wtorek, 25 lipca 2017

[179] Urok Grace'ów


Tytuł oryginału: The Graces
Autor: Laure Eve
Cykl: The Graces
Tom: 1
Ilość stron: 408 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 6/10

Powiem wam, że gdy pierwszy raz dowiedziałam się o tej książce, nie byłam do niej jakoś mocno przekonana. Chociaż fabuła wydała mim się dość ciekawa, wciąż miałam wrażenie, że to może być coś na prawdę przeciętnego. Ale z racji tego, że bardzo lubię ten wątek magiczny w tle, który dotyka tak na prawdę zwykłych ludzi, postanowiłam dać tej pozycji szansę. Czy się nie zawiodłam?

River trafia do nowego miasta i nowej szkoły - w obydwóch tych miejscach niewątpliwe rządzi rodzina Grace'ów. Od samego początku, gdy dziewczyna poznaje wszystkie krążące wokół nich plotki, coś mocno ją do nich ciągnie. Uważa ona bowiem, że tylko oni mogą jej pomóc odnaleźć prawdę o sobie. W jaki sposób? Otóż wszyscy w mieście plotkują o tym, że Grace'owie pałają się magią. Widząc, jak dzieci państwa Grace'ów oddziałują na innych uczniów, jak nic nie robiąc przyciągają ich do siebie, mają nad nimi władzę River zaczyna wierzyć, że plotki mogą być prawdziwe. Postanawia wkraść się w łaski rodzeństwa, aby dzięki znajomości z nimi odkryć samą siebie.

Książka wciąga tak na prawdę już od pierwszych stron. Bardzo spodobało mi się to, że w pierwszym rozdziale autorka postanowiła przedstawić czytelnikowi tytułowych Grace'ów. Wydawać by się to mogło mało przekonujące, jednak wszystkie te historie na temat rodziny opowiada nam główna bohaterka River, która przedstawia wszystko tak, jak opowiadali jej uczniowie nowej szkoły. Dzięki temu czytelnik ma wrażenie, jakby to właśnie on sam był tą główną bohaterką i to jemu wszyscy zdradzali by opowieści o tajemniczych nastolatkach. Mi osobiście na prawdę się to spodobało, bo chociaż dowiedziałam się co nieco o Grace'ach, to jednak były to tylko i wyłącznie plotki i historyjki przekazywane z ust do ust, a jak wiadomo, nie zawsze wszystko w takich historyjkach jest prawdziwe. Z każdym kolejnym rozdziałem, razem z główną bohaterką coraz bardziej poznajemy u źródła mit Grace'ów, powoli zagłębiając się w niego coraz bardziej.

Mówiłam, że książka wciąga od pierwszych stron - i jest to całkowita prawda, jednakże odniosłam wrażenie, że później autorka sama nieco pogubiła się w swojej historii i chyba nie do końca wiedziała, co w danym momencie przedstawić. W środkowej części Uroku Grace'ów jest zwyczajnie trochę za dużo wszystkiego, lecz jednocześnie dzieje się trochę mało, przez co większa część książki na prawdę mocno mi się dłużyła. Historia sama w sobie była spójna, jednakże mało dopracowana. Niektóre fragmenty czytałam, czytałam, czytałam i końca nie było widać. Dopiero tak na prawdę w drugiej części książki (powieść podzielona została na dwie)zaczyna się dziać więcej, nie ma zbędnych fragmentów, czy opisów i zwyczajnie wszystko zaczyna się bardziej rozkręcać. Od drugiej połowy czytanie poszło mi tak na prawdę w mgnieniu oka, gdy tymczasem poznawanie pierwszej było po prostu z lekka nudne. Miejscami nawet zastanawiałam się, czy czasem nie odłożyć tej książki na jakiś czas i wrócić do niej później ponownie. Teraz bardzo się cieszę, że tego nie zrobiłam, bo autorka zaserwowała mi takie zakończenie, jakiego się w ogóle nie spodziewałam.

Jeśli chodzi o Raven, czyli główną bohaterkę książki, to sama tak na prawdę nie wiem, co mam do niej czuć. Przez całą powieść w ogóle nie mogłam jej rozgryźć - nie potrafiłam poprawnie jej zamiarów, cały czas miałam wrażenie, że gra, że jej przyjaźń względem Grace'ów to tylko jeden wielki pic na wodę. I chociaż po części miałam rację, to jednak nadal nie wiem, co tą postacią tak do końca kierowało. Frapuje mnie też jedna rzecz odnośnie Raven, a mianowicie jej imię. Szkoda, że autorka nie przedstawiła nam, jak na prawdę dziewczyna ma na imię, tylko później przedstawiła nam moment, w którym staje się właśnie Raven. Przeszkadzało mi to dość mocno we wczuciu się w nią.
Jeśli chodzi o Grace'ów to tutaj określiłabym ich dwoma słowami - dziwni a za razem intrygujący (i to bardzo). Ja sama byłam ich na prawdę bardzo ciekawa i w równym stopniu, jak Raven chciałam wszystko o nich wiedzieć - a uwierzcie mi skrywają oni na prawdę dużo tajemnic.

O Uroku Grace'ów mogę więc powiedzieć, że z jednej strony książka mi się podobała, a z drugiej lekko nie. Gdyby nie to, że dość mocno nudziłam się w niektórych momentach, oceniłabym tą pozycję o wiele wyżej. Jest to bowiem powieść, która ma na prawdę spory potencjał. Sama Laure Eve pisze w przyjemy sposób, choć jak mówiłam ma tendencje do gubienia się w tym, co sama chce przedstawić. Myślę jednak, że mimo wszystko moje pierwsze spotkanie z tą autorką mogę uznać za udane. Z pewnością będę czekać na kolejne tomy serii, bo już wiem, że na pewno będą niezwykle interesujące. Mam tylko nadzieję, że autorka troszkę popracuje nad swoim stylem i następnym razem będę mogła wypowiedzieć się o niej w samych superlatywach. A Urok Grace'ów polecam wszystkim tym, którzy mają ochotę oderwać się na chwilę od wszystkich tych romantycznych historii i tym, którzy lubią poznawać wszystkie te magiczne tajemnice.

THE GRACES:
urok grace'ów

Za możliwość zapoznania się z książka serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

niedziela, 23 lipca 2017

Wyniki konkursu patronackiego - Wygraj "Friendzone" Sandry Nowaczyk


Kochani, dzisiaj przychodzę do was z wynikami konkursu patronackiego, gdzie do wygrania była książka Sandry Nowaczyk - Friendzone. W tym miejscu pragnę podziękować wszystkim tym, którzy zgłosili się do konkursu i bardzo się cieszę, że tym razem było was o wiele więcej, niż w czasie rozdania książki Piosenki o dziewczynie

Przypomnę tylko, że zasady wzięcia udziału w konkursie były na prawdę proste. Wystarczyło tylko zgłosić się w komentarzu, zaobserwować bloga i udostępnić baner - łatwo, lekko i przyjemnie (link do konkursu - klik).
Także bez zbędnego przedłużania, pora ogłosić zwycięzcę!


Do konkursu zgłosiło się trzydzieści osób (jeszcze raz wam dziękuję!) - każdej osobie został przypisany numerek. Z pośród wszystkich wylosowałam jeden, do którego trafi książka.


Książka Friendzone trafia do 

Aleksis-Aliss serdecznie ci gratuluję i już wysyłam do ciebie maila z informacją! Pamiętaj, że masz trzy dni na podanie mi adresu do wysyłki książki, inaczej będę musiała wybrać innego zwycięzcę. 

Jak zawsze w przypadku konkursów, bardzo żałuję, że nie mogę wszystkich was nagrodzić, ale może następnym razem to do was obróci się szczęście!
Mam też nadzieję, że wszystkie te osoby, które zaczęły obserwować mojego bloga właśnie przez ten konkurs, będą tutaj zaglądać częściej - jeśli jednak ktoś czmychnie zaraz po tym, jak ogłoszę wyniki trafi na czarną listę i już nigdy nie będzie mógł wziąć udziału w konkursie na moim blogu.

Jeszcze raz gratuluję Aleksis-Aliss wygranej, a reszcie ponownie dziękuję za udział! 

piątek, 21 lipca 2017

[93] FILMOWO: 183 metry strachu

Tytuł oryginału: The Shallows

Reżyseria: Jaume Collet-Serra

Scenariusz: Anthony Jaswinski

Gatunek: Dramat, Thriller

Czas trwania: 1 godz. 26 min.

Premiera: 22 lipca 2016 (Polska), 21 czerwca 2016 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Blake Lively, Óscar Jaenada, Angelo Lozano Corzo, Jose Manuel Trujillo Salas, Brett Cullen, Sedona Legge

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Młoda studentka medycyny, Nancy, odwiedza tajną plażę w Meksyku, o  której jeszcze przed śmiercią opowiadała jej mama. Dziewczyna pragnie serfować na spokojnych wodach oceanu w tym samym miejscu, co jej ukochana matka. Z początku wszystko wydaje się być idealne - piękna wyspa, błękitna woda, wspaniałe fale, jednak tuż przed wyjściem z wody, niedaleko brzegu, Nancy zauważa unoszące się w oceanie martwe ciało wieloryba. Zbyt wolno dziewczyna orientuje się, że weszła na terytorium głodnego rekina białego, który wkrótce atakuje ją. Nancy udaje się uciec na małą, wystającą z wody wysepkę, jednak zostaje uwięziona 183 metry od plaży.

O 183 metrach strachu usłyszałam przy okazji wizyty w kinie i chociaż filmy o rekinach kompletnie mnie nie interesują, tutaj fabuła strasznie mnie zaciekawiła. Już sam plakat niesamowicie przyciąga wzrok i sprawia, że ma się ochotę zapoznać z tą produkcją. Trochę jednak trwało, zanim przypomniałam sobie o tym filmie, a na prawdę wielka szkoda.
Wiecie, co jest w tym filmie najlepsze? Wcale nie to, że gdzieś tam niedaleko głównej bohaterki krąży krwiożerczy rekin, tylko to, że znajduje się ona praktycznie blisko brzegu, ale przez krwawiącą nogę oraz tego rekina nie może się wydostać z opresji. Myślę, że właśnie to odróżnia całą tą produkcję od wszystkich pozostałych z rekinami w tle - chociaż nie widziałam ich za dużo i jakiegoś wielkiego porównania nie mam. Jednak zawsze filmy o rekinach kojarzyły mi się z ciągłą walką, ujęciami rekina co pięć minut i w ogóle z totalnym chaosem. Tutaj jest zdecydowanie inaczej.


Zabawne w przypadku tej produkcji jest to, że grają tutaj tak na prawdę tylko trzy postaci - Nancy (czyli wcielająca się w nią Blake Lively), mewa i rekin. Tak, nie przesłyszeliście się dodatkowo mewa i rekin! Przez większą część filmu towarzyszymy tylko i wyłącznie Nancy, a reszta z ludzkich bohaterów to tylko postaci dodatkowe, które pojawiają się dosłownie tylko na chwilę. Za to głównej bohaterce, od momentu, gdy zostaje ona uwięziona na tej małej wysepce, przez cały czas towarzyszy mewa, która pełni funkcję dodatkowego bohatera. No i jest oczywiście rekin, nie zapominajmy o rekinie! W jego przypadku spodobało mi się to, jak realistycznie zostały przedstawione sceny z jego udziałem. Doszukałam się chyba tylko kilku takich krótkich fragmentów, gdzie było widać pracę grafików, jednak reszta jest dla mnie jak najbardziej na plus.

Gdy poruszam kwestię bohaterów muszę powiedzieć, że jestem na prawdę bardzo pozytywnie zaskoczona grą Blake Lively. Dotychczas widziałam ją jedynie w dwóch filmach, tj. Stowarzyszenie wędrujących jeansów oraz Wiek Adeline (recenzja klik) - i chociaż w tym pierwszym jej gra była dla mnie raczej neutralna, to w tym drugim już zwróciła na siebie moją uwagę. Wiedziałam, że jest to dobra aktorka, jednak nie spodziewałam się, że będzie potrafiła tak dobrze wczuć się akurat w tą rolę. Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że w tym momencie i w tym przypadku jestem nią na prawdę oczarowana. Idealnie oddała ona postać Nancy - zarówno na samym początku, czyli tą spokojną, rozrywkową, ale lekko zagubioną dziewczynę, jak i w środkowej części filmu, czyli tą przerażoną, ale mimo wszystko trzeźwo myślącą bohaterkę, która będzie walczyć o przetrwanie aż do samego końca. Dla mnie było to aktorstwo na prawdę wysokich lotów!


Co do Nancy, to ogólnie muszę powiedzieć, że na prawdę polubiłam tą postać. Bardzo zaimponowało mi to, że mimo tak wielkiego niebezpieczeństwa, bólu spowodowanego  ugryzieniem rekina potrafiła ona trzeźwo myśleć. Szybko odkryła, że jeżeli tylko się skupi i dobrze wszystko rozplanuje, będzie miała szansę na przeżycie. Chociaż była przerażona (no bo kto by nie był), nie pozwoliła, żeby strach ją opanował. Szczerze, to nie spodziewałam się tego po niej.


Jak wspomniałam na początku, bardzo rzadko zdarza mi się oglądać takie filmy, gdyż zwyczajnie ich nie lubię, jednak w przypadku 183 metrów strachu było całkowicie inaczej. Spodobało mi się to, że nie skupiano się w nim na pokazywaniu wszystkich tych drastycznych scen, gdzie wciąż leje się krew. Przedstawiono tylko kilka (wciąż nie zapomnę, jak Nancy sama, przy użyciu łańcuszka, spięła sobie skórę na nodze, żeby rana się nie powiększała - okropne, a jednak świetne!) i to tych najważniejszych. Odnoszę bowiem wrażenie, że choć ten wątek z rekinem był ogółem ważny, to jednak nie to chciano w tej produkcji pokazać - i chwała im za to. 
Jedyne, do czego mogłabym się tutaj przyczepić to to, że Nancy jak już zaczęła mieć pecha to na całego - wiecie, jedna katastrofa ciągnie za sobą drugą. Trochę wydawało mi się to nierealne, ale jakby się nad tym zastanowić, to przecież może się znaleźć osoba, której akurat to wszystko by się przytrafiło. Ale to jest tylko taki drobny szczegół, który w ogóle nie ujmuje tej wspaniałości całej produkcji.


Podsumowując więc, uważam że 183 metry strachu to na prawdę świetny film i bardzo żałuję, że nie było mi dane zobaczyć go na wielkim ekranie (to byłoby na prawdę coś!). Produkcja cały czas tak na prawdę trzyma w napięciu i po prostu nie można się od niej oderwać. Sama cały czas kibicowałam głównej bohaterce i wszystko, co się jej przytrafiało przeżywałam tak na prawdę razem z nią. Samo moje oczarowanie pod względem Blake Lively, jako Nancy nie ma końca. Powiem to jeszcze raz - zrobiła to po mistrzowsku. Ciężko jest bowiem wcielić się w postać, która praktycznie przez cały czas jest sama na planie filmu - trzeba zrobić wszystko, aby w pełni zwrócić na siebie uwagę widza i sprawić, aby chciał na tą historię patrzeć. Blake Lively udało się to w stu procentach.
Co mogę jeszcze powiedzieć? Film na pewno polecam tym, którzy mają ochotę na trochę grozy, ale też na poznanie historii niezwykle odważnej dziewczyny, która postanowiła, że nie zginie w brzuchu rekina. Jednak jeśli tak jak ja nie lubicie produkcji z rekinami powiem wam tylko - nie zrażajcie się. Możecie być zdziwieni, jak bardzo film ten wam się spodoba.


środa, 19 lipca 2017

[92] FILMOWO: Upadli

Tytuł oryginału: Fallen

Reżyseria: Scott Hicks

Scenariusz: Michael Arlen Ross, Kathryn Price, Nichole Millard 

Gatunek: Fantasy, Melodramat

Produkcja: USA, Węgry

Na podstawie: Lauren Kate "Upadli"

Czas trwania: 1 godz. 31 min.

Premiera: wrzesień 2016 (świat)

Obsada: Addison Timlin, Jeremy Irvine, Harrison Gilbertson, Sianoa Smit-McPhee, Hermione Corfield, Lola Kirke

Ocena: 4/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Pierwszą część serii o upadłych aniołach, tj. Upadli, czytałam już ładnych parę lat temu. Było to jeszcze wówczas, gdy namiętnie czytałam powieści paranormal romance i z tego co pamiętam książka na prawdę mi się podobała. Chciałam zapoznać się z pozostałymi tomami, lecz jakoś tak wyszło, że swoją przygodę z tą serią zakończyłam właśnie na jedynce. Ucieszyła mnie jednak bardzo wiadomość, że ma powstać ekranizacja tej książki i cały czas śledziłam, jak idą postępy nad tą produkcją. Później co nie co mi się o niej zapomniało i dopiero kilka dni temu przypomniałam sobie, że zawsze chciałam ten film obejrzeć. Nie miałam pod tym względem żadnych oczekiwań, ale wydawało mi się, że ekranizacja może wyjść na prawdę udana. Ale chyba jednak się myliłam.


Na samym początku produkcji poznajemy Luce Price, która w skutek pożaru, który wywołała trafia do szkoły z internatem, gdzie ma spróbować wyleczyć się ze swoich problemów. Od razu jej uwagę przyciągają Daniel i Cam - dwaj całkowicie różniący się bohaterowie. Luce coraz częściej zaczynają również nawiedzać tajemnicze wizje z przeszłości, gdzie widzi siebie u boku Daniela. Jaką tajemnicę skrywają uczniowie tej szkoły?

Jak wspomniałam prędzej, Upadłych czytałam już ładnych parę lat temu, jednak decydując się na ekranizację spodziewałam się, że jednak trochę będę z tej książki pamiętać i będę mogła porównać do siebie niektóre rzeczy. I teraz mam problem, bo albo ja całkowicie wszystko zapomniałam, albo twórcy filmu postanowili tak dużo pozmieniać. Na prawdę nie mam pojęcia, gdzie leży problem i z ciekawości postanowiłam przeczytać jeszcze raz tą powieść, aby sobie co nie co przypomnieć.


Powiem szczerze, że na prawdę myślałam, że film będzie o niebo lepszy, a dostałam... to coś. Nawet nie wiem, jak miałabym go określić. Jedyne, co mi się tam szczerze podobało, to ten wspaniały, mroczny klimat, który idealnie pasuje do całej historii. Reszta to tak na prawdę kompletna klapa. Szczególnie nie spodobał mi się dobór aktorów oraz ich gra, która była tak na prawdę drętwa i nijaka. Przedstawili tylko to, co im kazali i na tym byłby koniec - nie można w nich dostrzec żadnych emocji czy odpowiedniego wczucia się w swoją postać. Tak się zastanawiam, która z tych postaci była dla mnie najgorsza, ale dochodzę do wniosku, że praktycznie każda była na swój sposób słaba. Jednakże w szczególności drażniła mnie osoba Cama. Coś mi tam świta, że w książce było go zwyczajnie więcej, a w filmie owszem od czasu do czasu go pokazywano, nic nie mówił, aż tu nagle na sam koniec ekranizacji ma coś do powiedzenia...


Oglądając upadłych czułam się bardzo rozczarowana, bo chociaż tak jak mówiłam, nie pamiętam za bardzo o czym była książka, to jednak wiem, że książka była całkiem dobra. Czuję się więc tak, jak w przypadku ekranizacji Pięknych istot, gdzie całkowicie zmarnowano potencjach filmowanej historii i stworzono coś bardzo słabego. Ciekawi mnie, czy zostaną zekranizowane kolejne części serii - jeśli tak, sama nie wiem, czy poświęcę swój czas na nie. Może powstanie coś troszkę lepszego, ale całkowicie w to wątpię... Rzadko mi się zdarza, aby jakiś film mi się aż tak bardzo nie podobał, ale w przypadku ekranizacji książki Upadli mówię stanowcze nie!


piątek, 14 lipca 2017

[91] FILMOWO: Gru, Dru i Minionki

Tytuł oryginału: Despicable Me 3

Reżyseria: Kyle Balda, Pierre Coffin

Scenariusz: Ken Daurio, Cinco Paul

Gatunek: Animacja, Komedia, Przygodowy

Czas trwania: 1 godz. 36 min.

Premiera: 30 czerwca 2017 (Polska), 14 czerwca 2017 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Steve Carell (Gru/Dru - głos), Kristen Wiig (Lucy - głos), Trey Parker (Balthazar Bratt - głos), Miranda Cosgrove (Margo - głos), Dana Gaier (Edith - głos)/Marek Robaczewski (Gru - polski dubbing), Mikołaj Cieślak (Dru - polski dubbing), Izabella Bukowska (Lucy - polski dubbing), Robert Górski (Baltazar Bratt - poslki dubbing), Magdalena Wasylik (Margo - polski dubbing), Helena Englert (Edith (polski dubbing)

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Nie jest to tajemnicą, że po prostu uwielbiam wszystkie animacje z Minionkami. Jak dotąd przy każdej z produkcji bawiłam się tak samo i mogłabym praktycznie codziennie oglądać każdą z nich. Niesamowicie ucieszyłam się więc, gdy dowiedziałam się, że już niedługo na ekranach kin ma pojawić się kolejna część przygód tych wspaniałych żółciutkich stworków. Nie dopuszczałam do świadomości tego, że z Gru, Dru i Minionkami (nawiasem mówiąc nie mam pojęcia, dlaczego przy polskiej wersji nie mogliśmy pozostać przy numerowanych tytułach, a nie co rusz wymyślać coś dziwnego) może być inaczej i to był mój błąd, bo choć ogólnie film mi się podobał, to jednak to już nie było to, co na samym początku. A wielka szkoda...


Po udanej akcji w sprawie powstrzymania El Macho Gru, u boku swojej żony Lucy, nadal pełni służbę tajnego agenta w Lidze Anty-przestępczej i stara się łapać złoczyńców. Jednakże, gdy po raz kolejny nie udaje mu się schwytać Baltazara Bratta, Gru zostaje zwolniony przez nową szefową organizacji. W tym samym czasie Minionki buntują się przeciwko nowemu, pozbawionemu złoczyństwa życiu swojego szefa i postanawiają poszukać nowego pana, któremu mogłyby służyć. Jednocześnie Gru dowiaduje się, że ma brata bliźniaka, który zaprasza całą rodzinę do siebie.

Gdy pierwszy raz poznałam zwiastun tego filmu i wkrótce zapoznałam się z jego opisem myślałam, że może wyjść z tego wszystkiego całkiem fajna animacja (taka na poziomie poprzednich części), jednakże w trakcie oglądania odniosłam wrażenie, że to wszystko było robione zwyczajnie na siłę. W szczególności nie podobało mi się odejście Minionków. Jak dla mnie zostały one zepchnięte na boczny plan i przez większość czasu obserwujemy tylko, że odchodzą one od Gru, trafiają do więzienia, gdzie przez chwilę są panami, a później znów udają się do Gru. Owszem miejscami było śmiesznie, ale moim zdaniem przez to odepchnięcie Minionków film ten stracił swój cały urok. Wszystkiego tu było bowiem za dużo, w nieodpowiednich ilościach, by na koniec posklejać całość tak jak leci.


W ogóle też nie podobała mi się postać Baltazara Bratta. Jak dotąd uwielbiałam wszystkich złoczyńców tak samo, jak te główne postaci (Wektor rządzi!), a tutaj miałam go zwyczajnie dość. Nie rozumiałam za bardzo jego motywów działania, dlaczego stał się tym złym. Ciekawe było połączenie tej postaci z muzyką z lat 80-tych oraz sam jego styl i wygląd, ale reszta... Był to po prostu rozkapryszony bachor, który nie mógł pogodzić się z tym, że jego chwila sławy już dawno minęła.

Podobał mi się natomiast motyw z bratem Gru oraz sama postać Dru. Był przezabawny i miał świetnie dobrany polski dubbing... no i te jego włosy! Dodatkowo to połączenie Gru i Dru - najlepszy team na świecie! Będę trzymała kciuki, żeby postały jeszcze jakieś kolejne części z Dru, mimo tego, że obawiam się, że mogłoby to już powstać tylko ze względu na kasę.
Jestem też lekko rozczarowana tym, że również Lucy oraz dziewczynki zepchnięto trochę na dalszy plan. Samą Lucy bardzo polubiłam, a w Gru, Dru i Minionki miałam lekkie wrażenie, że to nie jest już do końca ta sama postać.


Powiem tak, Gru, Dru i Minionki to nie jest zła animacja, tylko po prostu nie aż tak dobra, jak poprzednie. Wydaje mi się, że zwyczajnie lepiej byłoby zakończyć wszystko na Minionkach. Z chęcią jeszcze raz obejrzę tą produkcję, jednak nadal czuję lekkie rozczarowanie po obejrzeniu jej w kinie. Mimo wszystko polecam ten film tym, którzy tak jak ja uwielbiają Gru, dziewczynki i Minionki oraz tym, którzy mają ochotę poznać dalsze losy ulubionych bohaterów.

JAK UKRAŚĆ KSIĘŻYC:

czwartek, 13 lipca 2017

[178] Pierwszy dotyk


Tytuł oryginału: First Touch
Autor: Laurelin Paige
Cykl: First and Last
Tom: 1
Wydawnictwo: Kobiece
Ocena: 8/10

Na książkę Pierwszy dotyk trafiłam tak na prawdę całkowicie przypadkiem i podejrzewam, że gdyby nie książeczka reklamowa z fragmentem powieści, w ogóle nie miałabym o niej pojęcia i bym się na nią nie skusiła. Choć przeczytany fragment na prawdę mocno mnie zaciekawił, do całości podchodziłam dość sceptycznie - Pierwszy dotyk to erotyk i nie oczekiwałam od niego niczego zbyt wielkiego. Ale co ciekawe książka zaciekawiła mnie i to nawet bardzo - gdy zaczęłam ją czytać, dosłownie nie mogłam się od niej odkleić.

Cała historia zaczyna się w momencie, gdy Emily odsłuchuje nagranie na poczcie głosowej od swojej dawnej przyjaciółki, z którą rozstała się już ładnych parę lat temu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Amber nie użyła słów niebieski prochowiec, które niegdyś były ich tajemniczym hasłem bezpieczeństwa. Emily wiedziała, że Amber nie użyłaby tych słów pochopnie i że na pewno grozi jej niebezpieczeństwo. Wynajmuje więc detektywa, który ma odnaleźć jej byłą przyjaciółkę, jednocześnie prowadząc śledztwo na własną rękę. Wszystkie ślady doprowadzają ją do przystojnego milionera Reevea Sallisa, który jako ostatni spotykał się z Amber. Emily postanawia więc powrócić do przeszłości, jeszcze raz stać się tym, kim była za czasów Amber, aby w ten sposób wyciągnąć jakieś informacje od Reevea, które mogłyby doprowadzić ją do przyjaciółki.

Gdy sięgałam po Pierwszy dotyk wiedziałam, że książka jest erotykiem, jednak wydaje mi się, że sceny seksu tak na prawdę zdominowały całą historię. Były one praktycznie w co drugim rozdziale, przez co ta główna fabuła została nieco zepchnięta na boczne tory. Nie zrozumcie mnie źle, dobrze, że w książce było dużo takich scen, bo w końcu o to w erotykach chodzi, ale jakby one zostały jakoś tak umiejętnie poprzeplatane z pozostałą fabułą byłoby dobrze, a tu praktycznie było tak, że 2/3 to sceny erotyczne, a 1/3 to ten główny wątek. No troszkę mi to tutaj nie pasowało i gdyby to ode mnie zależało, niektóre sceny z motywem seksu bym z tej książki po prostu wyrzuciła, bo można by było się bez nich zwyczajnie obejść.

Spodobała mi się natomiast sama historia Emily i Amber, to jak główna bohaterka szuka swojej byłej najlepszej przyjaciółki oraz to, do czego jest zdolna, by ją odnaleźć. Myślę, że autorka miała na prawdę ciekawy pomysł i nawet dobrze uda jej się go przedstawić. Fabuła mocno wciąga i czytelnik cały czas zastanawia się, jaką zagadkę kryje za sobą tajemnicze zniknięcie Amber i co Reeve ma z tym wszystkim wspólnego. Sama nie raz miałam tak, że gdy już zaczynałam myśleć. że to on stoi za jej problemami, on robił coś takiego, co sprawiało, że mocno zaczynałam wątpić w jego winę, by już za chwilę znów skierować na siebie światła oskarżenia. Spodobało mi się to, jak Laurelin Paige wodziła swojego czytelnika za nos, nie odkrywając od razu wszystkich kart.
Cieszę się również, że autorka wplotła pomiędzy fabułę liczne wspomnienia z dawnego życia głównej bohaterki. Poznawanie togo było bardzo interesujące, gdyż z teraźniejszości nie dowiadujemy się tak na prawdę za dużo na temat samej Emily. Dzięki tym wstawkom mogliśmy o wiele bardziej wczuć się w tą postać i choć trochę zrozumieć niektóre motywy jej działań. Z jednej strony właśnie te fragmenty wspomnień dziewczyny czytało mi się bardzo interesująco, ale z drugiej niesamowicie jej współczułam. Ona twierdzi, że Amber ją uratowała, bo pokazała jej po części właściwą drogę jej życia, a ja natomiast uważam, że Amber w dużej mierze ją wykorzystywała i często nie obchodziło jej dobro przyjaciółki. W sumie pokazała ona Emily swoją ścieżkę życia, w której nie widziała nic złego - dlaczego więc miała by uważać, że to może być złe dla Emily? I choć tak jak mówiła, postać Emily bardzo mi się spodobała, to do Amber (przynajmniej tej ze wspomnień głównej bohaterki) nie zapałałam zbyt wielką sympatią.

A jeśli już o Emily mowa to muszę powiedzieć, że niesamowicie się cieszę, że w końcu ktoś wykreował postać niezależnej i silnej kobiety! W końcu nie mamy do czynienia z nieśmiałą dziewuszką, która nie zna poczucia własnej wartości i która nie jest w niczym doświadczona. W ciągu lektury dowiadujemy się, że główna bohaterka nie zawsze była tą silną i odważną, ale poznajemy, jak się zmieniała, bo sama nie chciała się czuć już taka bezbronna. Oczywiście coś z tej dawnej osoby pozostało, ale Emily udowodniła, że takie silne i harde kobiety również mogą być świetną postacią dla erotyku. Więcej takich bohaterek poproszę!

Dużo osób pewnie powie, że książka, gdzie młoda dziewczyna spotyka się z bogatym biznesmenem już była i na pewno od razu przywoła Pięćdziesiąt twarzy Greya (nie rozumiem, dlaczego wszyscy każdy erotyk porównują właśnie do tego tytułu...), a ja powiem, że to nie jest to samo, tylko całkowicie coś innego. Główna bohaterka ma jakiś cel, który tłumaczy wszystkie jej poczynania i chociaż po drodze nie raz jest ciężko, właśnie tego celu się trzyma. Sama postać Reeve'a również ma wiele do ukrycia - wcale nie jest tylko tym bogatym przystojniakiem, za jakiego uważają go wszyscy. Dla mnie więc Pierwszy dotyk to coś nowego i bardzo przyjemnego. Książę czytało mi się szybko i dodatkowo towarzyszyło temu wielkie zaciekawienie tym, co może się wydarzyć dalej. Połączenie erotyku z elementami thrillera okazało się jak dla mnie na prawdę świetne i w przyszłości chciałabym poznać więcej takich pozycji. Sam styl autorki również przyciąga uwagę, gdyż jest przemyślany i niebanalny. Widać, że autorka pisała po to, aby swoją książką coś pokazać, a nie żeby była to lekka książka przeznaczona tylko dla rozrywki. Ja z lektury jestem jak najbardziej zadowolona, a jej zakończenie sprawiło, że teraz z wielką niecierpliwością wyczekuję momentu, gdy ukaże się kontynuacja serii - Ostatni pocałunek. Autorka zakończyła książkę akurat w takim momencie, że chcąc nie chcą chce się sięgnąć po drugi tom, aby zobaczyć, jak dalej potoczy się akcja.
Słowem podsumowania, uważam, że Pierwszy dotyk to na prawdę dobra książka, którą warto przeczytać. Czas z nią na pewno nie będzie stracony!

FIRST AND LAST:
pierwszy dotyk | ostatni pocałunek

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu!

środa, 12 lipca 2017

[90] FILMOWO: Czerwień rubinu

Tytuł oryginału: Rubinrot

Reżyseria: Felix Fuchssteiner

Scenariusz: Katharina Schöde, Felix Fuchssteiner


Gatunek: Dramat, Fantasy

Czas trwania: 2 godz. 2 min.

Premiera: 5 marca 2015 (świat)

Produkcja: Niemcy

Obsada: Maria Ehrich, Jannis Niewöhner, Laura Berlin, Jennifer Lotsi, Josefine Preuß, Florian Bartholomäi

Ocena: 5/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Serię Silver - Księgi snów Kerstin Gier już dawno pokochałam całym sercem, ale dopiero od niedawna zaczęła się moja przygoda z pierwszą serią autorki Trylogia czasu. Czytając Czerwień rubinu (recenzja klik) nie wiedziałam, że w ogóle powstała ekranizacja tej pozycji. Jednakże, jako że po prostu uwielbiam Czerwień rubinu nie wyobrażałam sobie, żebym nie zapoznała się z tą filmową produkcją. Gdy zobaczyłam, że jest to niemiecki film oraz zobaczyłam, jak wyglądają filmowi Gwendolyn oraz Gideon, zaczęłam się obawiać, że to może być kompletna katastrofa i strata tak dużego potencjału. Oczywiście podchodziłam do tej ekranizacji z dużym dystansem, jednak i tak dość mocno się rozczarowałam. Wcześniej czytałam, że pomiędzy książką a filmem jest trochę różnic, ale to było trochę więcej niż trochę. Czy więc warto zapoznawać się z tą ekranizacją?

W rodzinie Gwendolyn Shephard od zawsze było wiadomo, że niektórzy jej członkowie obdarzeni są wyjątkowym genem, który umożliwia im podróżowanie w czasie. Wszyscy też wiedzą, że ostatnią z dwunastki podróżujących jest kuzynka Charlotte, która tylko czeka, aż ów gen się w niej objawi. Wkrótce się okazuje, że lata przygotowań dziewczyny do wstąpienia do tajnej loży hrabiego de Saint Germain idą całkowicie na marne, gdy to zamiast Charlotty gen odkrywa w sobie jej kuzynka Gwendolyn. Teraz to ona, razem z Gideonem (kolejnym z podróżników) ma za zadanie doprowadzić całą tą zabawę z chronografem do końca i uzyskać odpowiedź na pytanie, jaką tajemnicę kryje w sobie to tajemnicze urządzenie.


Na początku koniecznie muszę powiedzieć, że ten, kto wybrał niejaką Marię Ehrich do roli Gwenny Shepherd musiał chyba w ogóle nie czytać książki. Kompletnie nie pasuje mi ona do tej postaci. Nie chodzi już nawet o wygląd, czy styl ubierania się, jednak o samo zachowanie, charakter Gwendolyn, który zaprezentowała aktorka. Film oglądałam jeszcze tego samego dnia, gdy skończyłam czytać Czerwień rubinu i jakoś nie przypominam sobie, żeby Gwenny była tak mocno wycofana, antyspołeczna, bojaźliwa i przygnębiona. Książkę pokochałam między innymi dzięki tej postaci, która była pełna życia, radosna, o specyficznym poczuciu humoru. W ekranizacji powieści Kerstin Gier otrzymaliśmy kogoś całkowicie innego. Owszem, uważam, że w ekranizacjach można dokonywać zmian, w końcu nie mają one być całkowitym odbiciem książki, ale żeby zmieniać tak mocno czołową postać całej produkcji? 
Nie lepiej było w przypadku innych postaci - jak chociażby w przypadku Leslie Hay (najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki). Już pomińmy to, że nie przypominam sobie, żeby Leslie była czarna (chociaż to jest tak drobny szczegół, że nawet mógłby zostać), ale wystarczy spojrzeć na grającą Leslie Jennifer Lotsi, aby od razu zrozumieć, że to nie jest ta postać. W książce Lesli, tak samo jak Gwendolyn, była dla mnie bardzo zabawna i pełna życia, a tej filmowej Leslie po prostu się bałam. Zabrakło mi w niej tego ducha ciekawości i chęci dążenia do rozwiązania zagadek z życia Gwenny. Po prostu nie wzbudziła ona we mnie żadnego zainteresowania czy sympatii. 


Troszeczkę lepiej było w przypadku Gideona - tutaj jedynie czepiałabym się okropnej fryzury bohatera (owszem miał on dłuższe włosy, ale tylko do ramion, a nie ciągle zawiązane w jakąś dziwną kitkę), jednak jeśli chodzi o członków rodziny Gwenny znowu klapa. Uwielbiałam cioteczną babkę Maddy i nawet histeryczny charakter ciotki Glendy Montrose (matki Charlotte), jednak twórcy postanowili całkowicie pozbawić te postacie wszystkiego, co w nich najlepsze. Jak więc widzicie pod względem bohaterów jestem na prawdę bardzo mocno zawiedziona. Nie mogę zrozumieć, dlaczego zrezygnowano z tego, co było podstawią całej tej historii i nadawało ten fantastyczny charakter wszystkim powieściom Kerstin Gier.


Pod względem trzymania się przy tym, co było w książce, nie obyło się oczywiście bez wielu zmian. Ale wbrew pozorów nie było to aż takie złe, gdyż większość zmian była taka, że zmieniła się tylko kolejność niektórych wydarzeń, czy drobne szczegóły. W niektórych miejscach dodano fragmenty, których w ogóle w książce nie było, ale to jest jeszcze do zniesienia. Muszę więc przyznać, że pod względem nawiązania treści filmu do fabuły książki na prawdę nie było aż tak źle, jak przypuszczałam (a spodziewałam się, że będzie na prawdę wszystko pozmieniane). 

To, co niesamowicie mi się w tej produkcji spodobało, było to, że wiele razy bohaterowie posługiwali się dokładnie takimi samymi dialogami, jakie były w książce! Tego się kompletnie nie spodziewałam, gdyż przeważnie w ekranizacjach zmieniane są właśnie te drobiazgi, a tutaj bohaterowie czasem jechali cytatami słowo w słowo z książkowej Czerwieni rubinu. Bardzo mi się to spodobało i właśnie przez to postanowiłam dotrwać w tym filmie do końca.
Pozytywnie zaskoczyło mnie też to, że chociaż film był produkcji niemieckiej, nie zmieniono w sumie nic pod takim kontem, żeby to było niemieckie. Chodzi mi o to, że zarówno bohaterowie byli Brytyjczykami, jak również wszystko działo się w Londynie. Dało się również zauważyć, że nawet takie szczegóły, jak chociażby treść przepowiedni nie była napisana na kartce po niemiecku, tylko po angielsku. Również bohaterowie sms-owali do siebie po angielsku. Niemieccy byli tak na prawdę tylko aktorzy oraz język, w jakim jest film. Nie wiem czemu, ale na prawdę spodziewałam się, że mogą tam coś za bardzo pomieszać, a tu proszę jaka miła niespodzianka mnie spotkała.


Powiem więc tak - film ten miał na prawdę spory potencjał i z tej historii można było stworzyć coś na prawdę dobrego, ale przez to, że dosłownie pozbyto się tego, co w książce Kerstin Gier było najlepsze powstała bardzo przeciętna ekranizacja. Filmowy Czerwień rubinu chyba chciano zrobić jako taką poważniejszą historię, zamiast zatrzymać tą beztroskę, która tak zawsze przyciąga fanów autorki do jej książek. Trochę też za dużo zdradzono już na samym początku i na końcu filmu, przez co można się łatwo domyślić o co mniej więcej chodzi z kuzynką Lucy i Paulem (obawiam się, że dość mocno sobie to wszystko zaspoilepowałam....). Ja jestem tym filmem dość mocno zawiedziona, jednak jak tylko przeczytam pozostałe części serii, to zapewne sięgnę też po dalsze części ekranizacji, bo jednak jestem ciekawa, czy może dalej się co nieco poprawiło. Jednak książka i tak jest zdecydowanie o niebo lepsza.

TRYLOGIA CZASU:
czerwień rubinu | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

wtorek, 11 lipca 2017

[177] Blisko Ciebie


Tytuł oryginału: By Your Side
Autor: Kasie West
Ilość stron: 390 stron
Wydawnictwo: Feeria Young
Ocena: 7/10

O swoim uwielbieniu dla Kasie West wspominałam już wiele, wiele razy i choć czasem jestem bardziej zadowolona z przeczytanych książek autorki, a czasem mniej to jednak nieodwołalnie należę do grona jej wielkich fanów. Kiedyś wspominałam już, że od jakiegoś czasu nie sprawdzam nawet, o czym dana książka ma być - po prostu biorę i czytam ją w ciemno. Tak też miałam w przypadku Blisko ciebie, choć tutaj wiedziała jedynie, że część akcji ma dziać się w bibliotece, gdzie została zamknięta główna bohaterka (już samo to, że została ona uwięziona na jakiś czas w bibliotece całkowicie zachęciło mnie do lektury, bo jaki książkoholik o tym nie marzy!). I choć patrząc ogólnie książka mi się bardzo podobała, to jednak w niektórych momentach nie obyło się bez delikatnego zawodu. Jednakże wcale nie oznacza to, że nowa książka Kasie West jest słaba - bo tego zdecydowanie nie mogę powiedzieć.

Jak wspomniałam wyżej, początek historii zawartej w Blisko ciebie ma miejsce w bibliotece miejskiej, gdzie poznajemy główną bohaterkę imieniem Autumn. Polubiłam ją praktycznie od samego początku, choć trzeba przyznać (co mi się podobało) nie od razu wyłożyła ona na stół wszystkie karty o sobie. Przez dłuższy czas miałam dosyć sprzeczne myśli na temat tej bohaterki, gdyż nie wiedziałam do końca, jaka jest  na prawdę. Miejscami wydawało mi się, że jest duszą towarzystwa w swojej paczce, jednak zaraz pojawiał się jakiś wątek, który świadczył o tym, że w swojej grupie jest lubiana, ale trzyma się raczej z boku. Wydaje mi się, że w dużej mierze zapałałam do niej sympatią, gdyż odnalazłam w niej cząstkę samej siebie. Co bardzo spodobało mi się w postaci Autumn - autorka nie przedstawiła jej jako idealnej dziewczyny, która nie przejmuje się właściwie niczym, prócz problemami w stylu które buty ubiorę na dzisiejszą imprezę. Pokazała, że każdy ma jakieś problemy, jakieś tajemnice, które stara się ukryć przed innymi, by móc żyć normalnie. Problemy Autumn dużo mi podpowiedziały i pomogły spojrzeć mi na moje życie z nieco innej perspektywy - taki mały bonusik podczas czytania książki.
W bibliotece Autumn towarzyszy jednak jeszcze ktoś - niejaki Dax, czyli chodząca zagadka. Jak dowiadujemy się od głównej bohaterki, chłopak bardzo mocno stroni od towarzystwa, ceni sobie swoją prywatność, przez co uważany jest przez wielu za dziwaka i odludka. Mocno spodobało mi się tutaj to, że Autumn , mimo krążących po szkole plotek na temat Daxa, starała się dać mu szansę i chciała spróbować go poznać, co wcale nie było takie łatwe. Właśnie za to też uwielbiam książki Kasie West - pokazuje, że różni ludzie, gdy już się poznają (bo dadzą sobie taką szansę, bo tak podpowie im los) mogą doskonale do siebie pasować, mimo tak widocznie dzielących ich różnic. Nie muszę chyba dodawać, że tak samo jak Autumn, im bardziej poznawałam Daxa, tym bardziej go lubiłam, choć gdybym pewnie znalazła się na miejscu głównej bohaterki na samym początku również trzymałabym się od niego z daleka.

Gdy zabierałam się za czytanie Blisko ciebie myślałam, że cała książka będzie przedstawiała uwięzienie bohaterów w bibliotece. Kasie West miała jednak na to całkiem inny pomysł i to, co nam zaserwowała na prawdę mnie usatysfakcjonowało. Dzięki tej zmianie możemy poznać o wiele bardziej zarówno Autumn jak i Daxa, a na tym właśnie mi zależało.
Jedyne, czym jestem tutaj mocno rozczarowana jest wyjaśnienie, dlaczego przyjaciele Autumn nie wrócili po nią do biblioteki. Jakoś w ogóle to do mnie nie przemawiało, gdyż nie wyobrażam sobie, żeby w normalnym życiu można było kogoś zwyczajnie nie zauważyć. To jedyny minus (mimo wszystko dość spory), który przyczynił się do takiej a nie innej mojej oceny tej książki.

Sądzę jednak, że śmiało mogę polecić wam tą książę, bo mimo tego, że uważam, że nie jest ona najlepsza ze wszystkich książek Kasie West, to jednak myślę, że jest wyjątkowa i żaden fan autorki nie może przejść obok niej obojętnie. Blisko ciebie ma w sobie wszystkie te najważniejsze elementy, za które pokochałam jej autorkę, a to było dla mnie na prawdę ważne. Także mówiąc krótko, jak najbardziej polecam!

Za możliwość zapoznania się z kolejną książką cudnej Kasie West serdecznie dziękuję Wydawnictwu Feeria Young!

niedziela, 9 lipca 2017

[176] Czerwień rubinu


Tytuł oryginału: Rubinrot
Autor: Kerstin Gier
Cykl: Trylogia czasu
Tom: 1
Ilość stron: 344 strony
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 10/10

Po zapoznaniu się w całości z serią Silver - Księgi snów (recenzja klik) wiedziałam, że Kerstin Gier stała się jedną z moich ulubionych autorek. Mimo to przez cały czas broniłam się z przeczytaniem jej pierwszej serii Trylogia czasu. Wydaje mi się, że duży wpływ na moją opinię miały okładki książek wydane nakładem Wydawnictwa Egmont Polska - cały czas po prostu nie pasują mi one do stylu pisarskiego autorki i obawiałam się, że sama Trylogia czasu nie będzie taka charakterystyczna, jak Silver. Gdy więc dowiedziałam się o ty, że Wydawnictwo Media Rodzina postanowiło wydać tą serię jeszcze raz i to z całkiem nową okładką byłam zwyczajnie w niebo wzięta! No bo spójrzcie tylko na to cudo - jest uosobieniem stylu Kerstin Gier, jej humoru i wszystkiego, co w niej najlepsze. Jednakże mimo to nadal byłam co do tej serii raczej sceptycznie nastawiona i podeszłam do niej z dość wielką rezerwą. 

Główną bohaterką książki jest niejaka Gwen, która od początku swojego życia wiedziała, że wywodzi się z bardzo specyficznej rodziny. Otóż już od wielu, wielu lat niektórzy członkowie rodziny Montrose rodzą się ze specyficznym genem, który pozwala im na cofanie się w czasie. Ostatnią z rodu, która miała zostać obdarzona tą wyjątkową zdolnością miała być kuzynka Gwen - Charlotte. Od momentu swojego urodzenia była przygotowywana do swojej dalszej przyszłości i praktycznie całe życie dostosowywała się do tego. Pewnego dnia Gwen odkrywa jednak, że to nie Charlotte, ale ona została obdarzona tą niesamowitą zdolnością. Wszystko ładnie pięknie, tylko, że Gwen nie ma pojęcia co robić, gdy już się cofnie w czasie - w końcu to nie ona była do tego wszystkiego przygotowywana.

Powiem wam, że na początku, gdy zapoznawałam się z opisem książki oraz z licznymi opiniami na jej temat, jakoś nie bardzo przekonywało mnie to, że w powieści miały znaleźć się fragmenty z przeszłości. Wydawało mi się, że będzie to zwyczajnie nudne. Jednak dzięki wspaniałej wyobraźni Kerstin Gier oraz jej talentowi, autorce udało się stworzyć z tego coś niesamowitego. Już po pierwszym takim fragmencie wiedziałam, że na każdy kolejny będę czekała z wielką niecierpliwością i właśnie tak było. Dzięki właśnie tym scenom z przeszłości, dzięki opisom, jakie Gwen oraz Gideon musieli nosić stroje Czerwień rubinu na prawdę wiele zyskała i z pewnością, gdyby autorka z tego zrezygnowała, cała ta historia nie byłaby już taka sama.

W książkach Kerstin Gier zawsze podobało mi się to, w jaki sposób zwraca się ona do swoich czytelników i jak przez to kreuje swoich bohaterów. Jej nieodłącznym elementem jest humor i chociaż doskonale widać w nim, że jej książki skierowane są do raczej młodszych niż ja czytelników, to mimo wszystko ja zawsze świetnie się przy nich bawię i wracam do nich z wielkim sentymentem. Teraz widzę, że moje obawy były bezpodstawne. bo w końcu ten humor to cała Kerstin Gier i z całą pewnością w żadnej nowej książce autorki tego nie zabraknie.

Chociaż Czerwień rubinu czytałam już jakiś czas temu, nadal nie mogę do końca zebrać wszystkich słów, jakimi chciałabym opisać dla was tą książkę (wybaczcie mi więc, jeśli ta recenzja jest trochę nieskładna). Wiem jednak, że jedyne, co jeszcze muszę wam powiedzieć to to, że jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z tą książką, koniecznie MUSICIE to zmienić. Po prostu nie ma innej opcji. A jeśli w dodatku czytaliście już serię Silver - Księgi snów i ona wam się spodobała, to jest to wręcz wasz obowiązek. Ja teraz bardzo mocno żałuję, że nie zapoznałam się z tą serią wcześniej i chociaż mogłabym już zabrać się za kolejne tomy (a uwierzcie mi, ciekawość mnie zżera), to z wielką niecierpliwością będę wyczekiwać tych w tej całkiem nowej szacie graficznej (będę się musiała troszkę pomęczyć).
Słowem podsumowania powiem tylko, że Czerwień rubinu to książka, którą koniecznie trzeba przeczytać.

Dla tych, którzy nie wiedzą, na podstawie tejże serii powstał film, ale jeśli nie czytaliście jeszcze książek, nie oglądajcie go, bo możecie się trochę zniechęcić do tej serii (chociaż w sumie nie był on taki zły - po prostu nie tak dobry, jak książka).

TRYLOGIA CZASU:
 czerwień rubiny | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

Za możliwość zapoznania się z tą książką i przekonania się, że jest ona zwyczajnie genialna, serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!

czwartek, 6 lipca 2017

Konkurs patronacki - Wygraj "Friendzone" Sandry Nowaczyk [ZAKOŃCZONY]


Z racji tego, że wczoraj swoją premierę miała fantastyczna książka Friendzone Sandry Nowaczyk, przychodzę dziś do was z konkursem gdzie z racji objętego przeze mnie patronatu, mam dla was właśnie jeden egzemplarz tej powieści!


Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą o czym jest Friendzone, poniżej zamieszczam opis książki:

"Tatum i Griffin przyjaźnili się prawie od kołyski. Byli dla siebie jak brat i siostra. Tak zawsze było i tak już miało pozostać. 
Jeden taniec na balu maskowym zmienił wszystko. 
Teraz oboje są pełni sprzecznych emocji. Czy będą chcieli za wszelką cenę pozostać przyjaciółmi? Przecież to ona zawsze miała być najważniejsza. Kiedyś sobie to obiecali. I do tego oboje mają partnerów. A co, jeśli tylko jedno z nich będzie chciało… no właśnie, czego? 
Gdy do głosu dochodzą uczucia, czasami wszystko zdaje się rozpadać… i kiedy nie masz na kim się oprzeć, czujesz, że spadasz i że już nigdy się nie podniesiesz."
[opis pochodzi z okładki książki]

A co trzeba zrobić, aby wygrać książkę?

Tym razem zasady są bardzo proste! Wystarczy, że się zgłosicie, zaobserwujecie mojego bloga oraz udostępnicie baner konkursowy na waszych blogach, na Facebooku, Instagramie lub gdzie tam jeszcze chcecie. I to tyle! 
Z pośród wszystkich zgłoszeń wybiorę jedną osobę, która wygra Friendzone. Książka została ufundowana przez Wydawnictwo Feeria Young! Byłoby mi bardzo miło, gdybyście polubili mnie na Facebooku oraz zaobserwowali na Instagramie, jednak nie ma to wpływu na wyniki losowania.

Wzór zgłoszenia:
Zgłaszam się!
Obserwuję blog, jako ...
E-mail: ... (do kontaktu w razie wygranej)
Udostępniam baner: ... (link do udostępnionego baneru) 

Regulamin konkursu:
1. Organizatorką konkursu jestem ja, Katherine Parker - właścicielka bloga About Katherine.
2. Sponsorem nagrody jest Wydawnictwo Feeria Young.
3. Konkurs trwa od 06.07.2017 do 20.07.2017.
4. Aby wziąć udział w konkursie należy spełnić wszystkie obowiązkowe kryteria, o których wspominałam wyżej.
5. Zwycięzca konkursu zostanie wyłoniony w drodze losowania.
6. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone na blogu najpóźniej w ciągu 5 dni od daty zakończenia konkursu.
7. O wygranej zwycięzca zostanie poinformowany drogą mailową.
8. Osoba, która wygra konkurs ma 3 dni, aby odpowiedzieć na maila z informacją o wygranej, w przeciwnym wypadku wybiorę innego zwycięzcę.
9. Nagrodę wysyłam tylko i wyłącznie na terenie Polski.
10. Koszty związane z wysyłką pokrywa organizatorka konkursu.
11. Zarówno ja, jak i Wydawnictwo Feeria Young nie ponosimy odpowiedzialności za zagubienie przesyłki w czasie jej podróży do zwycięzcy.
12. W konkursie można wziąć udział tylko raz! W przypadku próby jakiegokolwiek obejścia tej zasady, osoba taka zostanie natychmiastowo zdyskwalifikowana.
13. Aby konkurs się odbył musi zgłosić się minimum 5 osób.
14. Regulamin konkursu może ulec zmianie. 
15. Biorąc udział w konkursie akceptujesz regulamin oraz warunki wzięcia udziału w konkursie.
16. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).

Mam wielką nadzieję, że będziecie chcieli wziąć udział w tym rozdaniu, gdyż książka zdecydowanie jest tego warta! 
Pozostaje mi więc tylko życzyć wam powodzenia!

poniedziałek, 3 lipca 2017

[175] Ponad wszystko


Tytuł oryginału: Everything, Everything
Autor: Nicola Yoon
Ilość stron: 328 stron
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ocena: 10/10

Madeline Whittier nie jest zwyczajną osiemnastolatką. Nie może robić tego, co dla jej rówieśników jest normalne, nie może wychodzić z domu i nikt obcy nie może jej odwiedzać. Od siedemnastu lat w jej życiu są tylko i wyłącznie dwie osoby - jej mama oraz Carla, pielęgniarka na cały etat. Maddie choruje bowiem na bardzo rzadką chorobę zwaną SCID, czyli mówiąc krótko - ma ona alergię na dosłownie wszystko. Razem z mamą mieszka w specjalnie przystosowanym dla jej potrzeb domu, gdzie powietrze cały czas jest filtrowane. Uwielbia czytać książki, a te przychodzą do niej szczelnie zamknięte w próżni. Wszystko, co znajduje się na zewnątrz jej domu jest dla niej wyrokiem śmierci. Dotychczas to życie nie sprawiało Maddie zbyt wielkiego problemu - w końcu innego nie znała. Wszystko się zmienia, gdy do domu obok wprowadza się nowa rodzina - mama, tata, córka i syn. I to właśnie ten syn imieniem Olly stał się tym, który wprowadził w jej sterylne i uporządkowane życie tyle zamieszania...

Powiem wam, że dopóki nie usłyszałam o filmie, który powstał na podstawie tej książki, jakoś nie specjalnie zwracałam na nią uwagę. Wydawało mi się, że jest to jakaś zwyczajna historia trochę w stylu Gwiazd naszych wina, dlatego po prostu nie ciągnęło mnie do jej poznania. Ale z dosłownie każdej strony napływały do mnie informacje o tym, jak genialna jest ta powieść, a z racji tego, że chciałam wybrać się na jej ekranizację do kina zdecydowałam, że najpierw muszę poznać jej papierowy pierwowzór. Teraz mogę wam powiedzieć, że Ponad wszystko to jedna z najlepszych książek, jakie czytałam w tym roku, a może i nawet w całym moim czytelniczym życiu!

To, co już na samym początku zwróciło moją uwagę, to te rysunki, których w książce jest pełno. Jak tylko dostałam ją w swoje ręce musiałam pilnować się, żeby za bardzo nie zaglądać do środka, bo nie chciałam robić sobie żadnych spoilerów. Bardzo spodobało mi się to połączenie tekstu z pasującymi do niego ilustracjami autorstwa męża Nicoli Yoon - wyszły mu one po prostu fantastycznie i stały się tym, co na pewno mocno wyróżnia tą pozycję. Nie jest ich za dużo, ale również nie za mało, dzięki czemu nie ma się wrażenia, że czytamy jakąś książkę dla dzieci - to tylko ciekawe uzupełnienie całości, które idealnie pasuje do charakteru Madeline.
Dodatkowo, pod względem wizualnym, również okładka powieści zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie. Przez dłuższy czas nie mogłam zdecydować się, która bardziej mi się podoba - czy ta oryginalna biała, czy też ta filmowa. Koniec końców stwierdziłam, że to właśnie ta z powyższego zdjęcia jest po prostu genialna. Dosłownie nie można od niej oderwać wzroku! Także już pod samym aspektem wizualnym książka bardzo mocno kusi przyszłego czytelnika.

Prócz historii zawartej w Ponad wszystko myślę, że to właśnie styl autorki najbardziej zwrócił moją uwagę i sprawił, że zakochałam się w tej powieści. Książkę czytałam z zapartym tchem! Zanim się za nią zabrałam już jakiś czas dręczył mnie książkowy kac po przeczytaniu Bad Mommy (recenzja klik), a dzięki Ponad wszystko szybko udało mi się z tego wybrnąć. Nicola Yoon pisze w bardzo charakterystyczny i niespotykany sposób, który mnie urzekł już po kilku stronach. Bardzo spodobało mi się tutaj to, w jaki sposób autorka podzieliła fabułę jeśli chodzi o rozdziały - ci co czytali wiedzą, co mam na myśli. Otóż w większości książek spotykamy się z tradycyjnym podziałem rozdziałów - tj. jest jakiś rozdział i akcja ciągnie się w nim na kilka stron. Tutaj natomiast Nicola Yoon zadziałała tak, że czasem w jakimś rozdziale było zaledwie jedno zdanie! Gdy patrzy się na to z daleka wydaje się być to nieco dziwne, jednakże gdy poznaje się całość ma to jak najbardziej sens. Jestem bardzo ciekawa, czy w swojej kolejnej książce (Słońce też jest gwiazdą) również zastosowała taki zabieg, czy tam już trzymała się tego tradycyjnego sposobu.

Fabuła, która została przedstawiona w książce również jest niesamowita. Spodobało mi się to, że choroba Maddie nie stanowi głównego wątku całej powieści, jest tylko jednym z jej elementów. Tak a prawdę chodzi tutaj o przyjaźń, miłość oraz chwytanie z życia pełnymi garściami - bo życie takie jakie wiodła główna bohaterka, wcale nie można nazwać życiem. Na dłuższą metę człowiek nie jest bowiem żyć w zamknięciu, z dala od innych ludzi, od cudów świata oraz od miłości. Jesteśmy tak skonstruowani, że gdy już raz zaznamy tego prawdziwego życia, to już nigdy nie będziemy chcieli wrócić do tego, co było przedtem, tylko wciąż na nowo doświadczać tych wspaniałych emocji.
Ogromnym plusem powieści jest niewątpliwie jego zakończenie. Niestety nie mogę wam zdradzić, na czym jego wyjątkowość polega, ale uwierzcie mi - czegoś takiego z całą pewnością się nie spodziewaliście.

Podsumowując więc, myślę, że już chyba nie muszę więcej wam udowadniać, jak wspaniała okazała się być książka Ponad wszystko. Słyszałam pogłoski, że ekranizacja nie jest taka wspaniała, jak jej papierowy pierwowzór (sama jeszcze nie mogę tego stwierdzić), więc jeśli zawiedliście się na ekranizacji, a książki jeszcze nie czytaliście zmieńcie to czym prędzej, bo jestem święcie przekonana, że z lektury na pewno będziecie zadowoleni. Ja sama bardzo się cieszę, że poznałam historię Maddie oraz Olly'iego właśnie zaczynając od tej powieści, a nie od filmu.
Mówiąc więc krótko - polecam! I to jak!

Za możliwość zapoznania się z książką z całego serca dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu!

sobota, 1 lipca 2017

[25] Podsumowanie czerwca [2017]


No i stało się! Wyczekiwane przez wszystkich wakacje są już z nami. W końcu będzie można nadrobić wszystkie książkowe, filmowe i serialowe zaległości, chociaż pod względem nadrabiania zaległości ja raczej nie muszę narzekać (przynajmniej jeśli chodzi o zaległości czytelnicze).
Mi czerwiec minął na prawdę bardzo szybko - jak dziś pamiętam, jak odliczałam dni do końca semestru i z początkiem czerwca musiałam zmagać się z kilkoma zaliczeniami i egzaminami, a tu proszę, już pierwszy dzień lipca. Powiem wam, że trochę zaczynam się martwić, co ja będę przez to całe wolne robić. Oczywiście cieszę się, że nie muszę jeździć na zajęcia i mam trochę wytchnienia, ale no mimo wszystko nie mam pojęcia, co ja będę robić do października.
Pod względem blogowania czerwiec minął mi na prawdę dobrze. W minionym miesiącu udało mi się opublikować aż szesnaście postów co już dawno mi się nie zdarzyło. Nadrobiłam zaległe recenzje, przeczytałam kilka na prawdę świetnych książek i tym razem też obejrzałam kilka filmów. W czerwcu na blogu miał miejsce również konkurs z książką objętą moim patronatem - co prawda nie było tak licznie, jak się spodziewałam, ale i tak się cieszę, że mogłam komuś z was podarować tą książkę. Dodatkowo udało mi się objąć patronatem kolejną świetną książkę z dorobku Wydawnictwa Feeria Young i jest to w dodatku powieść polskiej młodej autorki. Premiera Friendzone Sandry Nowaczyk (bo o niej tu mowa) już 5 lipca!
Po dalsze szczegóły zapraszam was do dalszej części posta!

Liczba wyświetleń: 119,762
(o 4 986 więcej, niż w maju)
Obserwatorzy: 434
(o 8 więcej, niż w maju)
Polubienia na FB: 250
(o 30 więcej, niż w maju)
Polubienia na IG: 346
(o 28 więcej, niż w maju)


W czerwcu udało mi się przeczytać siedem książek, czyli tyle samo, ile w maju. Jestem na prawdę zadowolona z tego wyniku oraz z tego, że udało mi się go utrzymać i oczywiście mam nadzieję, że lipcu wynik ten będzie jeszcze lepszy. Większość z przeczytanych pozycji uważam za na prawdę udane - w sumie tylko do dwóch miałabym jakieś ale. Najlepszą ze wszystkich okazała się być Czerwień rubinu oraz Ponad wszystko, a najgorszą Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Magiczny przewodnik po filmie. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że takie dodatki nie są dla mnie i raczej na pewno już po coś podobnego nie sięgnę.
W czerwcu udało by mi się przeczytać jeszcze jedną książkę, ale utknęłam w połowie i nie wiem, co z tym fantem zrobić. Dodatkowo jest to egzemplarz recenzencki, Wydawnictwo domaga się recenzji, a ja nie mogę jej napisać, bo nie mogę dobrnąć do końca... Ah te problemy recenzentów!



Jak pewnie pamiętacie od dawna zmagam się z tym, że na prawdę mało ostatnio oglądam filmów. Widzę jednak, że chyba coś mi się tutaj powoli zmienia, bo w czerwcu obejrzałam ich aż cztery - co w porównaniu z poprzednimi podsumowaniami jest na prawdę bardzo dobrym wynikiem. Gdyby miała wybrać najlepszy z nich, wskazałabym Dziennik Bridget Jones. Najgorszą z całej czwórki okazała się animacja Klopsiki kontratakują. Pisałam już o tym w recenzji, dlatego nie będę się powtarzać, ale film był na prawdę słaby i jeśli jeszcze raz stanęłabym przed nim po raz pierwszy, na pewno nie traciłabym już na niego czasu. 



Z pozostałych postów na blogu ukazało się tradycyjnie podsumowanie poprzedniego miesiąca, zaległy post z książkowymi zdobyczami maja, książkowe zdobycze czerwca oraz dwa posty konkursowe. Dodatkowo też wzięłam udział w konkursie, który dla bloggerów organizowało Wydawnictwo Moondrive i na potrzeby właśnie tego konkursu opublikowałam na blogu post Mój początek wszystkiego.


Tak właśnie prezentował się mój czerwiec - jak dla mnie całkiem udany. A jakie mam plany na lipiec? Chciałam opublikować u siebie post z moją listą książek idealnych na lato, ale tak się teraz zastanawiam, czy to aby na pewno jest dobry pomysł, bo w sumie teraz co raz częściej widzę takie rankingi na innych blogach i nie wiem, czy chcieli byście jeszcze o tym czytać (dajcie znać w komentarzach). Chciałabym też w końcu napisać post na temat książkowej miłości, nad którym pracuję już chyba pół roku i coś go skończyć nie mogę... Wydawało mi się, że jest to na prawdę ciekawy pomysł na post, ale chyba gdzieś po drodze zgubiłam ten pomysł na wykończenie go. Chciałabym też w końcu napisać recenzję serialu Riverdale i Trzynaście powodów (który najpierw muszę skończyć). Zastanawiałam się też nad zrobieniem listy książek, które chciałabym przeczytać we wakacje, ale to jest dopiero świeży pomysł, więc nie wiem, jak to z nim tam będzie. Bardzo możliwe, że niedługo też na blogu pojawi się nowy konkurs, gdzie do wygrania będzie jedna z książek z dorobku Wydawnictwa Kobiecego, także uważnie śledźcie bloga!

A wam jak minął czerwiec? Jesteście z niego zadowoleni? I jakie macie plany na lipiec? Koniecznie dajcie mi o tym znać w komentarzach!
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek