sobota, 24 czerwca 2017

[173] Bad Mommy. Zła mama


Tytuł oryginału: Bad Mommy
Autor: Tarryn Fisher
Ilość stron: 320 stron
Wydawnictwo: SQN
Ocena: 8/10

Przyznam się wam, że po Bad Mommy sięgnęłam po pierwsze przez te wszystkie pozytywne opinie pod jej adresem (a czytałam ich na prawdę sporo!) i po drugie przez tą niesamowitą okładkę (no, czyż nie jest genialna?). Oczywiście żeby nie było wcześniej zapoznałam się z opisem historii, który również miał ogromny wpływ na moją decyzję, ale jednak to właśnie te dwie pierwsze rzeczy przyczyniły się do tego, że w ogóle spojrzałam na tą książkę. Po przeczytaniu Margo (recenzja klik) nie chciałam na razie zagłębiać się w dalsze lektury powieści Tarryn Fishe, bo choć styl autorki mi się spodobał, to jednak na całości troszkę się zawiodłam. Ale teraz będąc już po lekturze Bad Mommy nie chcę robić sobie dalszych przerw od Tarryn Fisher, bo ta kobieta jest po prostu niesamowita! Cóż, nie muszę już chyba więc dodawać, jak bardzo podobała mi się Bad Mommy, prawda?

Wbrew temu, co na początku myślałam książka nie opowiada o jakichś drastycznych morderstwach i niesamowicie wstrząsających akcjach z udziałem porywania małej Mercy - serio myślałam, że tak mniej więcej będzie się rozgrywać akcja. Co ciekawe też, powieści nie poznajemy tylko i wyłącznie z perspektywy Fig, czyli tej złej. Bad Mommy jest dość mocno pokręcona i trzeba poświęcić trochę czasu na jej zrozumienie - ale co z tego skoro książka jest taka świetna.

Gdy piszę teraz dla was tą recenzję i chcę powiedzieć wam, o czym mniej więcej jest książka, mam z tym spory problem - no bo jak to zrobić, żeby nie zdradzać wam tych wszystkich smakowitych kąsków? Można by powiedzieć, że główną bohaterką powieści jest Fig, ale w sumie nie jest to do końca zgodne z prawdą, bo gdy przenosimy się do części, w której to Darius jest narratorem, to właśnie on staje się głównym bohaterem. Jednak gdy na końcu przenosimy się do poznawania historii z perspektywy Joelyn, to samo można by powiedzieć właśnie o niej. Myślę, że najlepiej by było, jeśli powiedziałabym, że Fig jest przyczyną całego tego zamieszania. Poznajemy ją w momencie, gdy kobieta spostrzega na mieście małą dziewczynkę i jest święcie przekonana, że wcieliła się w nią jej nienarodzona córeczka. Przekonanie to sprawia, że kobieta zaczyna obmyślać plan, jak odzyskać ukochaną córeczkę z rąk złej mamy. Im więcej bowiem Fig obserwuje małą Mercy i jej rodziców Joelyn i Dariusa, tym bardziej utwierdza się w przekonaniu, ze musi odebrać tym złym ludziom swoją córeczkę. Postanawia się więc przeprowadzić do sąsiedniego domu i na razie jakość wkraść w łaski rodziny Averych, aby ci zaufali jej na tyle, że w końcu sami zrozumieją, że Mercy należy do niej i to właśnie u niej będzie jej najlepiej. Dochodzi więc do tego, że Fig udaje nową sąsiadkę Averych i stara się z nimi zaprzyjaźnić. Wkrótce jednak kobieta chce być taka sama, jak Joelyn i mieć dokładnie wszystko to, co ona. Jest to jednak dopiero początek historii...

Jak już mówiłam, zabierając się za Bad Mommy spodziewałam się otrzymać nieco inną historię. Ale, czy jestem tym rozczarowana? Zdecydowanie nie! Książka cały czas niesamowicie trzyma w napięciu. Wciąż chce się wiedzieć, co będzie dalej i jak cała akcja się zakończy. Ja sama z wielką gorliwością śledziłam wszystkie ruchy Fig, gdyż obawiałam się, że dosłownie za moment dokona ona czegoś okropnego (w końcu wszystko na to wskazywało). O samej Fig nie mogę powiedzieć, że ją lubiłam, jednak podczas czytania doszukiwałam się czasem małych podobieństw pomiędzy tą bohaterką a mną. Oczywiście nie mam tu na myśli tych psychicznych zachować, tylko to upodabnianie się do innych. Naśladownictwo jest bowiem dopuszczalne, ale wszystko w granicach rozsądku - gdy chcesz mieć dosłownie wszystko to samo co twój obiekt uwielbienia i powoli stajesz się tą osobą znaczy, że coś z tobą jest nie tak. Z początku lektury bardzo polubiłam małżeństwo Averych, jednak im dalej zagłębiałam się w lekturę i poznawałam ten mniej wyidealizowany ich obraz zaczynałam się zastanawiać, czy dalej powinnam ich lubić. Co do wszystkich bohaterów Bad Mommy - w ich przypadku nic nie jest do końca pewne.

Gdzieś kiedyś przeczytałam, że Tarryn Fisher ma niesamowity dar wcielania się w umysły osób dość nienormalnych - i ja się z tym zgadzam. Ale to właśnie dzięki temu autorka potrafi tworzyć takie niesamowite książki, jak właśnie Bad Mommy.  Uważam bowiem, że pod względem kreowania postaci oraz samej fabuły autorka poradziła sobie wręcz po mistrzowsku. Widać, że poświęciła ona na prawdę dużo pracy na zebranie wszystkich potrzebnych informacji i skumulowaniu ich tak, aby to wszystko miało ręce i nogi. Czytając tą książkę utwierdziłam się też w przekonaniu, że Tarryn ma na prawdę niesamowity i bardzo specyficzny styl. Określiłabym go jako nieco dziwny, ale przez to właśnie bardzo przyciągający.

SPOILER [ JEŚLI NIE CZYTAŁEŚ JESZCZE BAD MOMMY OMIŃ TEN FRAGMENT]!
Mam pytanie do tych, który lekturę Bad Mommy mają już za sobą. Nie do końca rozumiem, skąd w części gdzie narrację przejął Darius wziął się mąż Fig... Pamiętam, że na początku książki kobieta wspominała o swoim mężu, ale byłam święcie przekonana, że się z nim rozstała i nie miała z nim kontaktu, aż tu nagle czytam, że on z nią mieszka i czasem przychodził razem z nią do Averych. Możliwe, że podczas czytania coś przeoczyłam, także liczę, że ktoś z was wyjaśni mi, co tam zaszło.
KONIEC SPOILERA!

Podsumowując więc, choć moje pierwsze spotkanie z twórczością Tarryn Fisher uważam za raczej przeciętne, o jednak mogę śmiało powiedzieć, że jestem na prawdę zadowolona z lektury Bad Mommy. Autorka odwaliła kawał na prawdę świetnej roboty, przez co z całą pewnością zasłużyła sobie na te wszystkie ochy i achy pod adresem swojej powieści. Na ogromny plus zasługuje tutaj również to genialne zakończenie - kto książkę już czytał z pewnością się ze mną zgodzi (mi nie dawało ono spokoju przez co najmniej tydzień!). Myślę więc, że jeśli tak jak ja lubicie thrillery psychologiczne, ta pozycja będzie dla was wręcz idealna! Także jeśli jeszcze nie czytaliście Bad Mommy, albo w ogóle o niej nie słyszeliście, czy prędzej to zmieńcie.

piątek, 23 czerwca 2017

Wyniki konkursu - wygraj książkę "Piosenki o dziewczynie"!


Dzisiaj przychodzę do was z wynikami konkursu, który ostatnio był organizowany na blogu, gdzie do wygrania była książka po moim patronatem - Piosenki o dziewczynie (recenzja klik). 
Na samym początku powiem, że bardzo serdecznie dziękuję wszystkim tym, którzy wykazali się odrobiną kreatywności i nie było dla niech problemem, aby napisać kilka zdań na zadanie konkursowe. Do konkursu zgłosiło się zaledwie dziewięć osób, choć chyba powinnam powiedzieć, że aż dziewięć. Powiem wam, że jestem tym wynikiem dość mocno rozczarowana, bo jednak wydawało i się, że zadanie, które dla was wymyśliłam jest proste. W końcu nie chodziło mi tutaj o pisanie Bóg wie jak długich esejów, bo w końcu mi też nie chciałoby się ich czytać. Wystarczyło powiedzieć parę słów i tyle - nic wielce skomplikowanego. Ale jak zdążyłam się już przekonać, widać moi czytelnicy wolą łatwe i bez problemowe zdobywanie nagród. Dziękuję więc jeszcze raz tym, którzy koniec końców się zgłosili.

Przypomnę tylko, o co w całym konkursie chodziło - prócz standardowego Zgłaszam się!, zaobserwowania bloga, podania nazwy, pod którą się go obserwuje oraz podania maila, należało odpowiedzieć na przedstawione zadanie: Z racji tego, że głównym motywem książki Piosenki o dziewczynie jest muzyka chcę, abyście podali mi tytuł jednej piosenki, która waszym zdaniem jest o was i napisali mi, dlaczego właśnie tak uważacie. Za wykonanie tych wszystkich czynności był jeden punkt. Dodatkowo można było zdobyć jeszcze trzy punkty - za udostępnienie banera, za polubienie mojego FB oraz obserwację IG.

Tak wiec wygląda punktacja.




Książka "Piosenki o dziewczynie" trafia do


Wagabunda gratuluję i już wysyłam do ciebie maila z informacją o wygranej! Pamiętaj, że masz trzy dni, aby mi na niego odpowiedzieć. W przeciwnym razie będę musiała wybrać inną osobę, która otrzyma książkę.

A oto najciekawsze zgłoszenia:

Insane Sanity
Właściwie moim ulubionym "muzycznym bliźniakiem" jest utwór Schumanna "Marzenie", krótki i w zasadzie prosty (bo sama nie uważam się ze skomplikowanego człowieka), nieco ciekawski i uparty (motyw główny powtarza się kilkakrotnie z pewnymi wariacjami), melancholijny i łaknący nadziei, który nieśmiało wybrzmiewa. Ale utwór fortepianowy nie zalicza się do kategorii piosenek (choć mogłabym się upierać, że jego "tekst" można czytać między nutami), więc stawiam na "I feel pretty/unpretty". Czemu ta? Nie wiem, czasami jest tak, że w momencie, gdy pierwszy raz usłyszy się jakąś piosenkę, ta dotyka właściwej struny w naszej duszy i po prostu dajemy się jej pochłonąć, przenikać do szpiku kości, oddychać nią, pozwalamy pulsować we krwi, przepływać. Jakby w nas żyła jej mała część, która czekała na odnalezienie. Zwykle w takich momentach dostaję gęsiej skórki albo się wzruszam i wtedy wiem, że to jest TA piosenka. Ten mash-up stworzony na potrzeby serialu Glee jest najbardziej dosadnym ujęciem tego stanu braku równowagi, gdy chce się być szczęśliwa, ale w środku czuje się, że nie jest to możliwe - że się na to nie zasługuje. Można zatuszować na zewnątrz wszystkie oznaki niepewności, ale będąc sama ze sobą nie jest się w stanie udawać, że wewnątrz wszystko nie legło w ruinie. Nie brzmi to jak optymistyczna interpretacja, ale na szczęście nie czuję się tak przez cały czas i jestem w stanie uwolnić się zarówno od tej piosenki, jak i tego stanu.

Paula Semeniuk
Wybrałam piosenkę Anne-Marie - Ciao Adios. Piosenka jest o dziewczynie która dowiaduje się że jej chłopak zdradza ją i decyduje że nie będzie tracić więcej czasu na niego i go zostawia. Od razu jak usłyszałam tą piosenkę czułam jakby była napisana specjalnie dla mnie. Można powiedzieć że przeżyłam prawie to samo co dziewczyna w piosence pomijając artystyczne momenty jak śpiewanie piosenek ( do tego talentu to ja nie mam). W piosence są 2 fragmenty z którymi utożsamiam się najbardziej. Jeden jest o tym że chłopak zabierał ją autem na przejażdżki i chyba najbardziej bolesny że widziała go bawiącego się i całującego się z inną. Te fragmenty są jak wyjęte z mojego życia, słowo w słowo wszystko się zgadza z tym co działo się u mnie. Piosenka nie jest może jakaś wyszukana ale jednak ona najlepiej opisuje ostatnie wydarzenia z mojego życia. Po tym jak skończyłam z nim było ciężko ale dzięki przyjaciółkom dałam radę wybrnąć jak to lubię nazywać "małej 1 tygodniowej depresji". Usłyszałam tą piosenkę miesiąc po tych wydarzeniach i trochę dzięki niej podniosłam się na duchu. Skoro inna dziewczyna dała radę żyć tak jak przedtem to czemu ja nie mogę. Słuchałam jej codziennie i mimo tego że ciągle przypominała te wydarzenia z każdym dniem było łatwiej. Utwór może nie opisuje mnie jakim człowiekiem jestem ale opisuje moje przeżycia i uczucia po jednym z punktów zwrotnych w moim życiu niestety tym negatywnym ale mimo tych ostatnich złych wydarzeń niczego nie żałuję bo jednak nauczyłam się dużo dzięki temu.

Dominika K.
Myślę, że taką piosenką o mnie, a przynajmniej o jednej części mnie jest "Waiting for Superman". Mam wrażenie, że Daughtry śpiewa o dziewczynie marzycielce, która bardzo chce znaleźć kogoś odpowiedniego, kogoś kto będzie ją rozśmieszał, rozmawiał z nią i przede wszystkim kochał. Piosenkę znam od dawna i zawsze po części mogłam ją do siebie przypasować, ale dopiero teraz niedawno uświadomiłam sobie jak bliski jest mi ten tekst. Kiedy jedna część mojej osobowości krzyczy "dziewczyno dajesz czadu!", druga nieśmiało przypomina, że fajnie tego czadu byłoby dawać z kimś obok :)

temari3112
Piosenką, która opisuje mnie najbardziej, jest chyba "Take Me Now" od FT Island. Przede wszystkim dlatego, że jest ona o poszukiwaniu odpowiedzi - poszukiwaniu prawdy pomimo bycia zagubionym. Jak dla mnie, jest to piosenka bardzo uniwersalna, bo jakby nie było, każdy człowiek szuka swojej prawdy mimo różnych przeciwności, cierpienia. Ale to, co tak bardzo spodobało mi się w tym tekście to podmiot - przerażony, bojący się ludzi i interakcji z nimi, cierpiący, ale mimo wszystko szukający. Jestem obecnie na takim etapie życia, kiedy pytam tak jak wokalista: Gdzie jest prawda? "Staram się odnaleźć moją drogę." Tak samo jak on, staram się iść w zaparte, mimo że momentami czuję się tak bardzo zagubiona w świecie kłamstw i pozorów. Co więcej, jest też we mnie taka część, która wszystkim stara się powiedzieć: "Nie potrzebuję was". I don't need you. Ale znajdę odpowiedź.

Sun Reads
A piosenką, która zdecydowanie opowiada o mnie jest "All I Need" autorstwa Margaret. Jest to piękna piosenka mówiąca o życiu jak o loterii, w której wszyscy liczą na wygraną. Utożsamiam się z nią ilekroć ją słucham. Artystka śpiewa o sobie, ale jednocześnie mogłaby być mną. Jest jedyną samowystarczalną osobą w tym dziwnym świecie, która uważa, że jest swoją największą siłą i jeśli jej nie znajdzie, nikt nie zrobi tego za nią. Ona walczy o ster i toruje sobie drogę do miejsca, w którym teraz jest, bo to ciężką pracą zdobywamy rezultaty, w rzeczywistości przecież nic nie przychodzi za darmo. Więc obie jesteśmy wszystkim, czego najbardziej potrzebujemy i zabieramy swoje imię z loterii, by pokazać, że sami możemy coś osiągnąć, nie bazując na innych, a czas goni, więc nie powinnyśmy oglądać się za siebie. Ja tak właśnie robię. Czasami wolę zrobić coś samemu a dobrze, niż pozwolić komuś wykonać za mnie najcięższą pracę. Dodatkowo Margaret śpiewa o tym, że "pisze swoją własną piosenkę". Ten cytat od razu skojarzył mi się z książką "Piosenki o dziewczynie". To tak, jakbyśmy, pisząc, robiły coś więcej niż się ludziom wydaje. Ona pisze teksty piosenek, ja piszę własne opowieści, marząc o tym, że świat je kiedyś ujrzy i ufam samej sobie, że DAM RADĘ!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim za zgłoszenia oraz oczywiście Wydawnictwu Feeria Young za nadesłanie książki! Mam nadzieję, że ci którzy trafili do mnie właśnie dzięki temu konkursowi, zostaną z nami na dłużej!

A jeśli nie udało wam się wygrać książki Piosenki o dziewczynie już niedługo na moim Instagramie ruszy rozdanie właśnie z tą książką! Także uważnie mnie obserwujcie!

czwartek, 22 czerwca 2017

[172] Uwięzione


Tytuł oryginału: The Cellar
Autor: Natasha Preston
Ilość stron: 397 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 8/10

Gdy sięgałam po Uwięzione nie wiedziałam tak na prawdę, czego do końca mogę się po tej książce spodziewać. Wiedziałam, że ma być to połączenie thrillera z powieścią młodzieżową, jednakże w życiu nie spodziewałam się, że otrzymam coś tak fantastycznego - bo książka jest niesamowita i będę tego zdania trzymać się do samego końca! Już sama okładka zwiastuje nam, że Uwięzione to nie jest jakaś tam zwyczajna powieść młodzieżowa, w której główna bohaterka zakochuje się w swoim rówieśniku. Uwięzione to pełna wstrząsających emocji powieść obok której nie można przejść obojętnie.

Gdy pewnego dnia Summer wybierała się na imprezę do klubu nie wiedziała, że od tego momentu jej życie będzie wyglądać całkowicie inaczej. Dziewczyna całe życie powtarzała, że w jej rodzinnej miejscowości kompletnie nic się nie dzieje, a przez to może czuć się w pełni bezpieczna. W czasie szukania przyjaciółki Summer napotyka się na tajemniczego mężczyznę, który od samego początku zachowuje się tak, jakby doskonale ją znał. Zaczyna nazywać ją Lilly, by wkrótce obezwładnić dziewczynę i siłą zaprowadzić ją do swojego samochodu. Summer zostaje uprowadzona i od tego momentu musi robić wszystko, co tajemniczy Clover sobie wymyśli, aby tylko nie narazić się na jego gniew i przeżyć...

Książka zaczyna się dość spokojnie. Czytając mamy wrażenie, że Uwięzione to kolejna prosta młodzieżówka, których na rynku wydawniczym jest pełno. Jednak już wkrótce na czytelnika zostaje spuszczony kubeł zimnej wody, gdyż autorka przenosi nas do strasznej rzeczywistości, w której od teraz musi żyć Summer. Bardzo spodobał mi się realizm tej powieści. Zagłębiając się w lekturze odnosiłam wrażenie, że autorka musiała na prawdę sporo czasu poświęcić na zbieraniu informacji potrzebnych do swojej książki. Wszystko bowiem zostało tam bardzo dokładnie przemyślane i na prawdę do niczego nie mogę się przyczepić.
Strasznie zaciekawił mnie sam wątek przetrzymywania Lilly, Poppy, Rose oraz Violet przez Clovera. Całe zajście mogłoby wydawać się raczej mało prawdopodobne, jednak tak na prawdę taka sytuacja mogłaby spotkać każdego z nas. Z wielką ciekawością i zainteresowaniem śledziłam więc to, co działo się w piwnicy Clovera i cały czas zastanawiałam się, jak cała akcja się zakończy - czy Lilly (Summer) uda się uciec, czy już do końca swojego życia (które nie wiadomo nawet ile by trwało) będzie musiała odgrywać wyznaczoną jej rolę tak, aby zaskarbić sobie łaskę swojego oprawcy.

To, co bardzo spodobało mi się w tej powieści to to, że sama fabuła była przedstawiana nie tylko z perspektywy głównej bohaterki, ale również za pośrednictwem jej chłopaka Lewisa i samego Clovera. To właśnie te rozdziały, których autorem był Clover ciekawiły mnie najbardziej, gdyż chciałam dowiedzieć się, co skłoniło mężczyznę do przetrzymywania niewinnych dziewcząt w piwnicy, do zabijania i w ogóle takiego a nie innego postrzegania świata. Tutaj również autorka bardzo dobrze poradziła sobie z przedstawieniem osobowości oprawcy Lilly - rozdziały były bardzo przemyślane i świetnie dopracowane. Dobrze też, że Natasha Preston nie skupiła się tylko na tym, co działo się aktualnie w życiu Lilly, lecz także pokazała, jakie uczucia towarzyszą jej chłopakowi, który cały czas starał się odnaleźć ukochaną i nie poddawał się mimo mijającego czasu. Taki chłopak to skarb (ci, którzy książkę już czytali, wiedzą dlaczego).

Choć książkę czytałam już jakiś czas temu, nadal nie mogę wyjść z szoku po tym, co działo się w piwnicy domu Clovera. Natasha Preston miała świetny pomysł na fabułę i dodatkowo bardzo dobrze udało jej się wykorzystać potencjał swojej historii. Dużym plusem książki jest jej zakończenie - jednak o nim wam już nie opowiem, gdyż zabrałabym wam całą przyjemność z czytania. Śmiało mogę więc powiedzieć, że Uwięzione to na prawdę świetny thriller młodzieżowy, który koniecznie trzeba przeczytać! Sama z wielką niecierpliwością czekam na kolejne książki autorki, które mam nadzieję, ukażą się również polskim nakładem.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

środa, 21 czerwca 2017

[171] Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Magiczny przewodnik po filmie


Tytuł oryginału: Fantastic Beasts and Where to Find Them Magical Movie Handbook
Autor: Michael Kogge
Ilość stron: 96 stron
Wydawnictwo: Media rodzina
Ocena: 5/10

Osobiście, bardzo rzadko sięgam po jakiekolwiek poradniki, przewodniki i inne tego typu rzeczy. Jeszcze nigdy, jak dotąd nie miałam przed sobą również żadnego przewodnika po filmie. Gdy jednak wciąż byłam w tym ciągu po przeczytaniu scenariusza do filmu Fantastyczne zwierzęta (recenzja klik) stwierdziłam, że w sumie czemu by tego nie zmienić. Nigdy to takiego przewodnika nie zaglądałam, więc tak na prawdę nie wiedziałam, jakiego typu informacje mogłabym tam znaleźć. Cieszę się, że moją pierwszą książką tego typu był właśnie przewodnik po filmie Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć oraz, że dzięki uprzejmości Wydawnictwa Media Rodzina mogłam się z nim zapoznać, jednakże już teraz wiem, że raczej nie wydałabym na niego te dziewiętnaście złotych ceny okładkowej - zwyczajnie byłaby to dla mnie duża strata pieniędzy. 

Co znajdziemy w tym magicznym przewodniku po filmie - w zasadzie wszystko to, co już poznaliśmy za sprawą ekranizacji powieści J.K. Rowling. Choć wiedziałam, że raczej takich, a nie innych informacji mogę się tam spodziewać, to jednak liczyłam na to, że może autor tego przewodnika umieści w nim jakieś dwa, czy trzy kąski, które nie były przedstawione w filmie, a które byłyby tutaj bardzo na miejscu. A tak otrzymałam jedynie takie obrazkowe streszczenie całego filmu. 
Cała książka, nie licząc już wstępu, podzielona jest na pięć rozdziałów - postacie, zwierzęta, organizacje, miejsca oraz różdżki i zaklęcia. Chyba najciekawszym z rozdziałów jest ten poświęcony postaciom - wszyscy z tych ważniejszych bohaterów zostali dokładnie opisani (nie obyło się oczywiście bez licznych kadrów z filmu), lecz tak jak już wcześniej to wspomniałam, nie ma tam niczego, o czym nie byłoby mowy w filmie. Trochę jestem tym zawiedziona, bo myślę, że można by tutaj powiedzieć o wielu ciekawych rzeczach, no ale cóż... Najbardziej rozczarowana jestem natomiast rozdziałem poświęconemu zwierzętom, gdyż znajdziemy tam tak na prawdę tyle, co nic... Liczyłam na to, że będą one zaprezentowane mniej więcej w taki sam sposób, jak ludzkie postacie, a nie znalazłam tak praktycznie nic - jedynie kilka prostych ilustracji reprezentujących niektóre zwierzęta oraz jakieś dwa diagramy, które niestety nie zostały przetłumaczone na język polski i patrząc na to, że przewodnik ten miał być skierowany raczej dla młodszych czytelników, jest to moim zdaniem bardzo duży błąd.
Ciekawym pomysłem był rozdział poświęcony miejscom w filmie, jednak tak jak w przypadku postaci i tutaj potencjał nie został w ogóle wykorzystany.

Dużym plusem dla książki jest z całą pewnością jej wydanie. Znajdziemy w niej bardzo dużo kadrów z filmu i czasem też kilka ilustracji, które w jakiś sposób nawiązują do fabuły ekranizacji. Pod względem wizualnym przewodnik bardzo mocno przyciąga wzrok i podczas czytania go, dzięki temu na prawdę miło spędza się z nim czas.

Podsumowując więc uważam, że przewodnik ten to jednak nic specjalnego - nie ma w nim w ogóle informacji, których po obejrzeniu filmu moglibyśmy być jeszcze ciekawi. Dla mnie Magiczny przewodnik po filmie to po prostu jedno wielkie streszczenie samej ekranizacji. Można było go zrobić w o wiele bardzie ciekawy sposób, jednak niestety tego nie zrobiono... Jedynym plusem jest tutaj wizualna strona książki. Sama w życiu nie wydałabym na niego dziewiętnaście złotych. Może jednak pozycja ta spodobałaby się o wiele bardziej o wiele młodszym widzom.

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!

wtorek, 20 czerwca 2017

Mój początek wszystkiego #mojpoczatekwszystkiego

Zapewne w życiu każdego z was był taki moment, gdzie coś zmieniło się całkowicie, o sto osiemdziesiąt stopni i przyniosło w ten sposób jakieś dobre skutki. Codziennie bowiem dokonujemy pewnych wyborów, które mają wpływ na to, co będzie w przyszłości, choć czasem nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. Niekiedy zmiana ta jest bardzo mała i z pozoru nic nie znacząca, a czasem może sprawić, że nie tylko zmieni się to co tutaj i teraz, ale dosłownie wszystko. Bo nie ma czegoś takiego, jak koniec, jest tylko nowy początek...


W dzisiejszym poście chciałabym przedstawić wam mój początek wszystkiego - tą z pozoru drobniutką zmianę, która odmieniła moje życie całkowicie i której w ogóle się nie spodziewałam. Wpis ten powstał na potrzeby konkursu dla blogerów, który postanowiło urządzić Wydawnictwo Moondrive z racji promocji swojej nowej książki Początek wszystkiego

Także jeśli jesteście ciekawi, jaką historię ja mam wam do opowiedzenia, zapraszam do dalszej części posta!

Cóż, chyba będę na prawdę mało oryginalna, jeśli powiem wam, że ten mój początek wszystkiego dotyczy książek, prawda? Ale to właśnie te książki odmieniły moje życie - a takiej zmiany się kompletnie nie spodziewałam. Mówiąc więc krótko, opowiem wam, jak cała ta przygoda związana z książkami się u mnie zaczęła i jakie skutki miało to na moje dalsze życie.

Wszystko zaczęło się już ładnych kilkanaście lat temu, gdy byłam małą dziewczynką i wprost nie znosiłam czytać książek. Nie rozumiałam, jak czytanie może komuś sprawiać tak wielką radość - w końcu są tam same literki i nic więcej! Nie raz z resztą podejmowałam  próby zmiany mojego nastawienia - zawsze podobało mi się, gdy obserwowałam na przykład mojego starszego brata czytającego Harry'ego Potter'a, bądź jakieś inne powieści. Wydawało mi się to po prostu fajne i nie potrafiłam zrozumieć, czemu, gdy sama zabieram się za jakąś książkę, już tak fajnie nie jest. Tak więc jak mówiłam prób było kilka i wszystkie zakończyły się klęską. Pamiętam, że gdy w późniejszych latach musiałam przeczytać jakąś lekturę szkolną, zaczynałam na pierwszej stronie i na tej właśnie stronie kończyłam (o dziwo zawsze udało mi się wybrnąć jakoś z tej sytuacji niezapoznania się z książką). I choć czytanie szło mi bardzo opornie, coś i tak wciąż ciągnęło mnie w stronę biblioteki. W podstawówce praktycznie na każdej przerwie wybierałam się z koleżanką do szkolnej biblioteki i tam pomagałam bibliotekarce w jej wszystkich obowiązkach. Uwielbiałam to robić i zawsze cieszyłam się na każdą kolejną przerwę spędzoną właśnie tam. Teraz wiem już, że był to po prostu znak, że moja świadomość sama próbowała mi powiedzieć, że jestem stworzona dla książek. Trafiając do gimnazjum z początku dość mocno oddaliłam się od wszelkiego kontaktu z powieściami, jednak wszystko to było do czasu, gdy zaprzyjaźniłam się z pewną dziewczyną, którą znałam praktycznie całe życie i która to miała największy wpływ na moje czytelnicze życie. Pamiętam, że ta moja przyjaciółka na prawdę dużo czytała - i gdy mówię, że dużo czytała, mam na myśli, że na prawdę DUŻO czytała! Kiedy ktoś raz spytał się jej ile mniej więcej powieści potrafi przeczytać w ciągu jednego roku odpowiedziała, że koło dwustu, co jak dla mnie wówczas było wynikiem jak z kosmosu - ja nie mogłam przebrnąć przez jedną powieść, a ona pochłaniała ich aż tyle!

Co było w tym wszystkim najśmieszniejsze? Nigdy nie nakłaniała mnie ona do czytania - owszem, opowiadała jaką to ostatnio ciekawą powieść przeczytała, ale nigdy nie mówiła "Kaśka, koniecznie musisz to przeczytać, bo ja wiem, że ci się to spodoba". Może właśnie to sprawiło, że jako jedynej udało jej się przekonać mnie do książek? Bo w końcu nadszedł ten pamiętny dzień, gdy poprosiłam ją, aby zabrała mnie ze sobą do biblioteki i pomogła wybrać mi jakąś książkę, która jak na początek byłaby odpowiednia. Jeśli dobrze sobie przypominam, wybór padł na Megan, przewodnik po chłopcach Kate Brian. Towarzyszyły temu słowa "Nie patrz na tą brzydką okładkę, bo książka sama w sobie jest po prostu genialna" (wiecie, byłyśmy nastolatkami, więc nie oceniajcie wyboru lektury) i okazało się, że moja przyjaciółka miała rację w stu procentach! Pochłonęłam ją chyba w jeden dzień (nie posiadałam się oczywiście przy tym z dumy) i już z wielką niecierpliwością czekałam na dzień, gdy razem z moją przyjaciółką wybierzemy się ponownie do biblioteki. No i zaczęło się, wciąż wracałam do domu z coraz to nowszymi tytułami, których nie mogłam się doczekać i które pochłaniałam jednym tchem. Owszem, wówczas także miałam momenty zwątpienia i zdarzało mi się, że nie czytałam nawet przez pół roku, jednak zawsze później do książek wracałam, bo w końcu zrozumiałam, że czytanie nie jest nudne, tylko ja zwyczajnie nigdy nie potrafiłam znaleźć dla siebie odpowiedniej lektury. 

Właśnie ta drobna zmiana, to że spotkałam odpowiedniego człowieka na mojej drodze sprawiło, że teraz książki są moim życiem i moją największą pasją. Spójrzcie tylko gdzie teraz jestem - od prawie trzech lat prowadzę bloga recenzenckiego, którego teraz czytacie, nawiązałam wiele ciekawych współprac z wydawnictwami, ostatnio nawet objęłam dwa patronaty nad książkami! Żeby jeszcze tego było mało, w zeszłym roku postanowiłam dalej kształcić się w tym kierunku i zaczęłam studiować nowe media, które mam nadzieję, jeszcze bardziej przybliżą mnie do osiągnięcia wyznaczonego przez siebie celu, czyli pracy w wydawnictwie lub czymś podobnym. Gdybyście zapytali tą mnie, Kasię z przed kilkunastu lat, czy chciałaby, aby jej życie związane było z książkami, myślę, że wyśmiałaby was w żywe oczy, bo uwierzcie mi - na prawdę nie spodziewałam się tego, że stanę tutaj, gdzie właśnie teraz jestem. I choć czasem była na prawdę trudno , często mam blokady czytelnicze (jak teraz na przykład...), pisarskie, czy zwyczajnie mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, to jednak gdy złość i zwątpienie mija wiem, że za żadne skarby świata nie porzuciłabym już książek. Stały się one dla mnie niczym oddychanie, a przecież nie można zrezygnować z oddychania, prawda?

To jest jedynie moja historia, mój początek wszystkiego, jednak jestem pewna, że każdy z was ma taką historię, taką drobną zmianę, która całkowicie odmieniła jego życie - nie musi ona wiązać się akurat z książkami. Może poznaliście osobę, która pokazała wam całkowicie inny punkt widzenia, albo trafiliście do miasta, które nauczyło was całkowicie innego życia? Ja sama bardzo chciałabym poznać historie (początki wszystkiego) Dominiki z bloga Czytelnia Dominiki, Izy z bloga Isabel Czyta oraz Amandy z bloga Amanda Says. Jestem niezmiernie ciekawa, czy w waszym życiu pojawiła się właśnie taka mała zmiana, która zainicjowała wasz nowy początek. Regulamin konkursu znajdziecie tutaj, a czas macie do 22 czerwca (troszkę mało, ale myślę, że dacie sobie radę)!

A jaki był wasz początek wszystkiego? Macie jakąś historię, którą sami chcielibyście podzielić się z innymi? Koniecznie piszcie w komentarzach!

*grafika została przerobiona przeze mnie, na podstawie okładki do książki Początek wszystkiego

poniedziałek, 19 czerwca 2017

[89] FILMOWO: Klopsiki i inne zjawiska pogodowe | Klopsiki kontratakują


| KLOPSIKI I INNE ZJAWISKA POGODOWE |

Tytuł oryginału: Cloudy with a Chance of Meatballs

Reżyseria: Christopher Miller, Phil Lord

Scenariusz: Christopher Miller, Phil Lord

Na podstawie: Judi Barrett, Ron Barrett "Cloudy with a Chance of Meatballs"

Gatunek: Animacja, Familijny

Czas trwania: 1 godz. 30 min.

Premiera: 25 września 2009 (Polska), 16 września 2009 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Bill Hader (Flint Lockwood - głos), Anna Faris (Sam Sparks - głos), James Caan (Tim Lockwood - głos), Andy Samberg ('Baby' Brent - głos), Bruce Campbell (Burmistrz Shelbourne - głos), Neil Patrick Harris (Steve (Zenek) - głos)

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Flint Lockwood to młody wynalazca, który niestety nie jest doceniany przez mieszkańców swojej rodzinnej miejscowości, jak i przez ojca. Wszystkie jego wynalazki bowiem są dość specyficzne i zawsze przynoszą za sobą jakieś katastrofalne skutki. Pewnego razu jednak Flint wymyśla maszynę, która zmienia wodę w jedzenie wybrane przez swojego twórcę. Jednak jak na Flinta przystało i ten wynalazek musi nieść za sobą jakieś fatalne skutki.


| KLOPSIKI KONTRATAKUJĄ |

Tytuł oryginału: Cloudy with a Chance of Meatballs 2

Reżyseria: Cody Cameron, Kris Pearn

Scenariusz: John Francis Daley, Jonathan M. Goldstein, Erica Rivinoja

Na podstawie: Judi Barrett, Ron Barrett "Cloudy with a Chance of Meatballs"

Gatunek: Animacja, Familijny, Komedia

Czas trwania: 1 godz. 35 min.

Premiera: 11 października 2013 (Polska), 10 sierpnia 2013 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Bill Hader (Flint Lockwood - głos), Anna Faris (Sam Sparks - głos), James Caan (Tim Lockwood - głos), Will Forte (Chester V - głos), Andy Samberg ('Baby' Brent - głos), Bruce Campbell (Burmistrz Shelbourne - głos), Neil Patrick Harris (Steve (Zenek) - głos)

Ocena: 5/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Po tym, jak Flintowi udało się powstrzymać maszynę zamieniającą wodę w jedzenie, do miasteczka Morskie Zdroje przybywa słynny naukowiec Chester V, który zobowiązuje się posprzątać całe miasteczko po wielkiej żywnościowej katastrofie. Mieszkańcom Morskich Zdrojów zapewnia w zamian tymczasowe mieszkania w Kalifornii, a Flinta zaprasza do siedziby swojej firmy, by ten, jako młody i genialny naukowiec, mógł spełniać tam swoje marzenia. Jednakże, jak się okazuje, Chester V ma inne plany związane z Morskimi Zdrojami.


Muszę powiedzieć, że Klopsiki i inne zjawiska pogodowe, choć bardzo dziwne, to na prawdę mi się podobały. Film ten widziałam już kilka razy i w każdym przypadku świetnie się bawiłam. Co do Klopsiki kontratakują nie jestem do końca pewna, jakie żywię do tej animacji uczucia....
Pomysł przedstawiony w pierwszej części wydał mi się oryginalny i bardzo przemyślany. Wszystko doskonale do siebie pasowało i widać po prostu, że animacja tworzona została po to, aby spodobać się widzą. Oglądając Klopsiki kontratakują miałam wrażenie, że film ten został stworzony na siłę, a twórcy nie do końca wiedzieli tak na prawdę, co chcą tam przedstawić, dlatego wzięli wszystko co mieli, wymieszali i stworzyli jakąś tam kontynuację. 

W przypadku Klopsiki i inne zjawiska pogodowe bardzo spodobał mi się humor przedstawiony w ekranizacji - choć i ten, jak z resztą cała animacja, jest na prawdę bardzo specyficzny. W całości oddaje on charakter głównego bohatera Flinta i to z całą pewnością jest duży plus. Myślę, że gdyby zdecydowano się na inne przedstawienie fabuły, animacja nie byłaby już taka sama. Choć w filmie Klopsiki kontratakują nadal można się z nim spotkać, to jednak jest on moim zdaniem w ogóle niedopracowany i tak jak całość po prostu nie został przemyślany do końca. W drugiej części serii strasznie denerwowali mnie nowi bohaterowie, których w pierwszej części nie było. Mam tutaj na myśli Chestera V oraz ta jego dziwną i bardzo przerażającą małpkę. Jak dotąd jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się coś takiego, abym jakiejś animowanej postaci nie lubiła, a tutaj uważam, że oni całkowicie popsuli tą bajkę i gdyby ich zabrakło, całość prezentowała by się tysiąc razy lepiej! Nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł, aby ich tak wykreować, ale popełnił na prawdę ogromny błąd. Myślę, że to chyba oni przyczynili się do tego, że tak bardzo mi się ta produkcja nie podobała...

Jedyną chyba rzeczą, która spodobała mi się w Klopsiki kontratakują były te wszystkie żywnościowe zwierzaki. Większość była po prostu przeurocza i aż chciało się na nie patrzeć. Nie spodziewałam się, że właśnie coś takiego w tej części znajdę. Szkoda, że reszta rzeczy została tam tak fatalnie przedstawiona, bo myślę, że z tymi zwierzaczkami można by wymyślić coś na prawdę dobrego.
Spodobało mi się tam jeszcze przedstawienie początku ekranizacji. Otóż zaczyna się ona dokładnie osiem minut po tym, jak Flint powstrzymał swój wynalazek. To na prawdę świetny pomysł na przedstawienie początku kontynuacji.

Podsumowując więc, choć pierwsza część serii bardzo mi się podobała drugą uważam za na prawdę bardzo słabą. Wszystko w niej zostało przedstawione na siłę, a zabrakło tego, co zasłużyło sobie na brawa w przypadku pierwszej części. Jak dla mnie historia ta mogłaby się śmiało zakończyć na tej jednej części i nie mielibyśmy w ogóle czego żałować. Śmiało więc polecam wam zapoznanie się z filmem Klopsiki i inne zjawiska pogodowe, a w przypadku Klopsiki kontratakują radzę wam się porządne zastanowić, czy chcecie tracić te półtorej godziny na poznanie typowej produkcji tworzonej tylko dla zysków materialnych.

piątek, 16 czerwca 2017

[170] PRZEDPREMIEROWO: Friendzone |Sandra Nowaczyk|


Tytuł oryginału: Friendzone
Autor: Sandra Nowaczyk
Ilość stron: 408 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 8/10

PREMIERA: 5 LIPIEC 2017!


Ci, którzy mnie już znają, od dawna zaglądają na mojego bloga wiedzą, że praktycznie nie czytam polskich książek. Na blogu ukazały się jak dotąd zaledwie dwie recenzje powieści naszych rodzimych pisarzy, ale na tym koniec. Jakoś zwyczajnie nie ciągnie mnie do poznawania polskich tytułów. Jednak jestem zdania, że młodych, polskich twórców należy wspierać. Bardzo żałuję, że na naszym rynku wydawniczym tak mało (bo praktycznie wcale) można znaleźć książek NA polskich autorów. Dlatego więc postanowiłam dać szansę debiutanckiej powieści autorstwa młodziutkiej (względem mnie oczywiście... chociaż teraz wychodzi na to, że jestem Bóg wie, jak stara... a pomiędzy nami jest zaledwie pięć lat różnicy) Sandry Nowaczyk - Friendzone, którą śmiało mogę uznać za jak najbardziej udany debiut!

Gdy zabierałam się za Friendzone myślałam, że książka siedemnastoletniej autorki na pewno wcale nie dorówna powieściom już bardziej doświadczonych pisarzy. Przyznam się szczerze, że zwyczajnie oceniałam tą historię pod pryzmatem wieku autorki, jeszcze zanim się z nią zapoznałam (świetna nauczka na przyszłość). Przeczytałam opis, który bardzo mnie wciągnął, ale jednak nadal byłam uprzedzona, że pewne będzie to coś raczej przeciętnego. Ale, postanowiłam dać szansę autorce i w ogóle tego nie żałuję! 
O czym jest Friendzone? W bardzo dużym skrócie - o wielkiej przyjaźni, nieudanej miłości i zwyczajnym życiu dwójki nastolatków. Głównymi bohaterami książki są Tatum oraz Griffin i to właśnie z ich perspektywy poznajemy całą historię. Wkraczamy do ich życia, gdy wszystko jest jeszcze w jak najlepszym porządku - Tate i Griffin są najlepszymi przyjaciółmi od niepamiętnych czasów, każde z nich jest w szczęśliwym związku i wydawać by się mogło, że tak już będzie zawsze. Jednakże później dochodzi do czegoś, co zmienia ich życie o trzysta sześćdziesiąt stopni, a to psuje dosłownie wszystko. 

Choć już od początku wiedziałam, jakiego zakończenia mogę się tutaj spodziewać, to jednak z wielkim zaciekawieniem śledziłam rozwijającą się fabułę. Bardzo polubiłam Tate oraz Griffa (każde z nich na innych sposób) i świetne bawiłam się spędzając czas w ich towarzystwie. Lubię, gdy w książkach przedstawiana jest przyjaźń damsko-męska. Choć sama nigdy takiej nie zaznałam, lubię obserwować to, co dzieje się między bohaterami. Autorce udało się połączyć to z fantastycznym humorem, co tylko dopełniło całości. Niecierpliwie czekałam więc na momenty, w których główni bohaterowie będą spędzać razem czas. 
Prócz Tatum i Griffina niesamowicie polubiłam również Kita - jednego z przyjaciół Griffa. Uwielbiam jego specyficzny styl bycia oraz charakterystyczne poczucie humoru (pamiętna scena w domu Noela) i żałuję tylko, że autorka nie poświęciła mu nieco więcej uwagi.

Co mogę powiedzieć o stylu autorki? Jest on bardzo przyjemny i przemyślany - widać, że Sandra Nowaczyk włożyła w pracę nad swoją powieścią dużo pracy. Owszem, znalazłam tam kilka momentów, które sama bym zmieniła i które z lekka mnie denerwowały, jednakże jak na początek mogę śmiało powiedzieć, że spisała się bardzo dobrze. W książce Friendzone przedstawia dość skomplikowaną historię pomiędzy swoimi bohaterami, jednak potrafiła to zrobić tak, aby całość nie wyszła za poważnie i żeby czytelnik po drodze się nie zanudził. Wydawnictwo Feeria Young przedstawiło autorkę słowami "Książki od zawsze były jej pasją, więc postanowiła stworzyć coś, co sama chciałaby przeczytać." i ja myślę, że to wyszło jej na prawdę dobrze, bo Friendzone aż chce się czytać.

Podsumowując więc, myślę, że Friendzone to na prawdę dobra debiutancka książka młodej polskiej autorki. Czyta się ją jednym tchem i zwyczajnie nie można się od niej oderwać. Ja jestem na prawdę pozytywnie zaskoczona ty, co otrzymałam, bo kompletnie nie spodziewałam się czegoś aż tak dobrego. Liczę, że jeszcze nie raz będę miała okazję zapoznać się z jakąś powieścią Sandry Nowaczyk - sama również bardzo mocno będę ją wspierać.
Książkę polecam wszystkim, którzy tak jak ja uwielbiają lekkie, ale jednak wciągające książki NA oraz tym, którzy tak jak ja nie przekonali się do polskich autorów - myślę, że Friendzone może nam wszystkim w tym pomóc!

Wypatrujcie więc daty 5 lipiec - a uwierzcie mi, jest na co czekać!

Za możliwość zapoznania się z książką oraz objęcia jej swoim patronatem, serdecznie dziękuję Wydawnictwu  Feeria Young!

czwartek, 15 czerwca 2017

[88] FILMOWO: Dziennik Bridget Jones

Tytuł oryginału: Bridget Jones's Diary

Reżyseria: Sharon Maguire

Scenariusz: Helen Fielding, Richard Curtis, Andrew Davies

Gatunek: Komedia Romantyczna

Produkcja: Francja, Irlandia, Wielka Brytania

Na podstawie: Helen Fielding "Dziennik Bridget Jones"

Czas trwania: 1 godz. 37 min.

Premiera: 8 czerwca 2001 (Polska), 4 kwietnia 2001 (świat)

Obsada: Renée Zellweger, Hugh Grant, Colin Firth, Jim Broadbent, Gemma Jones
  
Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Bridget Jones to kobieta, której z całą pewnością nikomu nie trzeba przedstawiać. Już dawno zyskała miano najlepszej i najzabawniejszej singielki na świecie! Ja sama film ten widziałam już chyba z tysiąc razy, jednak i tak za każdym razem bawię się przy nim dokładnie tak samo. Jeśli wy jednak nie oglądaliście jeszcze żadnego filmu z Bridget i jesteście ciekawi, na czym ten cały fenomen polega zapraszam dalej!

Bridget Jones to poważna  i szanująca się kobieta, pracująca w jednym z Londyńskich wydawnictw - a przynajmniej sama się za taką uważa. Jak dotąd w swoim życiu nie osiągnęła zbyt wielu sukcesów, jednakże teraz jest jej rok i właśnie w tym momencie postanawia to zmienić! Z rozpoczęciem nowego roku Bridget ustala sobie kilka wyzwań - zaraz obok rzucenia (a przynajmniej ograniczenia) palenia i picia, oraz obniżenia swojej wagi, kobieta postanawia, że jeszcze w tym roku znajdzie sobie chłopaka. Jak wiadomo noworoczne postanowienia raczej zawsze kończą się wielką klapą, czy więc Bridget uda się osiągnąć wyznaczone cele? Aby sobie pomóc bohaterka zaczyna pisać pamiętnik, w którym, z niesamowitą dokładnością, opisuje wszystko, co jej się wydarzyło.


Myślę, że nie muszę już bardziej zagłębiać się w samą fabułę filmu - jeśli jej nie znacie, to z całą pewnością domyślacie się, co mniej więcej dzieje się w dalszej części filmu. Nie da się ukryć, że historia przedstawiona w tej ekranizacji jest bardzo prosta, jednakże myślę, że właśnie na tym polega cały ten jej urok. Decydując się na Dziennik Bridget Jones sama liczyłam na lekki i niezwykle zabawny romans z bardzo ciekawymi i przyjaznymi bohaterami. Chciałam po prostu coś, przy czym się wyciszę i odprężę. I jeśli o to chodzi film w stu procentach spełnia swoje zadanie. Pozycja tak świetnie sprawdzi się ba babskie, lekkie wieczorki i właśnie wtedy ogląda się go najlepiej.


W filmie mamy trzech bohaterów, którzy moim zdaniem stanowią filar całej tej historii. Na czele stoi oczywiście tytułowa Bridget, w którą rolę wcieliła się Renée Zellweger. Osobiście uważam, że aktorka świetnie poradziła sobie z przedstawieniem tej postaci (czytałam już jakiś czas temu książkę, więc mam jako tako porównanie i swoje wyobrażenie samej Bridget) i zdecydowanie nie wyobrażam sobie kogoś innego na jej miejscu. Za każdym razem zadziwia mnie to, że choć aktorka ta nie jest Brytyjką, świetnie poradziła sobie z brytyjskim akcentem. Jeszcze na samym początku mojej przygody z tym filmem, gdy nie wiedziałam praktycznie nic na temat Renée Zellweger myślałam, że jest ona właśnie rodowitą Brytyjką. Gdy wciąż więc powracam do Dziennika Bridget Jones, ciągle przyjemnie mi się słucha tego wspaniałego akcentu. 
Dalej mamy słynnego i jakże cudownego Marka Darcy, czyli Colina Firtha w tej roli. Chyba nie muszę dodawać, że jest zdecydowanie w teamie Darcy! Myślę, że tutaj nie potrzeba za dużo słów, gdyż osobiście uważam, że Colin Firth to uosobienie całej tej postaci - w końcu autorka powieści tworzyła ją właśnie na jego pierwowzór. 
Na samym końcu mamy Daniela Cleavera, którego zagrał Hugh Grant. Jeśli chodzi o tego bohatera, to jakoś nigdy nie byłam specjalnie jego fanką i tak na prawdę nie rozumiałam całych tych zachwytów pod jego adresem. Jednakże nie da się ukryć, że tak, jak Bridget i Mark, stał się on jedną z czołowych i najbardziej rozpoznawalnych postaci tejże ekranizacji. 



Gdy jestem jeszcze przy bohaterach filmu, wspomnę tylko, że jedną z moich ulubionych postaci jest tutaj zdecydowanie matka Bridget - Pam Jones. Kobieta ta jest głupia jak but, ale za tą głupotę ją uwielbiam! Za każdym razem, gdy ją widzę, chce mi się strasznie śmiać i z niecierpliwością czekam na te jej wszystkie głupiutkie teksty i miny. Gemma Jones w tej roli wykonała kawał świetnej roboty.

Przechodząc już do podsumowania, co tu więcej mówić? Dziennik Bridget Jones stał się już dawno klasyką romansów i dla fanów tego gatunku jest wręcz pozycją obowiązkową do obejrzenia. Ja sama zawsze z wielką radością do niego powracam i jeszcze nigdy nie było tak, żebym nudziła się podczas oglądania. Myślę nawet, że jest on zdecydowanie lepszy od książki, chociaż ta również bardzo mi się podobała.


BRIDGET JONES:
dziennik bridget jones | bridget jones: w pogoni za rozumem | bridget jones 3

poniedziałek, 12 czerwca 2017

[169] Dziewczyna z pociągu


Tytuł oryginału: Girl on the Train
Autor: Paula Hawkins
Ilość stron: 328 stron
Wydawnictwo: Świat Książki
Ocena: 8/10

Od chwili, gdy małżeństwo Rachel się rozpadło, a jej były mąż założył nową rodzinę, życie kobiety całkowicie się rozleciało. Popadła w alkoholizm, została wykluczona z kręgu jej dawnych znajomych i mieszka kontem u dawnej współlokatorki ze studiów. Rachel całkowicie pogrążyła się w otaczających ją problemach i nie wygląda na to, aby szybko potrafiła się z nich wydostać. Codziennie jeździ pociągiem do Londynu aby udać się do pracy - do jedynego elementu z jej przeszłości, który jej pozostał. Codziennie też z wyczekiwaniem czeka na moment, gdy pociąg zwolni koło semaforu, a ona w końcu będzie mogła po raz kolejny zatracić się w życiu rodziny mieszkającej tuż przy torach kolejowych - rodziny, która wydaje się być kobiecie po prostu idealna. W pięknym i zadbanym domu mieszaka wspaniała kobieta i niesamowicie w niej zakochany mężczyzna. Codziennie Rachel obserwuje ich codzienność, wyobraża sobie, jacy są, czym się zajmują oraz jakby to było być nimi. Jednakże marzenia szybko mijają, gdyż kawałek dalej znajduje się dawny wymarzony dom kobiety, w którym teraz jej były mąż Tom mieszka szczęśliwy ze swoją nową żoną Amy, z którą zdradzał wcześniej Rachel, oraz śliczną córeczką Evy. W tym momencie bohaterka przypomina sobie, jak okropne stało się jej życie i jak bardzo różni się ono od idealnej codzienności Jasona i Jess. Pewnego dnia jednak Rachel dowiaduje się, że to idealne życie w idealny domu wcale nie jest takie bez skazy - kobieta widzi, że Jess całuje się na tarasie domu jakimś całkowicie obcym mężczyzną, który na pewno nie jest mężem Jess. Później, tego samego dnia bohaterka dowiaduje się o tym, że jej idealna kobieta imieniem Meghan zaginęła. Rachel postanawia powiedzieć policji, co widziała, bo w końcu może mieć to jakiś związek z całą sprawą - bo nie ma idealnych rodzin. W każdej kryją się jakieś tajemnice. 

Na Dziewczynę z pociągu miałam ochotę już od dawna. Cały czas czekałam jednak na najbardziej odpowiedni moment, by w końcu móc zagłębić się w lekturze. Nie wiedziałam za bardzo w sumie, czego mogę się po niej spodziewać, bo nigdy jakoś wielce nie zagłębiałam się w opinie zamieszczone w internecie na jej temat. Muszę też powiedzieć, że prócz opisu powieści, który znalazłam na odwrocie okładki, to właśnie ta okładka (żeby nie było wątpliwości, mówię tutaj o tej filmowej) najbardziej mnie zainteresowała. Jest ona nieco mroczna, utrzymana w odcieniach zieleni i bardzo przyciąga uwagę. Coś mi jednak podpowiadało, że powieść ta mi się spodoba i to nawet bardzo. Bardzo się więc cieszę, że tym razem się nie myliłam, bo Dziewczyna z pociągu okazała się tak niesamowicie wciągająca, że zwyczajnie nie mogłam się od niej oderwać.

Główną bohaterką powieści Pauli Hawkins jest niejaka Rachel - kobieta, która (powiedzmy to szczerze) stoczyła się na marines społeczny. Dotychczas jej życie było po prostu w porządku - może nie jakoś wielce fascynujące, ale miała to, na czym jej najbardziej zależało. U boku swojego męża Toma czuła się jak ktoś wyjątkowy i szczęśliwy - do czasu, gdy Rachel i Tom zapragnęli powiększyć rodzinę. Kobieta niestety nie mogła zajść w ciążę, a to doprowadzało ją do głębokiej rozpaczy. Gdy zabieg zapłodnienia in vitro okazał się nieudany, a na kolejny nie starczyło im pieniędzy, Rachel zaczęła pić. To właśnie wtedy miał miejsce początek końca - Rachel staczała się coraz bardziej, przez spożywany alkohol zapominała, jakie kłótnie wywoływała przy Tomie i do czego one doprowadzały. W końcu kobieta odkryła, że jej mąż ma potajemnie romans i bardzo szybko się rozstali - Tom założył całkiem nową i szczęśliwą rodzinę, a Rachel staczała się coraz bardziej i bardziej. Nic więc dziwnego, że gdy doszło do zaginięcia Meghan, a Rachel chciała pomóc w jej odnalezieniu, nikt tak na prawdę nie brał tego, co mówiła na prawdę. Większą część historii poznajemy właśnie za pośrednictwem Rachel i myślę, że śmiało można powiedzieć, że to ona jest główną bohaterką utworu. Książkę z jej perspektywy czytało mi się bardzo dobrze - autorka przedstawiła po prostu, jak wyglądałaby taka sytuacja z perspektywy zwyczajnej osoby. Ciekawie czytało mi się o tym, gdy kobieta idealizowała życie Jasona i Jess (czyli prawidłowo Scotta i Meghan) - wymyśliła sobie ona tak na prawdę idealną historię którą obserwowała każdego dnia, podczas jazdy do Londynu. Spodobało mi się to, jak autorka ukazała, że choć czasem niektóre rzeczy czy sytuacje mogą wydawać się nam perfekcyjne, gdy jesteśmy tylko obserwatorami, to tak na prawdę ta perfekcja nie istnieje - zwyczajnie my czasem nie dostrzegamy tych wad.
Gdy czytałam Dziewczynę z pociągu i coraz bardziej poznawałam każdego z kolejnych bohaterów, wszystkich podejrzewałam o to, co spotkało Meghan. Wydawało mi się, że każdy z nich ma coś wspólnego z zaginięciem kobiety i każdy po części się do tego przyczynił.

Jeśli jestem już przy wątku Meghan, jak i samego jej zaginięcia, myślę, że autorka bardzo dobrze ten pomysł wykreowała i dodatkowo świetnie go zaprezentowała. Wszystko było tu dla mnie spójne, nieprzesadzone i przede wszystkim prawdziwe. Zagłębiając się w tej historii nie miałam wrażenia, że jest to sytuacja, która w prawdziwym życiu nie miałabym miejsca. Wręcz przeciwnie - takie coś mogłoby spotkać tak na prawdę każdego z nas. Spodobało mi się też, że w książce znalazły się rozdziały, w których poznawaliśmy nieznaną Rachel przeszłość, która dotyczyła właśnie Meghan oraz jej zniknięcia. Choć stopniowo autorka zaczęła nam wszystko wyjaśniać, to jednak tak na prawdę do samego końca starała się ukryć tą całą tajemnicę tak, abyśmy za wcześnie nie domyślili się, co tak na prawdę się tam wydarzyło. Ja jestem z tego jak najbardziej zadowolona, gdyż podczas odkrywania tego wszystkiego bawiłaś się świetnie.

Bardzo spodobał mi się styl pisarski Pauli Hawkins. Jest on zdecydowanie specyficzny i wielu z początku może sprawić troszkę kłopotu (tak było na przykład w moim przypadku), jednakże nie ma się o co martwić, gdyż bardzo szybko idzie się do tego przyzwyczaić i dalej czyta się już niesamowicie. Autorka nie stosuje tutaj żadnych zbędnych i nudnych fragmentów, które mogłyby zniechęcić czytelnika do dalszego czytania, ale też jak wspomniałam nie wyjaśnia od razy wszystkiego. Stopniowo ujawnia wszystkie tajemnice, dając jednocześnie czytelnikowi możliwość samemu rozwikłania zagadki zniknięcia Meghan, przez co po prostu nie można oderwać się od lektury. Mnie Paula Hawkins po prostu oczarowała i coś mi mówi, że stanę się wielką fanką twórczości tej pani.

Myślę więc, że o Dziewczynie z pociągu nie idzie wypowiadać się inaczej, niż w samych superlatywach. Jak dla mnie książka nie ma żadnych wad, tylko właśnie mnóstwo zalet. Cały czas trzyma w napięciu, sprawia, że nie można się od niej oderwać, a na koniec ujawnia swoje niesamowite zakończenie, które z pewnością zaskoczy niejednego. Ja czytając musiałam cały czas ze sobą walczyć, aby w pewnym momencie nie włączyć sobie ekranizacji książki, gdyż już bardzo chciałam zobaczyć całą tą historię na ekranie. Ciekawi mnie, czy twórcom filmu udało się przenieść genialność tej książki na duży ekran i jak spisali się aktorzy którzy wydają się być na prawdę dobrze obsadzeni w swoich rolach. Mała rada dla tych, którzy jeszcze nie czytali tej książki, ani nie poznali filmu - nie oglądajcie zwiastuna, gdyż za wiele on zdradza i już na początku książki przez to możecie zorientować się, o co w całej tej historii chodzi.

Także już słowem podsumowania - polecam i to bardzo!

sobota, 10 czerwca 2017

[168] Chłopak z innej bajki


Tytuł oryginału: The Distance Between Us
Autor: Kasie West
Ilość stron: 352 strony
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 8/10

Siedemnastoletnia Caymen praktycznie całe życie spędziła w sklepie z lalkami swojej mamy. Nad nim mieszkała, dorastała i żyła. Przez większość czasu mogły one liczyć tylko na siebie - ojciec Caymen porzucił je, gdy tylko dowiedział się, że jej matka jest z nią w ciąży. To im jednak nigdy nie przeszkadzało, bo choć często było im ciężko, zawsze miały siebie. Caymen nauczyła się, że nie warto zadawać się z ludźmi (a w szczególności z mężczyznami) z bogatych, majętnych rodzin, gdyż stanowią oni całkowite przeciwieństwo tego, co dziewczyna sobą reprezentuje. Gdy jednak pewnego dnia poznaje zabawnego i charyzmatycznego Xandera zaczyna się zastanawiać, czy to, czego przez całe życie matka ją uczyła, jest prawdą. Bo może nie każdy bogacz jest zły, tak jak nie każdy przeciętnie majętny człowiek jest dobry.

Z książkami autorstwa Kasie West mam tak, że już od pewnego czasu tak na prawdę nie patrzę, o czym nowa powieść będzie - po prostu biorę ją w ciemno, bo wiem, że i tak będzie genialna. I wiecie co, jak na razie takie myślenie mnie nie zawiodło! Z resztą z tego co słyszałam, dużo osób ma właśnie tak samo. Za każdym razem, gdy sięgam po nową Kasie zaskakuje mnie, jak autorka potrafi w umiejętny sposób przedstawić temat, który wydaje się po prostu błahy i raczej nie ciekawy tak, aby wyszło z tego coś niesamowitego. No bo nie oszukujmy się - książki Kasie West przedstawiają zwyczajne historie z codziennego życia każdego młodego człowieka. Jednak to, co potrafi z nimi zrobić często przerasta wszystkie oczekiwania.
Sięgając po Chłopaka z innej bajki troszkę obawiałam się tego, że książka nie będzie aż tak dobra, jak jej poprzedniczki. A wszystko to dlatego, że po ostatniej - P.S. I Like You (która oczywiście również była dobra) - czułam zwyczajnie lekki niedosyt. Dowiedziałam się już, na co stać Kasie i nie chciałabym się nią rozczarować. Ale, jak się bardzo szybko okazało, moje obawy były tak na prawdę zbędne, bo Chłopak z innej bajki to kolejna świetna powieść, która jest idealna dla każdego fana autorki.

Jak zawsze i tym razem główną bohaterką książki jest dziewczyna - niejaka Caymen. Myślę, że od razu zapałałam do niej sympatią, przez co bardzo przyjemnie poznawało mi się całą historię z jej perspektywy. Co, co mi się w niej spodobało, to ten jej sarkazm tak bardzo niezrozumiały przez większość ludzi. Czasami jej teksty na prawdę mocno mnie bawiły i strasznie dziwiło mnie dlaczego inni nie pojmują jej toku myślenia. To, co mi się w niej nie spodobało, to jej nastawienie do bogaczy. W sumie największą winę tutaj ponosi matka dziewczyny, no bo w końcu to ona wpajała jej przez całe życie, że powinna trzymać się od osób bardziej majętnych od siebie (takich wiecie, o wiele, wiele bardziej majętnych), a już w szczególności od mężczyzn. To myślenie często mnie denerwowało, no bo w końcu to, że ktoś ma więcej pieniędzy od innych nie oznacza od razu, że jest zły, okropny i w ogóle nie ma już dla niego żadnej nadziei, tak sami jak to, że jeśli ktoś prowadzi skromne życie, bo nie stać go na rozpieszczanie się, nie czyni z niego najuczciwszego człowieka na ziemi. W takim przypadku bardzo dziwię się, że Caymen zaprzyjaźniła się z Xanderem, który jest tak na prawdę wszystkim tym, przed czym ostrzegała ją matka. Sam Xander już na samym początku sprawił, że bardzo go polubiłam. Coś mi podpowiadało, że ten chłopak nie może być złym człowiekiem i że Caymen powinna dać mu szansę.

Historia sama z siebie jest prosta - opowiada po prostu historię przyjaźni dwójki ludzi z dwóch różnych klas społecznych, którzy muszą zmierzyć się z kilkoma przeciwnościami losu, Jednak, jak podkreślałam to na początku recenzji, Kasie West ma to do siebie, że potrafi czynić cuda. I tak właśnie po raz kolejny jej się to udało. Sama z wielką niecierpliwością śledziłam rozwijającą się fabułę i wypatrywałam znaków, które podpowiedzą mi, jak to wszystko się zakończy. Czytając spędziłam na prawdę miłe chwile w towarzystwie tej książki. Strasznie spodobało mi się to, że autorka umieściła główną bohaterkę w sklepie z lalkami - przyznajcie jest to bardzo oryginalne miejsce akcji. Z ciekawością czytałam te różne opisy sklepu oraz niektórych lalek. Nie mam pojęcia, czemu autorka zdecydowała się akurat na sklep Lalki i Dużo więcej... ale pomysł był na prawdę genialny! Ucieszyło mnie również to, że autorka nie zdradziła nam już na początku wszystkich sekretów  z życia swoich bohaterów, tylko stopniowo dozowała nam każdą informację. Dzięki temu nie wynudziłam się już po pierwszym rozdziale, tylko wciąż miałam przeczucie, że coś się tam dzieje.

Co tu więcej powiedzieć - ja Chłopakiem z innej bajki jestem po prostu zachwycona. Ma wszystko to, co najważniejsze dla książki młodzieżowej, a nawet, parafrazując nazwę sklepu mamy Caymen, Dużo więcej... Po raz kolejny autorka pokazała, na co ją stać i utwierdziła mnie w przekonaniu, że faktycznie nie warto sprawdzać, o czym jej książka jest, bo i tak będzie świetna. Myślę, że nada się ona idealnie dla każdego fana twórczości Kasie West oraz dla tych, którzy mają ochotę na zwykłą historię przedstawioną w niezwykły sposób. Z całą pewnością się przy niej nie wynudzicie!

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

czwartek, 8 czerwca 2017

Konkurs - Wygraj książkę "Piosenki o dziewczynie"! [ZAKOŃCZONY]


Już dawno nie  było u mnie żadnego konkursu. Co więc powiecie na to, żeby w końcu jakiś zorganizować? A że premiera książki Piosenki o dziewczynie, nad którą objęłam patronat, już 14 czerwca, to dlaczego by wybrać właśnie jej? Ja lekturę powieści Chrisa Russela mam już za sobą i jeśli czytaliście moją recenzję wiecie, że jestem nią oczarowana!


Dla przypomnienia, o czym jest książka, poniżej zamieszczam jej opis.

„To było takie samo uczucie, jakie masz wtedy, gdy wspinasz się na bardzo wysoki budynek, stajesz na krawędzi dachu, trzymając się barierki, a jakiś głos w twojej głowie każe ci skoczyć, przechylić się przez balustradę i runąć w dół niczym spadająca gwiazda”. Tak właśnie czuje się Charlie, gdy pierwszy raz patrzy na nią Gabe West – frontman najpopularniejszego boysbandu świata, Fire&Lights. Do tej pory Charlie najlepiej czuła się schowana za obiektywem swojego aparatu – niewidzialna i niesłyszalna. Wcale nie chciała robić zdjęć na koncercie Fire&Lights, chociaż poprosił ją o to Olly, dawny kolega ze szkoły, a obecnie członek zespołu. Ktoś ją w to wrobił i nie mogła już odmówić. Szalony, charyzmatyczny Gabe sprawia, że jej życie zmienia bieg. Charlie czuje, że jest między nimi niezwykła bliskość, związek, który trudno wytłumaczyć. Dlaczego wszystkie teksty Gabe’a są o niej? Jaka tajemnica kryje się w ich słowach? 
[opis pochodzi z okładki książki]

Dobrze, przejdźmy więc może do sedna, czyli zasad oraz regulaminu!

Jako, że jestem przeciwniczką organizowania rozdań (nie lubię sytuacji, gdzie ktoś przychodzi tylko po książkę i od razu ucieka z obserwatorów), postanowiłam przygotować dla was konkurs z jednym drobnym zadaniem konkursowym. Do wygrania jest oczywiście jeden egzemplarz książki Piosenki o dziewczynie, której fundatorem jest Wydawnictwo Feeria Young. Konkurs polega na tym, aby zgłosić chęć udziału w nim, być obserwatorem mojego bloga, podać adres e-mail do kontaktu w razie wygranej oraz aby wykonać zadanie konkursowe. Za takie obowiązkowe zgłoszenie jest jeden punkt. Dodatkowo każdy może zyskać jeszcze trzy losy - za udostępnienie banera, polubienie mojego facebookowego profilu oraz mojego konta na Instagramie (jednak to nie jest obowiązkowe).

Zadanie konkursowe:
Z racji tego, że głównym motywem książki Piosenki o dziewczynie jest muzyka chcę, abyście podali mi tytuł jednej piosenki, która waszym zdaniem jest o was i napisali mi, dlaczego właśnie tak uważacie. 

Proste? Proste. Z pośród wszystkich zgłaszających się osób wybiorę jedną w drodze losowania. Dodatkowo najciekawsze odpowiedzi udostępnię na blogu w poście z wynikami konkursu. 

Wzór zgłoszenia:
Zgłaszam się!
Obserwuję blog, jako ...
E-mail: ... (do kontaktu w razie wygranej)
Udostępniam baner: ... (link do udostępnionego baneru) nieobowiązkowe
Lubię na FB, jako: ... nieobowiązkowe
Obserwuję na IG, jako: ... nieobowiązkowe
Odpowiedź na zadanie konkursowe
...

Regulamin konkursu:
1. Organizatorką konkursu jestem ja, Katherine Parker - właścicielka bloga About Katherine.
2. Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Feeria Young.
3. Konkurs trwa od 08.06.2017 do 22.06.2017.
4. Aby wziąć udział w konkursie należy spełnić wszystkie obowiązkowe kryteria, o których wspominałam wyżej.
5. Zwycięzca konkursu zostanie wyłoniony w drodze losowania.
6. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na blogu najpóźniej w ciągu 5 dni od daty zakończenia konkursu.
7. O wygranej zwycięzca zostanie poinformowany drogą mailową.
8. Osoba, która wygra konkurs ma 3 dni, aby odpowiedzieć na maila z informacją o wygranej, w przeciwnym wypadku wybiorę innego zwycięzcę.
9. Nagrodę wysyłam tylko i wyłącznie na terenie Polski.
10. Koszty związane z wysyłką pokrywa organizatorka konkursu.
11. Zarówno ja, jak i Wydawnictwo Feeria Young nie ponosimy odpowiedzialności za zagubienie przesyłki w czasie jej podróży do zwycięzcy.
12. W konkursie można wziąć udział tylko raz! W przypadku próby jakiegokolwiek obejścia tej zasady, osoba taka zostanie natychmiastowo zdyskwalifikowana.
13. Aby konkurs się odbył musi zgłosić się minimum 5 osób.
14. Regulamin konkursu może ulec zmianie. 
15. Biorąc udział w konkursie akceptujesz regulamin oraz warunki wzięcia udziału w konkursie.
16. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

baner do udostępnienia

baner do udostępnienia na IG
Myślę, że wszystko jest jasne - w sumie nie ma tutaj zbyt wielkiej filozofii. Jednak, jeśli ktoś miałby jakieś pytania, niech śmiało pisze! Mam nadzieję, że chętnie weźmiecie udział w konkursie, a jeśli nie to proszę was, abyście udostępnili powyższy baner (byłabym wam za to na prawdę bardzo wdzięczna!).

Zapraszam do zabawy!

wtorek, 6 czerwca 2017

[167] Barwy miłości. Zatracenie


Tytuł oryginału: Colours of love - Verloren
Autor: Kathryn Taylor
Cykl: Colours of Love
Tom: 3
Ilość stron: 368 stron
Wydawnictwo: Akurat
Ocena: 5/10

Sophie Conroy reprezentuje interesy rodzinnego domu aukcyjnego i zabiega o lukratywny kontrakt w Rzymie. Profesor historii sztuki Matteo Bertani, którego tam poznaje, sprawia wrażenie wyjątkowo antypatycznego człowieka, ale Sophie nie może go ignorować, ponieważ znajomość z nim może okazać się dla niej bardzo przydatna. W miarę jak coraz częściej się spotykają, początkowa niechęć ustępuje miejsca zainteresowaniu, fascynacji, a wreszcie gorącej namiętności. Na przekór zdrowemu rozsądkowi dziewczyna daje się wciągnąć w romans, który zmieni jej dotychczasowe życie i postawi na głowie jej cały świat. 
Wydaje się, że wszystko układa się jak najlepiej, lecz los płata Sophie okrutnego psikusa. Matteo niespodziewanie się od niej odsuwa. Dziewczyna nie wie, dlaczego tak się dzieje, choć przypuszcza, że przyczyna może kryć się w przeszłości mężczyzny i wiązać się z tragiczną śmiercią jego żony oraz tajemniczą blizną na jego piersi. 
Czy Sophie pozna sekret Mattea? Czy uda jej się na nowo rozpalić gorące uczucie, które niespodziewanie ich połączyło? Ma na to mało czasu, bo powrót do Londynu jest coraz bliżej…
[opis pochodzi z okładki książki]


Pamiętam, że gdy czytałam dwie poprzednie części serii Colours of Love, bardzo dobrze spędzało mi się czas w ich towarzystwie. Choć czasem niektóre posunięcia autorki troszkę mnie denerwowały, to jednak myślę, że śmiało mogę uznać lekturę jej powieści za udaną. Gdy więc dowiedziałam się o kolejnej części, jaką jest Barwy miłości. Zatracenie ucieszyłam się, że będę mogła dalej zagłębiać się w poznaną już wcześniej historię. Myślałam, że zwyczajnie poznam dalsze losy Grace i Jonathana, jednak jak się szybko okazało, Kathryn Taylor postanowiła wprowadzić małą zmianę i tym razem zaprezentować nam historię kogoś innego.

Dość długo głowiłam się, kim tak na prawdę jest Sophie Conroy, czyli główna bohaterka Zatracenia. Nie mogłam rozgryźć, jaki związek ma ona z poprzednimi bohaterami, sąd się w ogóle wzięła i co autorka zamierza z nią zrobić. Gdy w końcu udało mi się tą zagadkę rozwiązać (jest przyjaciółką szwagierki Grace), nadal nie wiedziałam, dlaczego akurat niej autorka postanowiła poświęcić tą książkę - trochę dziwne zagranie, ale dobrze, skoro ona tak chciała.
Sama Sophie to jak dla mnie dość specyficzna osoba. Szybko dowiadujemy się, że jest pracoholiczką i że to właśnie praca jest najważniejszym elementem jej życia - oczywiście nie licząc chorej matki, którą wspólnie z ojcem się opiekuje. Osobiście nie polubiłam jej jakoś szczególnie. Nie mogę powiedzieć, że jej nie lubiłam, po prostu była dla mnie neutralna. Wiele też z cech jej charakteru nieco mnie denerwowało, przez co nie bardzo miałam ochotę spędzać z nią czas. Troszkę się to wszystko poprawiło, gdy bohaterka zaczęła spędzać więcej czasu z Matteo, który wyzwolił w niej niektóre elementy jej charakteru, których sama wcześniej nie znała. I choć właśnie dalej Sophie była już bardziej przyjazna, to jednak, gdy skończyłam czytać tą książkę ucieszyłam się, że mogę sobie w końcu od niej odetchnąć.

Sama historia wciąga, jednak jak dla mnie jest również nieco nijaka. Owszem były momenty, które śledziłam z zapartym tchem, jednakże było tutaj też dużo takich sytuacji, których najchętniej bym się pozbyła, bo zwyczajnie albo były moim zdaniem niepotrzebne, albo po prostu nudne. Pamiętam, że tak samo było, gdy czytałam obydwie poprzednie części serii i z żalem muszę stwierdzić, że autorka jednak się nie poprawiła. Powiedzmy sobie szczerze - przez połowę książki tak na prawdę nic się nie dzieje. Sophie próbuje zyskać zlecenie od Giacoma, który chce pozbyć się swojej kolekcji dzieł sztuki, a gdy już jej się to udaje, opowiada, jak to przeprowadza ich klasyfikacje. Na początku postać Mattea pojawia się sporadycznie i dopiero, gdy później zaczynają spędzać ze sobą więcej czasu, akcja się nieco rozkręca i nie czytamy już tyko o dziełach sztuki. Jednak nie przesadzajmy też za bardzo z tym rozkręcaniem, bo aż takiego zwrotu akcji nie ma się tutaj co doszukiwać.
Jeśli chodzi właśnie o te wszystkie dzieła sztuki, to jak dla mnie było tego o wiele, wiele za dużo. Jestem osobą, która tak na prawdę nie ma zielonego pojęcia o sztuce (nie interesuję się nią i większości zwyczajnie nie rozumiem), dlatego ta nadmierna wiedza przedstawiona w książce była dla mnie zbyt przytłaczająca. Gdy czytałam książki Sylvaina Reynarda, gdzie sztuka była również obecna spodobało mi się to, że chociaż ona tam jest, to występuję w idealnych proporcjach - nie za dużo, nie za mało, lecz w sam raz. Tutaj było jej zdecydowanie za wiele, co całkowicie mi się nie podobało. Myślę, że autorka podczas pisania tej książki za mocno pod tym względem zboczyła z kursu i wyszło, jak wyszło.

Podsumowując więc, cieszę się, że zapoznałam się z Zatraceniem i choć książkę czytało mi się przyjemnie, to jednak jestem pewna, że drugi raz bym się na nią nie zdecydowała. Stała się ona zwyczajnie kolejnym punktem odhaczonym na mojej liście książek do przeczytania i tyle. Jestem przez to troszkę zawiedziona, bo jednak liczyłam, że książka spodoba mi się dużo mocniej, ale w sumie spodziewałam się, że na jakieś wielkie szaleństwa raczej nie mogę liczyć. Myślę, że w przyszłości i tak zapoznam się z kolejną częścią serii, jednak bardzo się cieszę z tego, że na jakiś czas będę mogła dać sobie z tym spokój.

COLOURS OF LOVE:
barwy miłości | barwy miłości. czerwień | barwy miłości. zatracenie | verführt

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Akurat!

poniedziałek, 5 czerwca 2017

[24] Podsumowanie maja [2017]


Maj minął mi na prawdę bardzo szybko! Dopiero co był weekend majowy, zaczynało robić się coraz cieplej, a tu już dosłownie za chwilę kończy mi się semestr i pierwszy rok studiów będę miała za sobą. Na prawdę nie mogę w to uwierzyć - w końcu dopiero co zastanawiałam się, czy wybrany przeze mnie kierunek, to ten właściwy i czy dotrwam do końca. Powiem wam, że pod tym względem jestem z siebie na prawdę dumna (chociaż owszem zdarzało mi się czasem opuszczać zajęcia), że nie zrezygnowałam w połowie (a znając mnie to było na prawdę bardzo możliwe). Ale nie o tym dzisiaj miałam mówić (moim wrażeniom z pierwszego roku studiów chyba poświęcę oddzielny post), tylko o tym, jak pod względem czytelniczym i blogowym minął mi maj, a myślę, że był dla mnie wyjątkowo łaskawy!

Liczba wyświetleń: 114, 776
(o 2, 958 więcej, niż w kwietniu)
Obserwatorzy: 426
(bez zmian)
Polubienia na FB: 220
(o 1 mniej, niż w kwietniu)
Polubienia na IG: 318
(o 7 mniej, niż w kwietniu)

Powiem wam, że jestem na prawdę mocno rozczarowana tym, co stało się z moimi obserwatorami na IG.... W kwietniu urządzałam rozdanie, przez które przybyło mi nawet sporo obserwatorów. Ale jak rozdanie już się zakończyło, to obserwatorzy zaczęli uciekać. Szczerze wam powiem, że tego nie rozumiem. Owszem, mi też zdarza się czasem zaobserwować jakiś profil tylko ze względu na jakieś rozdanie, ale później, gdy ono się już zakończy zawsze staram się dać szansę temu profilowi, aby czymś mnie zainteresował. Jeśli po dłuższym czasie zauważam, że jednak nic mnie tam nie interesuje, to wtedy odchodzę, a nie tak jak niektórzy, od razu po ogłoszeniu wyników. Jak dla mnie jest to na prawdę chamskie zachowanie i przez to zaczynam się zastanawiać, czy na prawdę warto urządzać takie rozdania - bo jeśli jakaś książka ma trafić do osoby, która przyszła do mnie po to tylko, żeby tą książkę otrzymać no to ja w tym miejscu podziękuję. Zależy mi, żeby nagroda trafiła do kogoś, kogo mój profil na prawdę zainteresuje, a nie do takich zwyczajnych łowców nagród. Ale cóż... ta moja przemowa raczej i tak nic nie zdziała, bo niektórych ludzi nie da się już naprawić...


W maju udało mi się przeczytać aż siedem książek, z czego jestem na prawdę bardzo dumna! Udało mi się utrzymać poziom z poprzedniego miesiąca, a tego w ogóle się nie spodziewałam. Maj był dla mnie miesiącem troszkę zabieganym i myślałam, że przeczytałam znacznie mniej pozycji, a tu proszę, jaka niespodzianka. Większość przeczytanych przeze mnie książek to egzemplarze recenzenckie, ale już jakiś czas temu obiecałam sobie, że w miesiącu przeczytam chociaż jedną pozycję z moich własnych zbiorów - udało mi się to i w maju, co tylko jeszcze bardziej mnie cieszy. W maju przeczytałam również dwie książki przedpremierowo, w tym również Piosenki o dziewczynie udało mi się objąć swoim patronatem! Z przeczytanych książek chyba najbardziej zadowolona jestem z Piosenek o dziewczynieNic do stracenia. Początek oraz Dziewczyny z pociągu - tutaj nie umiałabym zdecydować, która z nich podobała mi się najbardziej. Jeśli chodzi natomiast o największe rozczarowanie miesiąca to tutaj na pierwszym miejscu stoi Barwy miłości. Zatracenie, a na drugim Dzikie serca. O swoich odczuciach co do tej drugiej pozycji pisałam już w recenzji, dlatego nie będę się tutaj potarzać, a z racji tego, że recenzja trzeciego tomu Barw miłości pojawi się już niedługo, powiem tylko, że autorka troszkę mocno pogubiła się w tym, co zaczęła tworzyć i na prawdę mocno zjechała moim zdaniem z kursu. Jednakże podsumowując całość cieszę się, że przeczytałam wszystkie te książki i żadnej z nich tak na prawdę nie żałuję! Dodatkowo na blogu w maju ukazały się zaległe recenzje dwóch książek o fantastycznych zwierzętach.




Filmowo można powiedzieć, że troszeczkę się poprawiłam, bo udało mi się obejrzeć AŻ jeden film! Recenzja Pęknięć pojawiła się już na blogu, dlatego wspomnę tylko, że choć film miejscami był dla mnie dość niezrozumiały, ponieważ przez większą część seansu tak na prawdę nie wiedziałam, o co w nim chodzi, to koniec końców mi się spodobał. Po przeczytaniu Dziewczyny z pociągu zaczęłam także oglądać jej ekranizację, ale jakoś wówczas nie byłam z niej zadowolona i wyłączyłam w połowie. Ale chcę zrobić sobie do niej drugie podejście (może nawet dzisiaj), więc myślę, że wkrótce możecie spodziewać się jej recenzji.


Z dodatkowych postów na blogu ukazało się tradycyjnie podsumowanie poprzedniego miesiąca oraz książkowe zdobycze kwietnia. Chciałam opublikować kolejny post z serii porozmawiajmy, jednak nie miałam za bardzo czasu, żeby go dokończyć. W kwietniu planowałam także napisać recenzję serialu Riverdale ale tutaj również poległam - liczę, że nadrobię to właśnie w czerwcu.


Tak w skrócie prezentował się mój maj. Osobiście jestem z niego zadowolona, chociaż jedyne, co bym chciała zmienić to to, aby na blogu pojawiało się więcej postów - jednak nie zawsze mam wenę do napisania recenzji. Ogólnie jednak mogę śmiało powiedzieć, że maj miałam udany! 
W czerwcu chciałabym przede wszystkim w końcu nadrobić moje filmowe zaległości (co może mi się udać, gdy będę już miała sesję za sobą), bo aż mi wstyd mówić wam co miesiąc, że nic nowego nie obejrzałam. Tak jak wspominałam na wstępie. chciałabym też napisać dla was post, w którym opowiem jak mi minął pierwszy rok studiów, jakie są moje wrażenia i uwagi - ale z tym jeszcze zobaczymy, jak to wyjdzie w praniu.

A jak wam minął maj? Koniecznie pochwalcie się komentarzach!
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek