania z ojcem chłopaka, który postanawiając ratować dumę dziewczyny udaje przed Donovan'em O'Neil jej chłopaka i namawia ją do ponownego spróbowania swoich sił na scenie. Po spotkaniu para zaprzyjaźnia się i postanawia, że co roku, 9 listopada, przez pięć lat, będą się spotykać i opowiadać o tym, co przez ten czas udało im się osiągnąć, jednocześnie odliczając czas do dwudziestych trzecich urodzin, gdy w końcu będą mogli spróbować swoich sił jako para.

Dawno już nie sięgałam po książki Colleen Hoover, co jest raczej dziwne, bo bardzo lubię jej twórczość. Ostatnią z powieści, jakie przeczytałam było Ugly Love (recenzja klik), które choć mi się podobało, nie zachwyciło mnie aż w tak wielkim stopniu, jak innych. Jednak myślę, że z całą pewnością mogę nazwać siebie fanką tejże autorki. Ostatnio natrafiłam na jednym z blogów na recenzję właśnie November 9, co mi przypomniało, że zdecydowanie powinnam powrócić do twórczości pani Hoover. Tak właściwie nie wiedziałam wówczas, o czym jest ta książka (z jej opisem zapoznałam się już dawno temu i zwyczajnie zapomniałam, o czym ona jest), jednakże skoro dotychczasowe powieści autorki mi się spodobały, to czemu nie zaryzykować i nie zapoznać się z książką w ciemno prawda? Czy więc to ryzyko mi się opłacało? Zdecydowanie mogę powiedzieć, że tak!

Chyba we wszystkich książkach autorki, które do tej pory poznałam jest tak, że narrację prowadzi dwójka głównych bohaterów. I tym razem mamy styczność właśnie z takim sposobem przedstawienia historii, co mi jak najbardziej odpowiada. Otóż historię poznajemy właśnie za pośrednictwem Fallon oraz Bena. Cieszę się, że autorka tym razem nie postąpiła inaczej, gdyż bez rozdziałów Bena, czy Fallon książka na prawdę dużo by straciła, a tak możemy się dowiedzieć wystarczająco dużo na temat obydwóch bohaterów. Jeśli już mowa o Fallon i Benie to śmiało mogę powiedzieć, że polubiłam ten duet już od pierwszych stron. Na prawdę świetnie mi się o nich czytało i z coraz to większą niecierpliwością wyczekiwałam momentów, w których ta dwójka miała ponownie się spotkać - było to zdecydowanie najlepsze fragmenty książki. Od samego początku też bardzo im kibicowałam i zastanawiałam się, czy wypełnią do końca swoje postanowienie, czy też w pewnym momencie się złamią i nie będą przestrzegać narzuconych sobie reguł. Bardzo lubię duety bohaterów, gdzie prócz rozwijającej się coraz to bardziej gorącej miłości, między postaciami możemy dostrzec również ten charakterystyczny humor. Tutaj właśnie to ma miejsce, co dodatkowo jest ogromnym plusem dla całej książki. 

Sama historia na prawdę mocno mi się spodobała. Autorka miała na prawdę świetny pomysł na to, aby Fallon i Ben spotykali się zaledwie raz w roku, nie mogąc jednocześnie kontaktować się w żaden sposób. Bardzo byłam ciekawa, jak rozwinie się wówczas ich znajomość i czy nie skończy się to tak, jak w Love, Rosie, gdzie bohaterowie zamiast wyznać sobie uczucia, cały czas się mijali, przez co ich miłość cierpiała, a oni sami nigdy nie byli szczęśliwi. Obawiałam się, że właśnie tak zakończy się cała ta historia, czego chyba bym nie zniosła. I choć był taki jeden moment, gdzie myślałam, że to już raczej koniec i sama miałam wielką ochotę rozpaczać razem z Fallon, to bardzo cieszę się, że całość zakończyła się w taki sposób, jak przedstawiła nam to autorka. Sam pomysł uważam za na prawdę bardzo oryginalny.

Podsumowując więc, November 9 to kolejna świetna książka z pod pióra Colleen Hoover. Choć nadal moją ulubioną powieścią od tej autorki jest zdecydowanie Hopeless (recenzja klik), to właśnie November 9 zajęło bardzo wysokie miejsce na liście moich ulubionych pozycji pani Hoover. Choć cały czas staram się znaleźć tutaj jakieś wady, w tej chili jest to dla mnie niemożliwe - książce nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Całość czytało mi się po prostu świetnie i choć cały czas chciałam poznać zakończenie tej historii, to gdy już się to stało, poczułam bardzo wielki smutek, że to już koniec. November 9 polecam więc każdemu fanowi autorki (sądzę, że w ogóle się nie zawiedziecie) oraz każdemu, kto jeszcze nie miał okazji zapoznać się z jej twórczością - na sam początek książka ta nada się idealnie!

wtorek, 18 kwietnia 2017

[157] Fatalna lista


Tytuł oryginału: The List
Autor: Siobhan Vivian
Ilość stron: 405 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 5/10

Wyobraź sobie, że przychodzisz w poniedziałek do szkoły i nagle wszystkie oczy są wpatrzone w ciebie. Ponieważ twoje nazwisko jest na liście. Tak, na TEJ liście.

Zgodnie z tradycją na tydzień przed jesiennym balem ktoś tworzy listę najpiękniejszych i najbrzydszych dziewcząt w szkole. Ktoś okrutny według własnego uznania wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika - piękną i brzydulę. I nie zawsze kieruje się tym, co obiektywnie piękne...

Teraz to one, wybrane, będą na ustach przez cały rok.

Jeśli się na niej znajdziesz - nie ważne w jakiej roli - lista zmieni twoje życie na zawsze.
[opis pochodzi z okładki książki]

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak jedna mała (z pozoru niewinna) rzecz może zmienić życie człowieka? Wiedzieliście, że jedna lista potrafi przyczynić się do tego, że odwrócą się od ciebie wszyscy przyjaciele, pod twoim nazwiskiem już zawsze będą wygłaszane niepochlebne komentarze, nakłoni cię ona do postępowania wbrew własnym regułom? W Mount Washington High co roku, tuż przed jesiennym balem, pojawia się lista najładniejszych i najbrzydszych uczennic z danego rocznika. Co roku jakaś tajemnicza osoba urządza ranking, w którym dzieli dziewczyny z Mount Washington High pod względem ich urody. Dla jednych znalezienie się na liście to zaszczyt, dla innych kompletna katastrofa, jedno jest pewne - życie każdej z tych dziewczyn zawsze zmienia się w jakimś stopniu.

Sięgając po Fatalną listę nie wiedziałam tak na prawdę, czego do końca mogę się spodziewać, jednak z lekkim rozczarowaniem muszę stwierdzić, że oczekiwałam od tej pozycji czegoś nieco innego. Już na samym początku powieści rzuca się w oczy to, że powieść ta nie jest poświęcona tylko i wyłącznie jednej dziewczynie - jest ich aż osiem. Nie ukrywam, że przez większość książki na prawdę spory problem sprawiało mi to, że historię poznajemy aż z tylu perspektyw. Szczególnie wielki problem miałam z tym na samym początku i wciąż musiałam zaglądać na sam początek, gdzie do wglądu czytelnika została zamieszczona kopia tegorocznej listy. Przedstawione imiona wciąż mi się myliły i chyba dopiero pod koniec nie miałam problemu z przyporządkowaniem ich do danej sytuacji. Osobiście nie za bardzo mi się to spodobało, gdyż uważam, że autorka wprowadziła przez to zbyt wielkie zamieszanie do całej sytuacji. Sądzę, że o wiele lepiej było skupić się albo na jakiejś jednej postaci, albo przedstawienie ich w jakiś ogólny sposób. Ja w każdym razie wciąż miałam mętlik w głowie czytając Fatalną listę i nie ukrywam, że bardzo ucieszyłam się, gdy w końcu dotarłam do końca książki.

Jak już wspomniałam prędzej, w książce poznajemy historie aż ośmiu dziewczyn - wszystkie je łączy tegoroczna lista, na której się znalazły. Cztery z nich zostały okrzyknięte najładniejszymi w swoim roczniku, inne natomiast okrzyknięto brzydulami. Żeby tego było mało, przy każdej z nich autor nie poskąpił stosownego komentarza, który w jakiś sposób miał uzasadnić jego decyzję. Co nie podobało mi się w niektórych bohaterkach? Najbardziej chyba drażniło mnie to, że niektóre z nich były bardzo mocno dziecinne. Zdaję sobie sprawę z tego, że wszystkie bohaterki były młodsze ode mnie, jednakże wydaje mi się, że w niektórych przypadkach autorka mocno przesadziła. Przykładem tutaj może być chociażby Abby Warner wybrana na najładniejszą z pierwszych klas - chyba dopiero pod sam koniec książki udało mi się dostrzec normalną dziewczynę w jej wieku, a nie jakąś roześmianą małolatę rodem z podstawówki. Dla porównania mamy tutaj Danielle DeMarco (najbrzydszą pierwszoklasistkę), która była całkowitym przeciwieństwem Abby (w takim przypadku coś tu chyba nie gra...). Do reszty dziewcząt nie mam chyba żadnych zastrzeżeń, jednakże chyba żadna z nich nie wzbudziła we mnie jakiejś wielkiej sympatii.

Sama historia nawet mi się podobała. Ciekawe dla mnie było ukazanie, jak taka jedna mała lista może człowiekowi zmienić życie, choć dla większości z nas może ona całkowicie nic nie znaczyć. W takich sytuacjach ludzie są okrutni (a młodzież już w szczególności), więc choć dla nas taki ranking może nie mieć najmniejszego znaczenia, to właśnie ci ludzie mogą stać się powodem, dla którego nasze życie tak bardzo może się odmienić. Autorka miała na prawdę ciekawy pomysł, sądzę jednak, że trochę nie zdawała sobie sprawy z tego, w jaki fajny sposób może go rozwinąć, bo to, co sama przedstawiła nie za bardzo mnie zadowala. Całość czytałam z zaciekawieniem, gdyż interesowało mnie, co też znajdzie się w zakończeniu Fatalnej listy, jednakże gdy już dotarłam do końca poczułam ogromny niedosyt. Z książki tej bowiem tak na prawdę niczego wielkiego się nie dowiedziałam, prócz tego, kto stał za tegoroczną listą. Oczekiwałam, że życie bohaterek odmieni się w jakiś diametralny sposób, a to wcale nie miało miejsca (z wyjątkiem Sary Singer, chociaż tego też nie jestem do końca pewna). Mając za sobą już więc lekturę tejże pozycji odniosłam wrażenie, że czytanie jej było lekką stratą czasu, bo sam fakt, że pomysł na książkę jest ciekawy, to zdecydowanie za mało.

Niedawno miałam okazję czytać inną książkę autorki, czyli Ból za ból (recenzja klik), której była ściślej mówiąc współautorką. W tamtej powieści również w wielu miejscach okropnie się nudziłam, gdyż było w niej sporo niepotrzebnych fragmentów. Liczyłam, że może jest to wina drugiej autorki, jednak po lekturze Fatalnej listy odnoszę wrażenie, że winna temu mogła być właśnie Siobhan Vivian. Jej styl w książce jest dla mnie po prostu nijaki i nie wyróżniający się w żaden sposób. Nie skreślam całkowicie tej autorki, jednakże już teraz wiem, że zdecydowanie nie zostanę jej stałą fanką.

Rzadko się zdarza, abym lekturę jakiejś książki uznawała za całkowitą stratę czasu, jednakże tym razem niestety muszę tak powiedzieć. Teraz wiem, że gdybym nie sięgnęła po tą pozycję tak na prawdę nic bym nie straciła, a tylko zyskałabym czas na przeczytanie jakiejś innej o niebo ciekawszej książki. Fatalną listę męczyłam stosunkowo długo, a to zdecydowanie nie było warte tej książki. Tak jak mówiłam wcześnie, autorka miała bardzo fajny pomysł na książkę, jednak w ogóle nie potrafiła tego wykorzystać (a na prawdę wielka szkoda). Ja książki tej wam nie polecam, jednakże jeśli jesteście ciekawi, czy wy także moglibyście ocenić w podobny sposób tą pozycję, sięgnijcie po nią. Ostrzegam was tylko, że może to dla was również być ogromna strata czasu.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young.

środa, 12 kwietnia 2017

[3] Porozmawiajmy: erotyk, czy nie - ja czytam, bo chcę!


Myślę, że wszyscy się ze mną zgodzą, gdy powiem, że na rynku wydawniczym coraz więcej ukazuje się powieści z wątkiem erotycznym, czy też samych erotyków. Każdy z nas umiał by pewnie podać przynajmniej trzy tytuły takich pozycji i z pewnością nie byłby to dla nas problem. Wydawnictwa bombardują nas coraz to nowszymi i bardziej wyróżniającymi się okładkami i tytułami, abyśmy zwrócili uwagę na książki z właśnie ich dorobku. Osobiście bardzo się cieszę, że mogę wybierać wśród wszystkich tych pozycji, gdyż bardzo lubię od czasu do czasu sięgać po powieści z dodatkiem erotyku, jednak zdaję sobie sprawę, że wielu innych czytelników może to mocno denerwować. Ja jednak nie chciałabym dzisiaj debatować nad tym, czy erotyki są dobre, czy też nie - to temat na zdecydowanie dłuższą dyskusję. Gdy szykując się na seans nowej części Greya jakiś czas temu zaczęłam wracać wspomnieniami do momentu, gdy dopiero co poznawałam powieści EL James. Trafiłam wówczas na ciekawy artykuł w gazecie poświęcony autorkom, które dzięki swoim powieściom stały się milionerkami. Jedną z tych autorek była oczywiście EL James. Bardzo zaciekawiła mnie jej wypowiedź - kobieta sama stwierdziła, że zdaje sobie sprawę z tego, że Grey nie jest napisany w jakiś wybitny sposób, jednak mimo to ludzie to czytają. Zaczęłam się więc zastanawiać, co tak bardzo nas czytelniczki (nie obrażając oczywiście żadnego z panów, który też oczywiście śmiało może czytać sobie te powieści) ciągnie do erotyków, skoro nawet ich autorki mówią, że pod względem pisarskim są one raczej fatalne? 
Jeśli więc jesteście ciekawi, do jakich wniosków doszłam - zapraszam dalej!

Na wstępie dodam tylko, że post ten nie ma nikogo obrazić, ani zanegować sposobu myślenia - każdy w końcu ma swój rozum i postrzega różne rzeczy w odpowiedni dla siebie sposób. Ten post ma jedynie pokazać, że czasem warto zastanowić się nad czymś, zanim zaczniemy to coś publicznie hejtować - ja akurat skupiłam się na erotykach, jednak takich rzeczy może być na prawdę wiele. Tak więc proszę was o racjonalne podejście do tematu ;)

1. Erotyk sposobem na odprężenie się.

Często słyszę na prawdę bardzo negatywne komentarze w stosunku do erotyków - w internecie z resztą jest ich pełno (chociażby w przypadku Pięćdziesięciu twarzy Greya). Padają one nie tylko z ust mężczyzn, co jeszcze mogłabym jako tako zrozumieć, lecz nawet w większej ilości są to opinie kobiet. "Chłam", "Dno" czy "Całkowita strata czasu" to tylko te łagodne stwierdzenia, jakimi ludzie określają książki pokroju Greya. Ludzie mówią, że dziwią się, że coś takiego w ogóle zostało wydane, sądzą, iż jest to całkowita strata pieniędzy. Cóż, coś jednak sprawia, że bardzo duża grupa ludzi ma na ten temat całkowicie odmienne zdanie. Zastanówmy się jednak, czy wszystkie książki wydawane przez wydawnictwa muszą być ambitne? Czy tylko powieści, które wniosą coś do życia czytelnika mogą ujrzeć światło dzienne. Idąc za tym torem myślenia, po co w takim razie powstają filmy komediowe, czy kabarety - skoro człowiek cały czas ma tylko i wyłącznie poznawać wyłącznie mądre rzeczy, które wiele wniosą do jego życia, nauczą go czegoś. Przecież nie tylko ambitnymi rzeczami człowiek żyje, a niektóre komedie, czy kabarety są równie niewartościowe (jak nie bardziej) jak erotyki.  Każdy z nas potrzebuje od czasu do czasu chwili odprężenia, jakiegoś sposobu, który pomoże mu zapomnieć o trudach codzienności i sprawi, że chociaż na chwilę się od tego wszystkiego oderwiemy. I to właśnie dlatego, moim zdaniem pisane są chociażby erotyki. Nie po to, aby przekazać czytelnikowi jakąś fantastyczną historię, bo nie oszukujmy się, większość z nich jest na prawdę banalnych, lecz po to, aby człowieka odstresować i oderwać. Jedni odprężają się słuchając głośnej muzyki, inni wręcz przeciwnie wolą wówczas zagłębić się w coś spokojnego. Ja, gdy potrzebuję chwili wytchnienia wracam do mojego ulubionego serialu Teoria wielkiego podrywu, chociaż każdy odcinek znam już chyba na pamięć - lecz to pozwala mi odpocząć. Każdy z nas ma na to swój własny sposób - dlaczego więc od razu obrażać kogoś, dla kogo sposobem na odprężenie się jest czytanie erotyku?

2. Chęć poznania historii, o której zapewne będziemy mogli tylko pomarzyć.

Pisząc o tym punkcie od razu przypominają mi się słowa mojego brata, który stwierdził, że kobiety nie czytają Greya po to, aby pomarzyć o tych wszystkich perwersyjnych momentach, które z Christianem przeżyła Ana, bo gdyby zaproponować im to w normalnym życiu, większość uciekłaby z krzykiem. Cóż, może i prawda, jednakże warto pamiętać, że w erotykach nie chodzi tylko i wyłącznie o seks - to jest tylko bardzo przyjemny dodatek. Każda książka z tego gatunku ma swoją historię - jedne są lepsze, inne na prawdę fatalne - jednakże to właśnie ta historia jest w tym wszystkim ważna. Ostatnio miałam okazję poznać na prawdę dobrą książkę, jaką jest Working it. Kusząca kariera (recenzja klik) (i tak, to też jest erotyk), gdzie relacje seksualne pomiędzy bohaterami odgrywały bardzo ważną rolę, jednak nie tylko o to tam chodziło. Sięgając po tą powieść dowiedziałam się także bardzo dużo na temat świata modelingu, o którym do tej pory nie miałam tak na prawdę zielonego pojęcia. Ważne w tym wszystkim było również to, że autorka pisała swoją książkę na podstawie tego, czego dowiedziała się od osób zajmujących się modelingiem zawodowo - przez jakiś czas kręciła się właśnie w tym towarzystwie, aby zebrać potrzebne informacje. Jaki byłby więc sens przedstawienia całej historii pozbywając się tych erotycznych elementów, skoro są one nieodzownym elementem tego świata. Nie mówię oczywiście, że wszystkie takie książki są dobre - w końcu tak jak wszędzie, bardzo często zdarzają się na prawdę kiepskie i tandetne pozycje. Jednak tak, jak było to w przypadku punktu pierwszego i tutaj warto poznać drugą stronę medalu, zanim zacznie się osądzać. Podsumowując więc - erotyki to nie tylko seks, to książka jak każda inna, dzięki której możemy przenieść się do innego i nieznanego nam dotychczas świata, a o daje nam możliwość, aby poznać coś, co nigdy nie będzie nasze. Czemu by więc nie spróbować?

3.  Erotyki możesz czytać wszędzie, a filmu już tak łatwo nie obejrzysz.

Na koniec nieco bardziej humorystyczny aspekt całej sprawy. Nie kryję się z tym, ze czasem w drodze na zajęcia, gdy mam godzinę do wykorzystania w autobusie, czytana przeze mnie książka to erotyk - jak wspomniałam lubię od czasu do czasu sięgnąć właśnie po taką pozycję. Kiedyś, gdy byłam właśnie w trakcie czytania dość namiętnej sceny, rozejrzałam się po autobusie i dopadła mnie myśl, że chyba byłoby mi wstyd, gdyby ci wszyscy ludzie umieli czytać mi w myślach i dowiedzieli się, o czym teraz tak na prawdę czytam. W końcu nie widzą przecież okładki książki, ani nie są w stanie poczytać mi przez ramię - widzą jedynie, że coś czytam. I wtedy właśnie uświadomiłam sobie, że poznawanie takich właśnie historii w formie książki jest na prawdę dobrym rozwiązaniem - w końcu możemy robić to gdziekolwiek chcemy! A z filmem już nie byłoby tak łatwo. 

Podsumowując więc, chcę jedynie uświadomić innym ludziom, że czasem, zanim zacznie się coś, lub kogoś oceniać, warto najpierw poznać inny punkt widzenia, zebrać nieco więcej informacji, aby później móc na ich podstawie stwierdzić, czy coś jest dobre czy złe. Ja przedstawiłam to wszystko na podstawie erotyków, jednak tak jak wspomniałam - takich sytuacji jest znacznie więcej (począwszy od gatunków muzyki, jakie ludzie słuchają, a na polityce kończąc). Owszem, warto wyrobić sobie zdanie na jakiś temat, jednakże ważne są wówczas argumenty, które potwierdzałyby nasz tok myślenia - a nie, ktoś mówi, że uważa erotyki za dno, a zapytany dlaczego mówi tylko, że są słabe.... Ten, kto właśnie tak najczęściej odpowiada niech wie, że to żaden argument.
Także już na koniec przypomnę ponownie, że post ten nie miał na celu nikogo obrażać, ani nic z tych rzeczy - to jedynie moje luźne refleksje na temat erotyków, który nasunął mi się w czasie wspominek. 

Jestem bardzo ciekawa, jaka jest wasza opinia na ten temat - wiem, że zapewne większość i tak wypowie się negatywnie na temat erotyków, jednak to już wasze zdanie, prawda? Piszcie śmiało, co sądzicie na ten temat, jednak pamiętajcie - najpierw warto zapoznać się z drugą stroną medalu ;)

niedziela, 9 kwietnia 2017

[156] Fobos. Tom 2


Tytuł oryginału: Phobos2
Autor: Victor Dixen
Cykl: Fobos
Tom: 2
Ilość stron: 512 stron
Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte
Ocena: 6/10

Lot statkiem Cupido trwa, ale Léonor i pozostali uczestnicy programu Genesis już wiedzą, że zostali oszukani - na Marsie będą w stanie przetrwać zaledwie kilka miesięcy. W wyniku buntu załogi transmisja reality show zostaje przerwana, a Serena, której zależało tylko na wzbogaceniu się, musi zacząć działać, by ratować swoją reputację.

Tymczasem zbliża się moment ujawnienia Listy Serc. Uczestnicy dowiedzą się, czy ich uczucia zostały odwzajemnione. Najważniejsza decyzja jednak wciąż przed nimi: wylądować czy spróbować wrócić na Ziemię? Jedno jest pewne - łatwo się nie poddadzą.
[opis pochodzi z okładki książki]

Na drugi tom Fobosa czekałam z naprawdę wielką niecierpliwością. Gdy sięgałam po pierwszy tom nie spodziewałam się, że taka tematyka tak bardzo może mi się spodobać - z reguły sięgam po powieści przedstawiające głównie rzeczywistość, gdyż najzwyczajniej w świecie nie przemawia do mnie idea tych wszystkich fantastycznych elementów. Jednakże, jak wspominałam o tym w recenzji Fobos, autorowi udało się zainteresować mnie w tak wielkim stopniu, że na prawdę bardzo mocno spodobała mi się idea przedstawiona w jego książce. W pierwszym tomie spotkałam się z na prawdę intrygującym zakończeniem, przez co cały ten czas ciekawiło mnie, jak dalej potoczy się akcja. Jednakże teraz, gdy jestem już po lekturze drugiego tomu Fobosa nie jestem do końca pewna, czy to moje wyczekiwanie się opłacało.

Druga część serii zaczyna się w momencie, gdy załoga statku Cupido dowiaduje się, że ich podróż marzeń, to tak na prawdę droga do pewnej śmierci. Cieszę się, że autor zaczął historię w dokładnie tym samym momencie, w którym zakończyła się jej poprzedniczka - nie cierpię, gdy autorzy stosują w swoich powieściach takie przeskoki w fabule, dlatego bardzo mocno cieszę się, że tutaj mnie to nie spotkało. Jednakże początkowe rozdziały, właśnie te, podczas których bohaterowie musieli zadecydować, co się stanie z ich przyszłością, strasznie mi się dłużyły... Niby była to tylko mała część całości, jednakże myślę, że autor zdecydowanie za mocno się na nich skupił, zamiast iść naprzód. Później było już troszkę lepiej, jednakże w książce jest na prawdę dużo takich momentów - zaowocowało to tym, że całość czytało mi się na prawdę długo i chociaż byłam ciekawa, co będzie dalej, koniec końców modliłam się o to, żeby to był już koniec.

Bardzo nie podobały mi się również liczne dialogi, które w książce wykreował autor - a już w szczególności te, w których bierze udział Serena, lub najgorszy ze wszystkich, kiedy trwa ceremonia zaślubin zawodników i prowadzący wszystko duet. Ten ostatni był tak sztuczny, że czytając nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy też wręcz przeciwnie płakać... Gdy podczas czytania przedrzeźnia się wypowiedzi bohatera to znak, że coś z tym wszystkim jest nie tak... Gdy tak teraz sobie myślę, mam ważenie, że autor bardzo mocno obniżył swoje loty... Owszem, w pierwszej części serii również było kilka wad, które dość mocno kuły w oczy, jednakże tutaj przeszedł on sam siebie. Miejscami wydawało mi się, jakby pisał to wszystko wyłącznie pod publikę, a tak na prawdę nie miał pomysłu, co zrobić z tymi momentami, gdzie daje się czytelnikowi odpocząć od głównych wątków.

Wracając jednak na chwilę do samej fabuły, to koniec końców jestem z niej nawet zadowolona - mam tu jednak na myśli te główne wątki dotyczące tylko i wyłącznie tego, co dzieje się na Marsie i co tyczy się głównych bohaterów. Tak, jak w pierwszym tomie jest tutaj jednak bardzo dużo pobocznych elementów, ale niektóre z nich były moim zdaniem mocno przesadzone lub zwyczajnie niepotrzebne. Nie chcę oceniać wszystkiego krytycznie, bo jednak cały czas mam nadzieję, że może w finałowym tomie wszystkie zagadki się rozwikłają, jednak jak na razie myślę, że autor po prostu przedobrzył...

Wydawać by się mogło, że jestem bardzo mocno rozczarowana drugim tomem Fobosa i muszę przyznać, że po części jest to prawda. Jestem zawiedziona tym, w jakim kierunku to wszystko się potoczyło, jednak jak już wspomniałam wcześniej, mam nadzieję, że dalej to wszystko się wyjaśni i że autor troszeczkę się ogarnie i później będę mogła poznać na prawdę dobre zakończenie. Tak więc mimo iż jestem rozczarowana, to cieszę się, że mogłam poznać dalsze losy dwunastki pionierów i z ciekawością będę wyczekiwać kolejnego już tomu serii.

FOBOS:
fobos. tom 1 | fobos. tom 2 | fobos. tom 3

Za możliwość zapoznania się z książką, bardzo serdecznie dziękuję Moondrive Shop. Tam też możecie kupić swój własny egzemplarz książki!


Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek