piątek, 10 listopada 2017

[99] FILMOWO: Before I Fall

Tytuł oryginału: Before I Fall

Reżyseria: Ry Russo-Young

Scenariusz: Maria Maggenti, Gina Prince-Bythewood

Gatunek: Dramat

Produkcja: USA

Na podstawie: Lauren Oliver "7 razy dziś"

Czas trwania:1 godz. 39 min.

Premiera: 21 stycznia 2017 (świat)

Obsada: Zoey Deutch, Halston Sage, Jennifer Beals, Nicholas Lea, Diego Boneta, Elena Kampouris, Logan MillerMedalion Rahimi, Cynthy Wu

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Powiem wam, że choć na książkę 7 razy dziś Lauren Oliver jakoś nigdy nie miałam zbyt szczególnie ochoty, to jednak gdy tylko dowiedziałam się, że ma powstać jej ekranizacja, nie mogłam się tego doczekać. Trochę czasu zajęło mi zanim się w końcu z nią zapoznałam, gdyż po drodze miałam jednak małe wątpliwości - coś mi mówiło, że będzie to tylko jedna wielka strata czasu i tyle. Dlatego bardzo się cieszę, że było wręcz odwrotnie, bo Before I Fall okazało się być na prawdę całkiem niezłą produkcją, którą tak na prawdę każdy powinien obejrzeć - niektórym zdecydowanie by się to przydało.


Samantha Kingston należy do grona najpopularniejszych dziewczyn w szkole. Ma wszystko, czego mogłaby tylko zapragnąć, a dzisiaj w Walentynki ma spędzić noc ze swoim chłopakiem. Wszystko układa się idealnie, jednak podczas imprezy pojawia się Juliet - szkolna wariatka. Jej przyjście doprowadza dziewczyny do konfrontacji, przez co cała grupa ucieka z imprezy. W drodze powrotnej dochodzi do groźnego wypadku samochodowego, jednak zamiast umrzeć Samantha budzi się - znów w piątek 14 lutego. Wszystko przebiega tak samo, jak dzień wcześniej i dziewczyna nie wie, czy wypadek to tylko okropny sen, czy cały dzień to jedno wielkie szaleństwo. W końcu, gdy ten dzień zbliża się ku końcowi, a dziewczyna ponownie się budzi, znów jest piątek. Zdezorientowana Samantha próbuje zrobić wszystko, aby jej życie powróciło.


Ów pomysł z powtarzającym się dniem nie jest w sumie już taki oryginalny - często bowiem można spotkać filmy, czy książki, które poruszają właśnie ten motyw. Powiem wam jednak, że mnie zawsze coś do tego motywu mimo wszystko przyciąga - chyba chodzi głównie o to, że zawsze bohater, który utkwił w takiej pętli czasu uczy się na swoich błędach i z aroganckiego i zarozumiałego staje się nareszcie dobry, bo w końcu zrozumiał swoje złe postępowanie. Nie inaczej z resztą było i w tej produkcji. Co spodobało mi się akurat w filmie pod względem właśnie tego motywu? Myślę, że chyba właśnie to, że twórcy nie przedstawili Samanthy tak, jakby od razu wiedziała, o co chodzi i jak ma się w takiej sytuacji zachować. Najpierw było oczywiście uczucie déjà vu, które ogarnęło ją w pierwszym powtarzającym się dniu. Gdy w końcu zaczęła dostrzegać i rozumieć to, co się dzieje myślała, że wie, co musi zrobić, aby się obudzić i właśnie to starała się osiągnąć. Ale to nie był koniec - mogliśmy obserwować, jak dziewczynie towarzyszy strach, złość (wręcz wściekłość), bunt, czy w końcu poczucie bezradności. Sama Zoey Deutch świetnie z resztą to wszystko pokazała - bez problemu można było dostrzec te wszystkie targające bohaterką emocje. Bardzo spodobało mi się też, że Samantha w końcu dostrzega to co jest złe, a co dotychczas uważała za całkiem normalne i zwyczajne. Zauważyła, jak zachowanie jej i jej przyjaciółek wpływa na innych i jak wielki wpływ może to mieć na przyszłość. Dostrzegła, kto jest jej prawdziwym przyjacielem na dobre i na złe i kogo powinna się trzymać.

Oglądając Before I Fall szybko doszłam do wniosku, że produkcję tą powinien obejrzeć tak na prawdę każdy - bez względu na wiek, płeć czy zainteresowania. Każdy z nas zna chyba taką osobę, albo sam takim kimś jest, kto zachowuje się tak, jakby to on był najważniejszy. Nie zważa na uczucia innych, nie dostrzega, że jego z pozoru normalne zachowanie może ranić innych i wpływać na ich dalsze życiowe wybory A wystarczyło by przecież powstrzymać się od jednego złośliwego komentarza, pogardliwego spojrzenia. Wystarczyłoby pokazać, że mimo dzielących nas różnic tak na prawdę szanujemy tego kogoś takim jaki on jest. To mogłoby uratować niejednego.


W Before I Fall niesamowicie mocno podobał mi się klimat, w jakim film został stworzony. Mam tutaj na myśli głównie miejsce akcji i te wszystkie widoki, ale również sposób przedstawienia fabuły. Cieszę się, że twórcy filmu nie przedstawili tej historii jako takiej typowej młodzieżówki - owszem, widać, że produkcja ta skierowana jest głównie do tej grupy wiekowej, ale jednak chociażby ja (nie zaliczająca się już do tego grona) nie miałam z nią najmniejszego problemu, a wręcz przeciwnie idealnie się do niej dopasowałam. Myślę także, że gdyby skierowano się w nieco innym kierunku, ten film nie byłby już taki sam (śmiało mogę powiedzieć, że byłby po prostu słaby).

Jak wspominałam wcześniej bardzo spodobała mi się gra aktorska Zoey Deutch. Choć jak mówiłam nie czytałam książki, więc nie mam żadnego porównania do jej książkowej postaci, to jednak moim zdaniem wcielając się w postać Samanthy dała z siebie po prostu wszystko. Oglądając ją nie miałam wrażenia, że gra, tylko że autentycznie jest graną przez siebie postacią. Akurat w tym przypadku niei wyobrażam sobie nikogo, kto mógłby ją zastąpić.
W przypadku pozostałych aktorów nie mam tak na prawdę żadnych uwag - z wyjątkiem Juliet i grającej jej Eleny Kampouris - jak dla mnie ta postać była zwyczajnie jedną wielką porażką. Elena była tak sztuczna i sztywna, że już bardziej chyba by się nie dało... Swoją grą całkowicie zepsuła tą postać, którą można by na prawdę ciekawie przedstawić. Nie wiem, jaka była ona w książce, ale tutaj to po prostu istna katastrofa. Jedyny moment, w którym mogłabym uznać ją za autentyczną, to już końcówka filmu i tak na prawdę jedno zdanie - to chyba mówi samo za siebie.


Przechodząc już więc do podsumowania, czy po obejrzeniu filmu sięgnę po książkę - raczej nie... Nie chodzi o to, że historia zawarta w Before I Fall mnie nie zainteresowała, bo tego zdecydowanie nie mogę powiedzieć. Jak dla mnie jednak jest to już temat zamknięty - film podobał mi się na prawdę bardzo mocno i nie chciałabym książką psuć sobie swojej opinii. Może kiedyś, gdy już na prawdę nie będę miała czego czytać zdecyduję się na nią, ale jak na razie mówię stanowcze nie.
Co do filmu to gorąco wam go polecam! Jest na prawdę przemyślany i dobrze zrobiony, a aktorzy w nim grający (wyłączając oczywiście Elenę) tylko dopełniają całości. Sama historia również daje na prawdę wiele do myślenia i myślę, że już samo to wielu z was powinno zachęcić do sięgnięcia po tą ekranizację. Ja z całą pewnością jeszcze nie raz do niej powrócę i mam wielką nadzieje, że z wami będzie dokładnie tak samo!


piątek, 3 listopada 2017

[32] Książkowe zdobycze października [2017]


Witajcie kochani! Październik pod względem nowo przybyłych do mnie książek okazał się być bardzo owocny w porównaniu z poprzednimi miesiącami. Jeśli dobrze naliczyłam trafiło do mnie bowiem aż siedem książek. Trzy z nich mam już za sobą, natomiast reszta, z racji mojej ostatniej niemocy czytelniczej, nadal cierpliwie czeka na swoją kolej.

1. Uwiedź mnie Abbi Glines [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Pascal] recenzja
2. Naznaczeni. Piramida strachu Jennifer Lynn Barnes [j.w.]
3. Until November Aurora Rose Reynolds [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Editio Red] recenzja
4. Szczęście w miłości Kasie West [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria Young]
5. Wróć, jeśli masz odwagę Estelle Maskame [j.w.]
6. Mirror mirror Cara Delevinge, Rowan Coleman [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Jaguar]
7. Szukając Kopciuszka Colleen Hoover [zakup własny]

W moje łapki w końcu trafi kolejny tom z serii Sea Breeze, choć jak wspominałam już recenzji, nie jestem do tej części jakoś wielce przekonana. Nie będę się jednak tutaj na ten temat rozpisywać, gdyż jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z moją opinią na temat tej książki odsyłam was do jej recenzji. Powie tylko, że jak dotąd był to chyba najsłabszy tom z serii i raczej nie miałabym ochoty poznawać go ponownie. Ale z racji tego, że jednak fanką serii jestem, bardzo się cieszę, że mogłam się z nim zapoznać. 
Również od Wydawnictwa Pascal otrzymałam także kolejny tom z serii Naznaczeni. Poprzednie dwie części, to jest Naznaczeni i Naznaczeni. Mroczna strona bardzo mi się spodobały (głównie mam tutaj na myśli połączenie książki młodzieżowej z kryminałem) i zwyczajnie nie wyobrażam sobie, abym nie zapoznała się i z tą częścią. Zaczęłam ją już czytać jakiś czas temu, ale jak to wspominałam na swoim instagramie, "męczę" ją już od jakiegoś czasu i nie mogę dobrnąć do końca. Ale jak zawsze winię za wszystko moją niemoc czytelniczą!
Dalej jest książka niespodzianka od Wydawnictwa Editio Red, czyli Until November. I eh... na prawdę nie wiem, co na jej temat jeszcze powiedzieć. Z jednej strony mi się podobała, a z drugiej tak mnie denerwowała, że zwyczajnie miałam ochotę odłożyć ją w trakcie czytania. Wcześniej nie słyszałam o tej powieści i podejrzewam, że gdyby nie to, że Wydawnictwo samo mi ją przesłało, raczej tak szybko bym się z nią nie zapoznała.
Jak też wspominałam jestem wielką fanką książek Kasie West i już od jakiegoś czasu biorę powieści tej autorki po prostu w ciemno. I właśnie nie mam bladego pojęcia tak na prawdę, o czym jest ta nowa Kasie, ale myślę, że i tak mi się spodoba. Sądzę, że to właśnie za nią zabiorę się w następnej kolejności.
To samo w zasadzie mogę powiedzieć o twórczości Estelle Maskame. Jestem wielką fanką jej serii DIMILY i gdy dowiedziałam się, że Estelle ma dla nas coś całkiem nowego nie posiadałam się z radości. Nie chcę zbyt wiele od Wróć, jeśli masz odwagę oczekiwać, gdyż coś tak troszeczkę podpowiada mi, że mogę się rozczarować, jednak mimo wszystko jestem pozytywnie do niej nastawiona.
Mirror mirror to książka, która tym, że się w ogóle pojawiła zaskoczyła mnie niemiłosiernie. Pamiętam, że gdy dowiedziałam się o niej i że wyszła z pod pióra Cary Delevinge, prawie spadłam z krzesła. No bo wiecie, taka książka to na pewno tylko chwyt reklamowy, bo Cara jest teraz na topie - takie myśli do mnie przyszły, gdy o tej pozycji usłyszałam. Ale właśnie z tego powodu postanowiłam dać tej pozycji szansę, bo może się okaże, że Cara to kuźnia talentów i nawet w pisaniu idzie jej całkiem nieźle. Także no nie wiem, nie wiem, ale zobaczymy jak to będzie.
I na koniec totalne zaskoczenie jakie mnie ostatnio spotkało, czyli informacja, że Wydawnictwo Moondrive postanowiło wydać Szukając Kopciuszka w formie papierowej! Pamiętam, jak rozpaczałam, że Wydawnictwo nie chce wydać książki normalnie, przez co nie mogłam mieć kompletnej serii na półce. No i proszę, w końcu moje marzenie się spełniło!

Także tak właśnie prezentują się moje książkowe zdobycze października. Myślałam, że będzie ich jeszcze troszkę więcej, bo spodziewam się jeszcze chyba dwóch pozycji, ale wychodzi na to, że pokażę je wam w poście na listopad.
No wiec pytam - czytaliście coś, co polecacie?

środa, 1 listopada 2017

[29] Podsumowanie października [2017]


Hej kochani! Dziś oficjalnie zaczął się nam już listopad. Powiem wam, że jeśli o mnie chodzi, to choć jestem bardzo ciekawa co ciekawego ten miesiąc ze sobą przyniesie, t z drugiej strony również się go obawiam. Obawy te dotyczą głównie moich studiów (wiecie praktyki i te sprawy), ale również boga, bo powiedzmy to sobie szczerze - opuściłam się i to bardzo. Nie chcę wspominać o tym znowu, bo ostatnio chyba w każdym podsumowaniu mówię o tym, jak męczy mnie niemoc czytelnicza i ogólna niechęć do wszystkiego, co związane z blogiem (aż w końcu powiedzie "ugh... weź już w końcu przestań"). Może plusem jest jednak, że tego pierwszego listopada jestem dość pozytywnie nastawiona i mam nadzieję tylko, że już juto to nastawienie mnie nie opuści...

Jeśli chodzi o to, co działo się w październiku u mnie na blogu, to jakoś za głośno nie było. Pojawiło się siedem postów (co wydawać by się mogło, wcale tak mało nie jest), gdzie jednak tak na prawdę, pomijając zaległe wpisy i posty, które pojawiają się co miesiąc, opublikowałam tylko trzy właściwe recenzje. Dużo, czy mało? Powiecie lepiej trzy, niż nic, jednak mnie ten wynik kompletnie nie zadowala... Jednak no... lepiej trzy, niż nic!

Liczba wyświetleń: 136,808
(o 3 541 więcej, niż we wrześniu)
Liczba obserwatorów: 454
(bez zmian)
Polubienia na FB: 259
(o 4 więcej, niż we wrześniu)
Polubienia na IG: 435
(o 8 więcej, niż we wrześniu)
Polubienia na Twitterze: 7


W październiku przeczytałam w sumie trzy książki (kalendarza nie liczę) - Uwiedź mnie, Until November oraz Hamleta na zajęcia z arcydzieł literatury światowej. A jeśli jesteśmy już przy tym hamlecie to powiem wam, że jestem na prawdę zaskoczona tym, ze pozycja ta tak mi się spodobała! Z czasów szkolnych miałam awersję do dzieł Szekspira i obawiałam się, że nie będę w stanie przebrnąć nawet przez pierwszych kilka stron Hamleta, a tu proszę taka niespodzianka! Zastanowię się jeszcze, czy pisać o tym recenzję, czy nie. Jeśli chodzi o pozostałe dwie książki, to październik minął mi zdecydowanie pod znakiem erotyków/romansów. Jakoś nie miałam weny na poznawanie czegokolwiek innego. Chyba nie umiałabym wybrać, która z tych dwóch powyższych pozycji spodobała mi się bardziej - każda miała swoje plusy i minusy. Jednak zdecydowanie bardzo się cieszę, że mogła zapoznać się z nimi w minionym miesiącu.

alicja w krainie czarów. kalendarz 2018 | uwiedź mnie | until november

Z postów filmowych na blogu pojawiły się w październiku jedynie dwie zaległe recenzje (tj. Błękit szafiru oraz Dziewczyna z pociągu).
Z pozostałych wpisów pojawiło się tradycyjnie podsumowanie poprzedniego miesiąca oraz książkowe zdobycze września.


Jak więc widzicie, październik nie był dla mnie zbyt szalowym miesiącem. Odnośnie bloga wydarzyło się bardzo mało. Jedyne, co się tak na prawdę zmieniło to to, że założyłam konto na Twitterze, do którego możecie się dostać klikając w ikonkę TT w prawym górny rogu. 

Jeśli chodzi o listopad, przede wszystkim chciałabym się skupić na nadgonieniu tych wszystkich zaległości, przeczytaniu chociaż dwóch egzemplarzy recenzenckich, które znowu zaczynają się u mnie zbierać i ogólnym ogarnięciu tego wszystkiego. Nie wiem, ja to będzie, gdyż obawiam się, że nie będę miała za bardzo czasu przez studia oraz przeprowadzkę, ale no... postaram się!
A jak wam minął październik?

wtorek, 17 października 2017

[193] Until November


Tytuł oryginału: Until November
Autor: Aurora Rose Reynolds
Cykl: Do utraty tchu
Tom: 1
Ilość stron: 210 stron
Wydawnictwo: Editio
Ocena: 5/10

Na swoim Instagramie wspominałam wam ostatnio, że książka Until November wpadła do mnie dość niespodziewanie. Nie lubię otrzymywać egzemplarzy recenzenckich, o których nie miałam pojęcia, gdyż z reguły nie trafiają one wówczas w moje czytelnicze gusta. Jednak gdy zapoznałam się z opisem tej książki wydała mi się być całkiem ciekawa i wyczekiwałam momentu, kiedy w końcu będę mogła się z nią zapoznać. Powiem wam, że czytanie Until November było, jak jazda na rollercoasterze - tak bardzo bowiem zmieniały się moje odczucia w stosunku do niej w trakcie lektury. Doszło do tego, że sama już nie wiem, co mam o niej myśleć...

Już po okładce książki widać, że Until November to typowy erotyk, jednakże mi spodobało się, że została utrzymana ona w takich jasnych, powiedziałabym nawet, że w pastelowych kolorach. Zazwyczaj erotyki prezentowane są w ciemniejszych tonach, dlatego tak okładka to przyjemna odmiana dla oka. 

Główną bohaterką książki jest tytułowa November - dziewczyna, która z racji pobicia, którego stała się ofiarą w Nowym Jorku, postanawia przeprowadzić się do ojca do Tennessee. Okoliczności w jakich ją poznajemy są bardzo ciekawe i tajemnicze, bo choć dziewczyna wyjaśnia mniej więcej swoją sytuację, to jednak nie znamy dokładnie wszystkich szczegółów a to sprawia, że mamy ochotę dowiedzieć się wszystkiego jeszcze bardziej. Czytając opis książki bardzo spodobał mi się pomysł na to, aby przedstawić ojca dziewczyny jako właściciela klubu ze striptizem i miałam wielką nadzieję, że autorka jakoś ten wątek pociągnie. Niestety tutaj bardzo się przeliczyłam, bo otrzymałam zaledwie wzmiankę o tym - tak na prawdę autorka bardzo mało wspominam nam, jak to się stało, że November oraz jej ojciec się odnaleźli. Mówi nam tylko, że bohaterka została wychowana przez matkę, która postanowiła ograniczyć kontakt z dzieckiem ojcu dziewczyny i z którą nie miała łatwego życia (mówiąc łagodnie) oraz że gdy dziewczyna miała osiemnaście lat ten kontakt z ojcem - Wielkim Mike'iem - się odnowił. Przez całą książkę liczyłam, że może jednak Aurora Rose Reynolds opowiem nam jeszcze co nie co na temat rodziny November ze strony ojca, jednak autorka tak na prawdę postanowiła ten temat przemilczeć - ot, pojawił się on tylko na początku i później wiemy tylko, że rodzina ta w życiu November była. Jak więc mówiłam jestem tym z lekka rozczarowana. 
Dalej, w trakcie czytania książki, bardzo szybko dowiadujemy się, że dziewczynę zaczyna coś łączyć z Asherem - pracownikiem ochrony klubu (chociaż jak się później okazuje ten wątek jest troszkę zagmatwany, więc nie będę się wdawała tutaj w żadne szczegóły). Powiem wam, że dotąd jak na razie książka bardzo mi się podobała i myślę, że mogę nawet śmiało powiedzieć, że byłam nią lekko oczarowana - od dawna potrzebowałam takiego dobrego romansidła i liczyłam, że właśnie dzięki Until November to dostanę. Po drodze dowiadujemy się oczywiście różnych nowych ciekawostek z życia zarówno November, jak i Ashera. Autorka wtrąca też wątek o tym, że życie November powoli zaczyna być w niebezpieczeństwie, co ma być ponoć skutkiem napadu, który spowodował przyjazd dziewczyny do ojca.

I jak mówiłam wszystko było dobrze, do czasu, aż autorka zaczęła dla mnie porządnie przesadzać. Pierwsze, co zaczęło mnie drażnić w bohaterach to to, że Asher był za bardzo dominującym  typem - serio, nie wierzę, że w prawdziwym życiu takie osoby się zdarzają - a drugi to to, że November była taka aż nazbyt rozemocjonowana i nie umiała żyć samodzielnie - jak dla mnie cały czas potrzebowała kogoś, kto dyrygowałby za nią wszystkimi jej życiowymi problemami. Ale myślałam, że jest to tylko taki chwilowy wybuch pisarskich ambicji autorki i że może jednak im dalej w las, tym będzie lepiej.... nie było... Choć na początku bardzo lubiłam Ashera oraz November bardzo szybko zaczęli mnie oni denerwować i doszło do tego, że w myślach zaczęłam ich dość często przedrzeźniać (szczególnie November). Tak, jak mówiłam, w Asherze bardzo nie podobało mi się to, że zawsze wszystko musiało być tak, jak on chciał. Było widać, że nie robi tego, żeby zaspokoić swoje potrzeby, lecz dba o dobro dziewczyny, no ale jak dla mnie to już była totalna przesada - nakazywanie komuś wprowadzenia się do swojego domu po dniu znajomości, wkurzanie się za każdym razem, gdy November choćby pomyślała o innym facecie, wybuchy złości, gdy dziewczyna nie chciała zrobić czegoś, co Asher chciał, czy w końcu traktowanie jej jak laleczki lub dużego dziecka.... No ej bez przesady! Ale, żeby nie było, że to wszystko wina Ashera, November wcale nie była lepsza. Z początku wydawała mi się być bardzo zabawna i podziwiałam ją za to, że mimo i matka tak źle ją traktowała, nadal pozostała pogodna i pełna życia. Jednak jej dalsze reakcje na zwykłe błahostki były już po prostu przesadzone. Najbardziej denerwowało mnie to, że nie miała ona tak na prawdę własnego rozumu... To Asher musiał jej uświadamiać, czego ona tak na prawdę chce. Wystarczyło, żeby chłopak zatrzepotał rzęsami, seksownie się do niej uśmiechnął, czy pocałował, a ona już całkowicie traciła dla niego głowę i zgadzała się na wszystko, co ten chciał. Jednak czarę goryczy przelało to, że to Ahser musiał zapisać ją do ginekologa, bo ona zapomniała..... Boże, jak to piszę to aż mi wstyd za tą kobietę. Szczerze, to nie wiem, co wstąpiło w autorkę, jak pisała swoją książkę, ale mam nadzieję, że w kolejnych tomach to coś ją zostawi, a ona zastanowi się najpierw sto razy, zanim znowu zacznie w taki sposób kreować swoich bohaterów. Moim zdaniem na prawdę wiele przez to stracili, a szkoda, bo zapowiadali się na prawdę dobrze i myślałam, że dołączą do grona moich ulubionych książkowych par.

Byłam zawiedziona również tym, że choć autorka przez cały czas kusiła nas tym wątkiem prześladowania November, to koniec końców nie wyszło z tego nic ciekawego. Nie chcę zdradzać wam tutaj za dużo z fabuły, ale no spodziewałam się większej ilości akcji. Nawet ta końcowa walka, że tak to ujmę, była jak dla mnie po prostu słaba i wciśnięta na siłę. Myślę sobie nawet, że gdyby autorka całkowicie zrezygnowała z tego wątku, to nic by się nie stało, a książka mogłaby być nawet lepsza.
Żeby nie było jednak, że wciąż jestem na nie, to powiem, że bardzo podobało mi się przedstawienie dalszego życia głównych bohaterów. Autorka nie zostawiła nas w niewiedzy, tylko czarno na białym zaprezentował, jak ułożyło się życie November i Ashera.

I pewnie czytając tą recenzję myślicie sobie, że książka mi się totalnie nie podobała i nie mam zamiaru sięgać po kolejne tomy z serii - otóż nie! Mimo wszystko, podsumowując ogólnie moje odczucia co do tej powieści powiem wam, że książka mi się podobała, przyjemnie mi się poznawało zawartą w niej historię i chcę poznać dalsze części z pod pióra autorki. Bo choć główni bohaterowie mnie denerwowali, a sam styl pisarski autorki wymaga jednak dopracowania, to historia mnie wciągnęła i z ciekawością śledziłam to, co będzie dalej. Było w książce kilka takich momentów które na prawdę mi się podobały i nawet bawiły, ale jednak było ich zdecydowanie za mało. Odnośnie kolejnych tomów nie mam już żadnych oczekiwań, ale z czystej ciekawości chcę się z nimi zapoznać, aby zobaczyć, czy może dalej będzie lepiej. Widziałam, że kolejny z nich ma opowiadać historię Trevora (jednego z braci Ashera) oraz Lizz, której tak mało było w Until November, a to zapowiada się nawet interesująco. Także trzymam kciuki za to, żeby dalej było już tylko lepiej, bo jeśli autorka zrobi z Lizz taką bezmózgą panienkę, a z Trevora jednego wielkiego samca alfa, to chyba już tego nie zniosę.
Czy polecam książkę? Powiem tak, jeśli macie ochotę na lekki romans to tak, ale nie spodziewajcie się tutaj cudów.

DO UTRATY TCHU:
until november | until trevor |until lilly | until nico

Za możliwość zapoznania się z książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Editio.

niedziela, 15 października 2017

[192] Uwiedź mnie


Tytuł oryginału: Misbehaving
Autor: Abbi Glines
Cykl: Sea Breeze
Tom: 6
Ilość stron: 384 strony
Wydawnictwo: Pascal
Ocena: 6/10

Wypożycz Uwiedź mnie Abbi Glines w bibliotece!

Z tego co pamiętam już nie raz, nie dwa wspominałam wam, że jestem wielką fanką serii Sea Breeze - jej bohaterów (w szczególności płci męskiej oczywiście), miejsca akcji, czy w końcu samego fantastycznego stylu Abbi Glines. Zawsze z wielkim sentymentem wspominam poprzednie części serii i chociaż bardzo mocno wyczekuję kolejnych tomów, to jednak z drugiej strony zaczynam rozpaczać, że powoli będzie to już koniec. Jak mówiłam bardzo polubiłam wszystkich bohaterów serii i ciężko będzie mi się z nimi rozstać (niestety ponowne czytanie to już nie to samo).

W Uwiedź mnie poznajemy historię Jasona Stone'a czyli młodszego brata Jaxa z pierwszego tomu serii, oraz Jess - kuzynki Rocka. Z tego co zrozumiałam pojawiała się ona ponoś przelotnie w poprzednich tomach, ale ja jakoś nie mogę sobie jej w ogóle przypomnieć. Powiem wam, że ciekawie czytało się książkę, gdzie to dziewczyna jest tą bardziej rozpustną, że tak powiem, natomiast chłopak jest bardziej w typie introwertyka. Z początku w ogóle myślałam, że autorka ukaże Jasona jako taką męską wersję typowej żeńskiej bohaterki z romansów - wiecie, facet, który jest nieśmiały, nie doświadczony w sprawach seksu i w ogóle taki wycofany. Myślałam, że Jess okaże się być taka, jak np. Cage, czy Preston i szczerze za bardzo nie spodobał mi się ten pomysł. Ale bardzo szybko okazało się, że tak nie będzie (no może po części co nie co się tam zgadzało, ale nie to czego sie najbardziej obawiałam) z czego się bardzo ucieszyłam.
Jeśli chodzi o Jess i Jasona to ogólnie mogę powiedzieć, że polubiłam ich, ale jednak nie tak bardzo, jak wszystkich poprzednich bohaterów. Chyba za bardzo różnili się oni od tej stałej ekipy z poprzednich części, przez co nie mogłam zapałać do nich aż tak dużą sympatią. Bardzo spodobał mi się jednak wątek związany z Jess - jej historia, relacje z matką, czy w końcu to, jaka stała się po bliższym poznaniu Jasona. Bardzo ciekawie mi się to czytało i z wielkim zainteresowanie śledziłam każdy nowy wątek. Jeśli natomiast chodzi o Jasona to muszę powiedzieć, że wiele razy jego podejście mnie mocno denerwowało. Przyzwyczaiłam się już do tego, że chłopcy w książkach Abbi Glines są mimo wszystko oddani dziewczynom, które im się podobają, a tutaj czasem tak nie było. Gdy tak teraz o tym myślę nie potrafię do końca stwierdzić, dlaczego Jason nie do końca przypadł mi do gustu. Chyba po prostu inaczej go sobie wyobrażałam, gdy autorka wprowadzała go w poprzednich częściach serii.
Jedną rzeczą, która mi tutaj jeszcze nie pasowała była postawa Jaxa wobec brata. Wydał mi się tutaj za bardzo wścibski i chamski, a gdy poznałam go w Oddychaj mną zdecydowanie taki nie był. Nie wiem, czy ja go po prostu jakoś inaczej postrzegam, czy autorka aż tak bardzo postanowiła go zmienić, no ale  nie spodobało mi się to.

Ogólnie odnośnie książki powiem tak - nie było źle (było całkiem przyjemnie), jednak uważam, że Uwiedź mnie to jak dotąd najsłabsza z części, jaką napisała Abbi Glines. Nie mówię, że w ogóle mi się nie podobała, bo to by była nie prawda, jednakże odnoszę takie wrażenie jakby była napisana po to, żeby dać autorce trochę więcej czasu na wymyślenie dalszego głównego wątku serii. Sądzę, że gdyby nawet zabrakło tej części, tak na prawdę nic by się nie stało i żaden z fanów serii nie miał by z tego względu żadnych pretensji do autorki.

Tak więc podsumowując już powiem, że jak zawsze świetnie się czułam mogąc poznawać kolejną historię z Sea Breeze z pod pióra Abbi Glines, ale nie jestem nią jednak do końca usatysfakcjonowana. Mimo to nie wyobrażam sobie, abym mogła tą część pominąć, więc jeśli o tym myślicie, to koniecznie przestańcie! Jeśli tak jak ja jesteście fanami serii i Abbi, koniecznie musicie ją przeczytać. Ja teraz z wielką niecierpliwością czekam na kolejny tom z serii i mam tylko nadzieję, że nie potrwa to długo!

SEA BREEZE:
oddychaj mną | wybierz mnie | ocal mnie | dotknij mnie | zatrzymaj mnie | uwiedź mnie | bad for you | hold on tight | until the end

Za możliwość zapoznania się z kolejnym tomem mojej ulubionej serii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Pascal!

piątek, 13 października 2017

[98] FILMOWO: Dziewczyna z pociągu

Tytuł oryginału: The Girl on the Train

Reżyseria: Tate Taylor

Scenariusz:  Erin Cressida Wilson

Gatunek: Thriller

Produkcja: USA

Na podstawie: Paula Hawkins "Dziewczyna z pociągu"

Czas trwania: 1 godz. 52 min.

Premiera: 7 października 2016 (Polska), 20 września 2016 (świat)

Obsada: Emily Blunt, Haley Bennett, Rebecca Ferguson, Justin Theroux, Luke Evans

Ocena: 5/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Rzadko zdarza mi się, abym do jakiegoś filmu podchodziła kilka razy (i w dodatku, żebym musiała się do tego zmuszać). Z reguły mam tak, że zwyczajnie oglądam produkcje od deski do deski, bo nie lubię pozostawiać ich niedokończonych. W przypadku Dziewczyny z pociągu było jednak nieco inaczej. Jakiś czas temu czytałam książkę Pauli Hawkins (recenzja klik), na której podstawie powstała właśnie ta ekranizacja i możecie nawet pamiętać, że bardzo mi się ona podobała (wbrew temu, co sądzi o niej większość czytelników). Pamiętam, że już w trakcie jej czytania bardzo chciałam zapoznać się z jej filmową adaptacją i musiałam dosłownie siłą zmuszać się, aby wytrzymać do końca. Gdy więc w końcu przyszedł ten dzień, w którym w końcu ukończyłam powieść i mogłam w spokoju zabrać się za oglądanie, cieszyłam się jak małe dziecko. Jednakże moja radość szybko przeszła w rozczarowanie, gdyż film strasznie mnie nudził... Nie doszłam nawet do połowy, ale już wiedziałam, że nie dam rady w tym momencie dokończyć Dziewczyny z pociągu. Nie ukrywam, że byłam tym mocno rozczarowana, bo spodziewałam się czegoś na prawdę wyjątkowego. Nie dałam jednak za wygraną i po jakimś czasie zrobiłam do tej produkcji drugie podejście - tak, udało mi się obejrzeć do końca, ale nie wiem, czy gra była tak na prawdę warta świeczki...


Nie wiem, czy muszę wam mówić, o czym jest ten film, ale tak dla przypomnienia wspomnę tylko, że pewnego dnia dochodzi do zaginięcia młodej kobiety. Rachel (myślę, że można nazwać ją główną bohaterką) codziennie podróżuje pociągiem do pracy tą samą trasą i mija dom zaginionej kobiety. Już od jakiegoś czasu zawzięcie śledzi to, co dzieje się w jej domu, a w dniu jej zaginięcia widzi, że kobieta całuje się z mężczyzną, który nie jest jej mężem. Gdy dowiaduje się o zaginięciu kobiety postanawia zrobić wszystko, aby w jakiś sposób pomóc przy sprawie. Jednakże to wszystko nie jest wcale takie proste i Rachel ma w związku z tym znacznie więcej wspólnego, niż by mogło się jej wydawać.

Wspomniałam, że główną bohaterką jest Rachel, ale w filmie mamy tak na prawdę aż trzy różne perspektywy (w tym oczywiście jedna należy do Rachel). Całą historię -  to, co dzieje się teraz, oraz to, co działo się w życiu zaginionej kobiety imieniem Megan - poznajemy z punktu widzenia Rachel, Megan oraz Anny, jednakże to właśnie Rachel pełni w większym stopniu funkcję narratora i naszego przewodnika. Oczywiście w książce również miało to miejsce i raczej zdziwiłabym się, gdyby było inaczej, jednak choć w w przypadku powieści to mi nie przeszkadzało, tutaj strasznie mnie to denerwowało. Przez większość filmu miałam namieszane w głowie i nie mogłam się odnaleźć. Trochę ciężko było zorientować się, o jaką bohaterkę teraz chodzi - jedynie w przypadku Megan było to raczej oczywiste. Jednakże mimo wszystko nie wyobrażam sobie, aby szło przedstawić tą produkcję w jakiś inny sposób. Zdecydowanie jednak to, co jest obecnie, szło by łatwo dopracować.


To, co niesamowicie podobało mi się w przypadku filmowej wersji Dziewczyny z pociągu to jej fantastyczny, lekko mroczny i tajemniczy klimat. Te wszystkie ciemne barwy, w jakich został utrzymany film, tylko działały na korzyść całej produkcji i świetnie wprowadzały widza w tematykę filmu. Uwielbiam takie pozycje, które swoją lekką wizualną grozą zwracają na siebie uwagę - to zawsze na mnie działa.

Jeśli chodzi o aktorów oraz ich grę aktorską to muszę powiedzieć, że bardzo podobała mi się Emily Blunt wcielająca się w postać tytułowej dziewczyny z pociągu Rachel. Już pomijając to, że pod względem wyglądy idealnie przypasowała mi jako Rachel, to również uważam, że świetnie poradziła sobie z wykreowaniem swojej postaci. Zaciekawiło mnie to, jak zmieniła się bohaterka pod względem psychicznym, a sposób, w jaki Emily Blunt to przedstawiło tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że nadaje się do tej roli idealnie. 
Bardzo spodobała mi się również Haley Bennet jako Megan. Czytając książkę wyobrażałam sobie tą postać jako drobną i z pozoru niewinną dziewczynę, która ma jednak wiele do ukrycia, a Haley Bennet idealnie oddała cały urok tej postaci. Z tego, co czytałam w przypadku tej roli pod uwagę brane były również takie aktorki, jak Margot Robbie oraz Kate Mara, ale powiem wam szczerze, że żadna z nich (chociaż akurat Margot Robbie uwielbiam), nie zaprezentowała by tej postaci tak dobrze - zwyczajnie by mi do niej nie pasowały.

Jedyną osobą, która strasznie denerwowała mnie w filmie, była postać Scotta oraz wcielający się w niego Luke Evans. Sama nie wiem, dlaczego tak mnie drażnił... W książce był moim zdaniem bardzo interesującą postacią, która dużo wnosiła do całości. W filmie natomiast wydaje mi się, że został zepchnięty raczej na boczne tory, a jego postać było bo była. Myślę, że gdyby go tutaj zabrakło, nawet bym tego nie zauważyła. 


Przechodząc już do podsumowania powiem tak - wydawać by się mogło, że film jest dobrze zrobiony pod względem wizualnym, jak również pod względem gry aktorskiej, jednak koniec końców, patrząc na fabułę jest zwyczajnie nudny. W niektórych momentach działo się coś na tyle, aby mnie dość mocno zaciekawić, jednak jak dla mnie było tego zdecydowanie za mało. Próbuję przypomnieć sobie, czy film jakoś mocno różni się od książki i pomijając to, że filmowa wersja działa się w okresie jesienno-zimowym, a książkowa latem podczas dużych upałów, nie mogę przypomnieć sobie, czy różniły się one jakoś mocno. Książkę czytałam już jakiś czas temu i zwyczajnie wyleciało mi to z głowy.Wydaje mi się jednak, że jakiś poważniejszych zmian tutaj nie spotkałam.

Tak więc osobiście jestem dość mocno rozczarowana tą ekranizacją, ale czuję do niej jakiś taki sentyment i chyba od czasu do czasu będę do niej wracać, aby ponownie móc zatopić się w tym świetnym klimacie, który chyba najbardziej mnie tutaj zauroczył. A czy film wam polecam? Tym razem decyzję pozostawię wam.


środa, 11 października 2017

[97] FILMOWO: Błękit szafiru

Tytuł oryginału: Saphirblau

Reżyseria: Katharina Schöde, Felix Fuchssteiner

Scenariusz: Katharina Schöde

Gatunek: Fantasy, Przygodowy

Produkcja: Niemcy

Na podstawie: Kerstin Gier "Błękit szafiru"

Czas trwania: 1 godz. 56 min.

Premiera: 14 sierpnia 2014 (świat)

Obsada: Maria Ehrich, Jannis Niewöhner, Laura Berlin, Jennifer Lotsi, Josefine Preuß, Florian Bartholomäi

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Cały czas pamiętam, że odkąd dowiedziałam się o istnieniu ekranizacji książek Kerstin Gier, podchodziłam do tego pomysłu dość sceptycznie. Od razu przyznam się, że w głównej mierze miało to związek z tym, że ów ekranizacje to Niemieckie produkcje, a ja nie ukrywam, że jednak jestem wielką fanką tylko amerykańskich i brytyjskich filmów. Podejrzewam się, że gdyby nie to, że zakochałam się w historii, jaką stworzyła autorka, tak na prawdę nigdy bym nie sięgnęłam po jej ekranizacje. Gdy więc podchodziłam do pierwszego filmu byłam go jedynie ciekawa pod względem trzymania się zdarzeń, jakie były zawarte w książce i choć produkcja mi się podobała, jakoś wielkich fajerwerków tam nie było. Ale.. no właśnie, ale... muszę wam powiedzieć, że jestem na prawdę mile zaskoczona tym, co mnie spotkało w ekranizacji Błękitu szafiru. Wciąż nie sądzę, że jest to jakaś wielka produkcja, którą koniecznie trzeba poznać (szkoda, że właśnie to spotkało historię wymyśloną przez Kerstin Gier), jednak myślę, że każdy, kto tak samo jak ja pokochał Trylogię czasu powinien zapoznać się z tymi filmami.

Jeszcze zanim zaczęłam czytać książkową wersję Trylogii czasu postawiłam sobie za cel, że nie będę oglądać filmów, dopóki nie zapoznam się z papierową wersją każdej części. I chociaż teraz jest mi z tym postanowieniem bardzo ciężko, bo jednak strasznie ciekawi mnie, co będę mogła poznać w finałowym tomie, to jednak staram się jak mogę. Gdy więc w końcu mogłam zapoznać się w ekranizacją Błękitu szafiru cieszyłam się jak dziecko. Żeby tego było mało okazało się, że otrzymałam kawał na prawdę dobrego filmu, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.


Na samym początku koniecznie muszę wspomnieć o tym, że bardzo zaskoczyło mnie to, że filmowa wersja Błękitu szafiru tak mocno trzyma się swojego papierowego pierwowzoru. W szczególności dobrze widać to w przypadku dialogów. Jako, że film oglądałam jeszcze tego samego dnia, kiedy to skończyłam czytać książkę, mniej więcej pamiętałam niektóre dialogi i okazało się, że bardzo dużo z nich jest zwyczajnie żywcem wyjęta z książki. W przypadku samej fabuły, w kilku miejscach widać dość duże zmiany (na przykład wątek Lucy i Paula), jednak wydaje mi się, że w przeciwieństwie do Czerwieni rubinu, tutaj postanowiono bardziej skupić się na tym, aby filmowa historia za bardzo od tej oryginalnej nie odbiegała. Osobiście bardzo się z tego cieszę, bo jednak w większości przypadków, gdy mamy do czynienia z adaptacjami filmowymi, twórcy dość często postanawiają nie trzymać się tego, co czytelnicy pokochali i czego oczekują. Wolą stworzyć coś, co tylko na pozór tylko jest ekranizacją, a szybko okazuje się, że film opiera się tylko na ogólnym zarysie. Tak więc myślę, że tutaj filmowi należy się na prawdę spory plus, bo takich rzetelnych ekranizacji teraz można ze świecą szukać.


Odkąd w książce poznałam Xemeriusa, czyli ducha/demona/gargulca, który staje się przyjacielem Gwen, bardzo ciekawiło mnie, czy ta postać również pojawi się w ekranizacji. Jeśli również się nad tym zastanawialiście, to rozwiewam wasze wątpliwości - tak, pojawia się. Jednak choć bardzo się z tego cieszę, to jednak nie jestem z niego do końca zadowolona. W książce wydawał mi się on bardziej zabawny i taki przyjazny, a tutaj.... czasem był dla mnie po prostu straszny. Wydaje mi się, że miało to jednak związek z tym, że jednak widać, że jest to komputerowa postać (oj i to jak widać) oraz przez jego głos. Oglądałam film w oryginale z polskimi napisami (nie wiem, czy można spotkać gdzieś inną wersję) i strasznie denerwowało mnie to, jaki głos ma Xemerius. Kompletnie mi on do niego nie pasował. Jednak mimo wszystko jestem zadowolona, że nie pominięto go całkowicie - to byłaby na prawdę duża strata.


Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że film na prawdę mi się podobał. Po zapoznaniu się z poprzednią częścią czułam taki lekki niedosyt, gdyż wiedziałam, że można by z tej historii wyciągnąć znacznie więcej. W tym przypadku jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana i z wielką chęcią obejrzałabym Błękit szafiru jeszcze raz. Jedyny taki poważniejszy minus tej produkcji to zakończenie, które zdecydowanie nie nadaje się dla osoby, która, powiedzmy, jest w trakcie poznawania serii. Zdradza za dużo tego, co nie było wyjaśnione jeszcze w książkowej wersji Błękitu szafiru, a co miało zostać przedstawione w ostatnim tomie. I choć mniej więcej spodziewałam się tego, co zostało mi zdradzone w filmie, to jednak taki spojler nie był zbyt miły. Także jeśli tak jak ja dopiero co poznajecie tą serię i nie przeczytaliście jeszcze Zieleni szmaragdu odpuście sobie na razie ten film, aby nie zepsuć sobie zabawy. Jednak później koniecznie nadróbcie zaległości!
Także mówiąc krótko, tak słowem podsumowania, polecam wszystkim tym, którzy znają serię, jak również tym, którzy mają ochotę na ciekawy film młodzieżowy z elementem paranormalnym w tle.


TRYLOGIA CZASU:
czerwień rubinu | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

poniedziałek, 9 października 2017

[191] Alicja w Krainie Czarów. Kalendarz 2018


Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ocena: 8/10

Już bardzo dawno nie zamieszczałam na blogu recenzji czegoś około książkowego, dlatego myślę, że kalendarz na 2018 rok z motywem Alicji w Krainie Czarów nadaje się do tego wprost idealnie! Moja przygoda z tym kalendarzem zaczęła się tak na prawdę od kalendarza na 2017 rok z motywem filmowej Alicji po drugiej stronie lustra. Widziałam go kiedyś w Empiku (mogłam osobiście pomacać!) i po prostu się w nim zakochałam. Nawet chciałam go kupić, ale było to w środku roku i po prostu nie było sensu... Byłam jednak pewna, że i na 2018 rok Wydawnictwo Zielona Sowa postanowi wydać jakiś podobny kalendarz i bardzo ucieszyło mnie to, że się nie pomyliłam! No spójrzcie tylko na tą przecudną kwiatową okładkę! Ja zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia i tylko żałuję, że użytkowaniem go muszę poczekać jeszcze te trzy miesiące...

Sam kalendarz poświęcony jest nie tylko tej książkowej Alicji, jak i disneyowskiej ekranizacji, lecz ogólnie całej historii Alicji w Krainie Czarów. I tutaj przyszła pora, żeby wam się przyznać, że po pierwsze nigdy w życiu nie czytałam książki o przygodach Alicji, ani również nie widziałam żadnej z ekranizacji, prócz tej w reżyserii Tima Burtona z Mią Wasikowską w roli głównej. Tak, a mimo to zapragnęłam kalendarza z Alicją! Trochę już go sobie poprzeglądałam i chyba trafił on w naprawdę właściwe ręce, bo dzięki niemu naszła mnie ochota na nadrobienie tych wszystkich zaległości. Ale, ale, co znajdziemy wewnątrz kalendarza?


Oczywiście mamy sam kalendarz - jedna strona to jeden tydzień, a drugą możemy poświęcić na jakieś notatki nawiązujące właśnie do każdego tygodnia. Trochę szkoda, że strony z kalendarzem nie są w kratkę, czy w linie, tylko gładkie. Osobiście wolę właśnie coś takiego i trochę obawiam się, że te gładkie strony będą mnie strasznie denerwować, no ale cóż - pożyjemy, zobaczymy. Bardzo się cieszę z tego, że każdemu dniowi nie poświęcono jednej strony bo sama zwyczajnie tego nie potrzebuję. Na początku samego kalendarza mamy również takie dodatki, jak przydatne słówka po angielsku, niemiecku, włosku i hiszpańsku (zawsze, gdy się będę nudzić mogę się trochę pouczyć!), strefy czasowe, tabele rozmiarów, itp. Nie zabrakło oczywiście strony tytułowej, gdzie możemy wpisać swoje dane, oraz kalendarium na 2018 i 2019 rok. Mówiąc krótko kalendarz ma większość rzeczy, które możemy znaleźć we wszystkich innych. Plus jest taki, że każda ze stron opatrzona jest w przepiękną grafikę nawiązującą do Alicji. Co więc w tym kalendarzy jest takiego wyjątkowego? A to, że znajdziemy w nim mnóstwo informacji o historii Alicji, etapy tworzenia animacji, ciekawostki odnośnie ekranizacji, cytaty, a nawet przepis na herbatniki i scones (takie powiedzmy słodkie kanapeczki z dżemem i bitą śmietaną), czyli podstawowe elementy każdej brytyjskiej herbatki! Sama chyba najbardziej cieszę się z tych przepisów i wprost nie mogę doczekać się, aby móc je wypróbować.Wydawnictwo Zielona Sowa postarało się, aby w kalendarzu nie zabrakło tych wszystkich ciekawostek, które zdecydowanie mogą nam umilić czas.


Podsumowując więc, w przypadku tego kalendarza jestem jak najbardziej na tak! Nie dość, że jest po prostu pięknie wydany pod względem graficznym, to również w środku prezentuje się na prawdę dobrze. Dodatkowo całość, pod względem technicznym, jest na prawdę dobrze zrobiona,, dlatego nie martwię się, że kiedyś tam kalendarz mi się rozpadnie. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić to cena (a przynajmniej ta okładkowa), jednak no cóż, kalendarze już mają to do siebie, że jednak zawsze trochę kosztują...Także mówiąc krótko, polecam oczywiście wszystkim fanom Alicji i nie tylko! Jeśli macie ochotę na kalendarz, który ma być funkcjonalny i dodatkowo cieszyć oko, myślę, że ten z pewnością się nada.

Za możliwość poznania tego cudnego kalendarza serdecznie dziękuję Wydawnictwu Zielona Sowa.

sobota, 7 października 2017

[31] Książkowe zdobycze września [2017]


Pisząc post o moich książkowych zdobyczach sierpnia myślałam, że cztery książki to mało i raczej niższego wyniku już nie osiągnę, ale jak widzicie udało mi się! Nie jestem tym jakoś szczególnie rozczarowana - raczej się cieszę, bo to daje mi możliwość nadrobienia kilku książkowych zaległości z mojej półki. Nie raz pisałam wam też, że chcę ograniczyć egzemplarze recenzenckie do minimum, dlatego bardzo się cieszę, że ostatnio mi się to udaje. We wrześniu jednak, prócz książek dotarły do mnie jeszcze trzy filmy i wspaniały kalendarz na 2018 rok. 
Tak więc, jeśli jesteście ciekawi, jak prezentuje się całość, zapraszam was dalej!

Błękit szafiru Kerstin Gier [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Media Rodzina] recenzja klik
Ta pozycja była dla mnie wręcz obowiązkowa w tym miesiącu. Odkąd pierwszy raz zetknęłam się z historią Gwen nie wyobrażałam sobie nawet, żebym mogła nie poznać dalszych części tej serii. Książkę mam już za sobą i śmiało mogę wam powiedzieć, że na prawdę bardzo mi się podobała.

Srebrne oczy. Five Nights at Freddy's Scott Cawthon, Kira Breed -Wrisley [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Feeria Young]
Postanowiłam dać szansę tej książce głownie tego powodu, że dawno nie czytałam historii z takim lekkim dreszczykiem. Właśnie jestem w trakcie zapoznawania się z tą powieścią, jednak jak na razie książka nie przekonuje mnie do siebie. Nie chcę oceniać już na wstępie, jednak troszkę się boję, że tak może być przez cały czas. Zobaczymy jednak, bo może wyjść na to, że się myliłam.

Alicja w Krainie Czarów. Kalendarz 2018 [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Zielona Sowa]
Książka to co prawda nie jest, jednakże gdy tylko dowiedziałam się o tym kalendarzu, niesamowicie mnie on zaciekawił. Co prawda z korzystania z niego będę musiała jeszcze troszkę poczekać, jednak myślę, że zdecydowanie będzie warto. Recenzja pojawi się już niedługo!

Nerve 2016 DVD [zakup własny]
Zarówno na Nerve, jak i na dwa kolejne filmy miałam ochotę już od dawna. Dlatego bardzo się cieszę, że udało mi się je upolować na promocji w Biedronce. Dziewczynę z pociągu mam już za sobą (recenzja wkrótce), a teraz niesamowicie ciekawi mnie Był sobie pies. Co do Nerve mam mieszane uczucia, jednak z racji, że gra tam Emma Roberts postanowiłam dać szansę tej produkcji, Jestem bardzo ciekawa tego, czy się na niej nie zawiodę.

Dziewczyna z pociągu 2016 DVD [j.w.]
j.w.

Był sobie pies 2017 DVD [j.w.]
j.w.

I to by było na tyle! Osobiście cieszę się, że w tym miesiącu było tego tak mało (w porównaniu oczywiście do innych razów) i mam nadzieję, że ze wszystkim uda mi się zapoznać w najbliższym czasie. 
Udało wam się zapoznać z którąś z tych historii?

czwartek, 5 października 2017

[28] Podsumowanie września [2017]

Tak kochani, oficjalnie wrzesień mamy za dobą! Nie wierzę, że to tak szybko minęło... Dopiero co zaczął się rok szkolny, a ja cieszyłam się, że do rozpoczęcia zajęć mam jeszcze miesiąc, a tutaj już w tym tygodniu mam ich całą masę. Zapewne nie tylko ja jestem tym szalonym tempem zaskoczona. Co do zajęć, powiem wam, że mimo wszystko jestem ciekawa, co przyniesie drugi rok studiów, ale z drugiej strony szkoda, że to słodkie lenistwo się już skończyło.

A jak mi minął wrzesień na blogu? Nie było może za ciekawie, ale myślę, że źle również nie było (oczywiście jak na moje możliwości). Na blogu pojawiło się osiem postów, w tym cztery recenzje książek i jedna recenzja filmu. Ogólnie muszę powiedzieć, że coraz mocniej łapie mnie taka niechęć do prowadzenia bloga.. Bardzo często zaczynam się zastanawiać, czy aby nie zrobić sobie takiej dłuższej (może kilkomiesięcznej) przerwy. Z drugiej strony jednak obawiam się, że jeśli zrobię przerwę, to już do bloga nie wrócę, a jak wrócę, to nie będę miała za bardzo do czego... Nie chciałabym porzucać tego, co przez te trzy lata udało mi się stworzyć, ale powoli zaczynam myśleć, że jeśli wszystko pójdzie tymi samymi torami co dotychczas, to chyba jednak nie będę miała wyjścia. Szczerze wam powiem, że po prostu jestem już tym zmęczona i nie sprawia mi to już takiej radości, jak to było na początku. Dodatkowo powoli zaczynam zauważać, że potrzebuję co raz większego zaangażowania na studiach, w tym semestrze dochodzą również praktyki, dlatego obawiam się, że będę miała na prowadzenie bloga co raz mniej czasu. Nie mówię jeszcze, że moja decyzja będzie ostateczna, zobaczymy, jak to wszystko wyjdzie w praniu - mam nadzieję, że nie będę się musiała z wami rozstawać.

Liczba wyświetleń: 133,267
(o 3,454 więcej, niż w sierpniu)
Liczba obserwatorów: 454
(o 2 mniej, niż w sierpniu)
Polubienia na FB: 255
(o 2 mniej, niż w sierpniu)
Polubienia na IG: 427
(o 3 więcej, niż w sierpniu)


Wrzesień minął mi tak na prawdę pod znakiem Wydawnictwa Media Rodzina, ponieważ wszystkie książki, jakie udało mi się przeczytać w tym miesiącu, wyszły nakładem właśnie tego wydawnictwa. I tak, jak zawsze mówię wam, która książka podobała mi się najbardziej, a która najmniej, tak teraz mogę śmiało powiedzieć, że chyba wszystkie książki podobały mi się tak samo - były po prostu świetne. Tak się akurat złożyło, że zwyczajnie uwielbiam obydwie te serie (i historię o osobliwych dzieciach i tą o podróżnikach w czasie), więc myślę, że zwyczajnie innego wyjścia by tutaj nie było. Na blogu pojawiła się również dodatkowo zaległa recenzja książki Słońce też jest gwiazdą. Jeszcze we wrześniu zaczęłam nawet czytać Srebrne oczy od Wydawnictwa Feeria Young, ale coś mi to czytanie nie idzie przez co nie ukończyłam jej w poprzednim miesiącu.



Wcześniej pisałam, że na blogu pojawiła się zaledwie jedna recenzja filmu we wrześniu, jednak udało mi się obejrzeć znacznie więcej produkcji (cóż mam sporo do nadrobienia w pisaniu recenzji!). Bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się obejrzeć Dziewczynę z pociągu, chociaż sama ekranizacja nie urzekła mnie aż tak bardzo, jak jej książkowy pierwowzór (więcej o tym niebawem). Z racji tego, że przeczytałam Błękit szafiru, musiałam oczywiście obejrzeć filmową wersję tej historii. Dodatkowo postanowiłam nadrobić również zaległości w animacjach i przypomniałam sobie pierwszą część Hotelu Transylwania oraz obejrzałam jej kontynuację. Zdecydowanie najlepszym filmem września był Aż do kości, a tym najgorszym Dziewczyna z pociągu, jednak ogólnie film nie był aż tak zły, jak spodziewałam się tego na początku (o tym również opowiem niedługo). Także jak sami widzicie, pod względem filmów, wrzesień był dla mnie bardzo udany!

aż do kości | błękit szafiru | dziewczyna z pociągu | hotel transylwania | hotel transylwania 2

Z pozostałych postów na blogu we wrześniu pojawiło się podsumowanie sierpnia oraz książkowe zdobycze sierpnia. 


No, i to by było na tyle! Nie mam pojęcia, co przyniesie październik i też nie chcę robić sobie względem tego miesiąca jakichś planów. Na pewno jedynie postaram się nadrobić zaległe recenzje. Postaram się też ogarnąć (że tak powiem) swoje ostatnie podejście do blogowania. Mówiąc krótko - będę walczyć! Nie wiem, co z tej walki wyjdzie, ale postaram się najlepiej jak mogę.

A wam jak minął wrzesień?

środa, 27 września 2017

[190] Błękit szafiru


Tytuł oryginału: Saphirblau
Autor: Kerstin Gier
Cykl: Trylogia Czasu
Tom: 3
Ilość stron: 368 stron
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 9/10

Powiem wam, że bardzo się ucieszyłam mogąc powrócić do fantastycznego świata wykreowanego przez genialną Kerstin Gier. Uwielbiam to, w jaki autorka tworzy swoje powieści i możliwość zajrzenia do nich jest dla mnie zawsze świetną przygodą. Po zakończeniu Czerwieni rubinu zwyczajnie nie mogłam doczekać się momentu, gdy w moje ręce trafi kolejna część serii i chociaż mogłabym sięgnąć po tą książkę, tyle że w tej starszej okładce, postanowiłam wytrwać, by później móc cieszyć oko tą przecudną okładką - no bo przyznajcie sami, to nowe wydanie jest zwyczajnie genialne! Pokazałam tą część mojej mamie, która skomentowała to tak "A o czym to jest? bo w sumie już przez samą okładkę chce się czytać". I coś w tym jest!

Nie raz, nie dwa mówiłam wam już, że strasznie lubię, gdy serie zaczynają się w dokładnie w tym samym momencie, w którym kończą się poprzednie tomy. Jak dla mnie jest to bardzo wiarygodne i daje poczucie, że tak na prawdę nic wartościowego nas nie ominęło i nie musimy domyślać się, co działo się w tym momencie, który autor postanowił opuścić. No więc Błękit szafiru zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym kończy się Czerwień rubinu, czyli w chwili, gdy Gwendolyn i Gideonowi udaje się uciec przed ludźmi, którzy postanowili na nich napaść. Z racji tego, że Czerwień rubinu czytałam na początku lipca (także jednak jakiś czas temu to było) z początku miałam mały problem, aby przypomnieć sobie dokładnie, o co w tym wszystkim chodziło, ale później poszło już tak na prawdę z górki. Choć wydawać by się mogło, że w Błękicie szafiru nie dzieje się za dużo, to jednak autorka postanowiła odkryć przed swoimi czytelnikami wiele nowych i ciekawych wątków. Oczywiście również wprowadziła do fabuły kilka nowych postaci, jak na przykład mojego ulubieńca Xemeriusa (też bym chciała, żeby taki demon-duch-gargulec za mną chodził!). Kerstin Gier pokazała również, że niektóre ze znanych nam już wcześniej postaci mają swoje za uszami i coś mi się wydaje, że wszystkie ich karty odsłoni w ostatnim tomie serii.
Zanim zabrałam się za tą część natknęłam się na kilka opinii o książce i wielu czytelników narzekało, że autorka niepotrzebnie wprowadziła do fabuły więcej Charlotte, czyli kuzynkę głównej bohaterki, która to miała okazać się rubinem, a nie Gwen. Szczerze to nie mam pojęcia, czemu Charlotte została tak skrytykowana, bo znowu tak dużo to jej tutaj nie ma - pojawia się tak na prawdę tylko w niektórych momentach i jak dla mnie jest świetnym uzupełnieniem fabuły. Ja bym się jedynie poskarżyła na to, że tak mało w tym tomie było rodziny Gwendolyn - jej mamy, rodzeństwa, ciotki Maddy, a nawet Lady Aristy i ciotki Glendy. Choć nie rozumie, dlaczego te dwie ostatnie (plus Charlotte) tak bardzo wywyższają się nad rodziną Gwen, to jednak bardzo lubiłam czytać o ich chimerach i wyrzutach - to zawsze była świetna zabawa. Żywię wielką nadzieję, że jednak w Zieleni szmaragdu pojawią się znacznie częściej.

W tym tomie Kerstin Gier skupia się najbardziej tak na prawdę na samej istocie podróży w czasie i na przygotowaniach Gwendolyn do wzięcia udziału w dwóch ważnych spotkaniach w przeszłości oraz na jej relacji z Gideonem. I choć nie mam nic przeciwko temu, bo przyjemnie poznawało mi się wszystko to, co autorka przedstawiła, to troszkę zabrakło mi tutaj tego bardziej prywatnego życia głównej bohaterki. Nie oznacza to jednak, że przez to książka straciła w moich oczach - i tak uważam, że jest na prawdę świetna!

Cóż, nie będę się więcej rozpisywać na temat fabuły, czy stylu pisarskiego autorki, bo jak dla mnie Kerstin Gier zwyczajnie nada utrzymuje wysoki poziom i mocno trzyma się tej swojej charyzmy - myślę, że zwyczajnie najlepiej będzie, jeśli sami zapoznacie się z tym tomem. Mimo, że widać, iż książka przeznaczona jest dla młodszych czytelników, to ja na prawdę świetnie się przy niej bawiłam! Nie mogę doczekać się już, kiedy w końcu nakładem Wydawnictwa Media Rodzina ukaże się ostatni tom z całej trylogii (cały czas trzymam kciuki za to, żebym nie musiała aż tyle czekać), a tym czasem już zabieram się za drugą cześć ekranizacji właśnie na podstawie Błękitu szafiru. Jestem bardzo ciekawa, jak wszystko to, o czym dopiero czytałam zostało przedstawione w filmie (oby chociaż trochę dorównywało temu, co napisała autorka) i choć nie nastawiam się za bardzo na coś genialnego, to jednak nie mogę się tego filmu doczekać.
Także słowem zakończenia, książkę polecam oczywiście wszystkim tym, którzy tak jak ja są wielkimi fanami Kerstin Gier, którzy przeczytali poprzedni tom, oraz tym, którzy jeszcze nie zdecydowali się, czy warto zapoznawać się z tą serią - spoiler... zdecydowanie warto!

TRYLOGIA CZASU:
czerwień rubinu | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

Za możliwość zapoznanie się z kolejnym tomem tej fantastycznej serii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!

czwartek, 21 września 2017

[189] Baśnie osobliwe


Tytuł oryginału: Tales of The Peculiar
Autor: Ransom Riggs
Cykl: Pani Peregrine
Tom: 4
Ilość stron: 192 strony
Wydawnictwo: Media Rodzina

Jak wiecie jestem na prawdę ogromną fanka serii Pani Peregrine o osobliwych dzieciach dlatego strasznie ucieszyłam się, gdy usłyszałam, że autor napisał również zbiór baśni osobliwych, które nawiązują do historii osobliwców z całego świata. Dosłownie modliłam się o to, żeby książka ta ukazała się również polskim nakładem (sami wiecie, jak to bywa u nas z takimi właśnie dodatkami) i gdy dowiedziałam się, że Wydawnictwo Media Rodzina jednak wyda ten zbiór byłam po prostu w niebo wzięta!

Jeśli widzieliście już tą książkę na żywo na pewno się ze mną zgodzicie, że została przepięknie wydana. Już sama okładka niesamowicie przyciąga wzrok  - strasznie podoba mi się, że została wykonana w takim starym i do tego baśniowym stylu. Jednak nie tylko okładka zasługuje na wielkie brawa, ale również całe wnętrze. Każda z baśni (a jest ich dziesięć) została opatrzona niezwykła ilustracją, co niesamowicie oddaje klimat osobliwców. Cieszę się bardzo, że całość została wydana w taki, a nie inny sposób, gdyż sama miałam przez to wrażenie, jakby na prawdę czytała książkę przeznaczoną wyłącznie do rąk osobliwców.

Dalej bardzo spodobało mi się to, że autorem książki nie jest tak na prawdę Ransom Riggs, tylko Millard Nullings, czyli niewidzialny bohater serii Pani Peregrine i jeden z jej osobliwych podopiecznych. Książka opatrzona jest w kilka komentarzy, które zamieścił w niej Millard. To wszystko strasznie przypomina mi Baśnie Barda Beedle'a od J.K. Rowling, dlatego cieszę się, że i tutaj zastosowano coś podobnego.

A jeśli chodzi o samą książkę, tak jak mówiłam znajdzie w niej dziesięć baśni w tym jedną, którą mogliśmy poznać w Mieście cieni - "Historia Cuthberta". Czytając powieść bardzo mi się ta historia spodobała i cieszę się, że mogłam poznać ją jeszcze raz. Jednakże ze wszystkich opowieści zdecydowanie najbardziej spodobały mi się "O kobiecie, która przyjaźniła się z duchami" opowiadająca historię dziewczyny, która nie potrafiła przyjaźnić się z żywymi ludźmi tylko wolała towarzystwo duchów, dlatego sama stworzyła sobie nawiedzony dom oraz  "O dziewczynie, która poskramiała senne koszmary" zdecydowanie najmroczniejsza ze wszystkich opowieści, ale mimo wszystko cudowna i wciągająca.
Najmniej podobały mi się historie o chłopcu, który zamienił się w szarańczę (między innymi), która była dla mnie po prostu dziwna oraz "O chłopcu, który potrafił zatrzymać morze", przy której się po prostu wynudziłam.
Autorowi przez cały czas udało się jednak utrzymać ten fantastyczny i osobliwy klimat idealny wprost dla baśni, dlatego nawet wtedy gdy któraś historia sama z siebie mnie nie zaciekawiła, to i tak czytałam ją od deski do deski.

Co mogę więcej powiedzieć na temat tych baśni? Na pewno jest to obowiązkowa pozycja dla każdego fana osobliwych dzieci. Sama nie wyobrażam sobie, abym mogła jej nie poznać. Myślę, że tym osobą na pewno spodoba się ta książka i co najważniejsze, będzie świetnym uzupełnieniem dla znanych już nam historii. Dzięki historii o pierwszej ymbrynce możemy na przykład dowiedzieć się w końcu, skąd wzięły się takie osoby, jak pani Peregrine, czy panna Wren i zrozumieć, dlaczego ich zadanie polega na ochronie osobliwców i tworzeniu pętli. Ja świetnie się bawiłam czytając Baśnie osobliwe i jedyne, co mogę tutaj jeszcze powiedzieć, to tyle, że jak najbardziej wam je polecam!

PANI PEREGRINE:

środa, 20 września 2017

[96] FILMOWO: Aż do kości

Tytuł oryginału: To The Bone

Reżyseria: Martin Noxon

Scenariusz: Martin Noxon

Gatunek: Dramat

Produkcja: USA

Czas trwania: 1 godz. 47 min.

Premiera: 22 stycznia 2017 (świat)

Obsada: Keanu Reeves, Lily Collins, Liana Liberato, Lilia Taylor, Carrie Preston, Alex Sharp, Ciara Bravo 

Ocena: 9/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Pewnie wspominałam wam o tym już nie raz, nie dwa, ale bardzo lubię oglądać filmy, które poruszają jakieś ważne tematy związane ze zdrowiem psychicznym. Dlatego idealną wręcz dla mnie pozycją był właśnie film Aż do kości, gdzie dodatkową rolę grała moja ulubienica Lily Collins (kolejny wielki atut tego filmu!). I powiem wam, że choć spodziewałam się, że film będzie dobry i mi się spodoba, to jedna nie sądziłam, że aż w tak dużym stopniu! Przy oglądaniu dosłownie przepadłam w tej historii. Chociaż sama nigdy nie miałam styczności z osobami, które musiały zmagać się z problemem anoreksji, to jednak strasznie ciekawi mnie ten temat, przez co z wielkim zapałem śledziłam wszystko to, co działo się w tej produkcji. Teraz śmiało mogę powiedzieć wam, że jeśli tak jak ja uwielbiacie filmy tego typu, Aż do kości jest dla was stworzony!
Ale zacznijmy może od początku.


Film opowiada historię Ellen, którą jest anorektyczką. Nikt tak na prawdę nie wie, dlaczego dziewczyna tak broni się od spożywania jedzenia, choć sama Ellen wydaje się być pewna swoich działań. Dziewczyna zostaje skierowana przez swojego ojca i macochę na kolejną z kolei terapię, która ma być całkowicie inna, niż te, na których dziewczyna była dotychczas. Gdy trafia do dra Beckham'a od razu zauważa, że mężczyzna ma całkowicie inne podejście do jej choroby, niż każdy znany jej psychiatra. Beckham proponuje jej udanie się do własnego ośrodka terapeutycznego, gdzie tam spróbuję jej pomóc. Warunek jest jeden - dziewczyna sama musi tego chcieć. Gdy Ellen w końcu trafia na miejsce jeszcze bardziej utwierdza się w przekonaniu, że doktor ma całkowicie inne podejście do walki z problemami psychicznymi nastolatków, niż reszta dorosłych.

Zdaję sobie sprawę, że opis, który wam zaprezentowałam jest z lekka chaotyczny, jednak nie chciałam za dużo zdradzać wam całej fabuły filmu, bo własne na tym w końcu polega przyjemność oglądania tej produkcji. Jednakże głośno mogę powiedzieć, że chodzi głownie o dziewczynę (Ellen), która zmaga się z anoreksją.


Na samym początku koniecznie muszę wspomnieć, że po prostu ubóstwiam Lily Collins w tej roli! Nie spodziewałam się, że wcieli się w postać Ellen aż tak dobrze, chociaż już teraz jestem pełna podziwu jej zdolności aktorskich. Bardzo zaskoczyło mnie też to, jak zmieniono wygląd aktorki, aby wyglądała ona jak cierpiąca na anoreksję dziewczyna. Za to wszystko należą się na prawdę spore brawa, gdyż całość (gra Lily Collins oraz jej wygląd) wyszła na prawdę bardzo przekonująco. Szczerze wam powiem, że nie wyobrażam sobie już w tej postaci nikogo innego. 
Gdy już jestem przy aktorach to powiem także, że jestem również bardzo pozytywne zaskoczona rolą jaką w tym filmie zagrał Keaun Reeves. Osobiście jakoś nie przepadam za tym aktorem i zawsze starałam się omijać produkcje, w których on występował - w sumie sama nie wiem, dlaczego tak mam. Nie widziałam zbyt wielu filmów z nim, jednak chyba zapadło mi to gdzieś głęboko w świadomość, przez co teraz staram się go omijać. I właśnie dowiadując się, że on również zagrał w Aż do kości myślałam, że tylko zepsuje całość, a tutaj proszę, takie wielkie zaskoczenie mnie spotkało! Starałam podejść do oglądania go bez żadnych swoich uprzedzeń i mogę wam powiedzieć, że postać dra Beckhama, w którą się wcielił, wpłynęła na prawdę bardzo korzystnie na całą fabułę filmu. Oczywiście nie stałam się przez to od razu wielką fanką aktora, ale myślę, że jeszcze raz przeanalizuję swoje podejście do niego i może jednak dam mu jeszcze jedną szansę.

Jeśli chodzi o pozostałych aktorów, to tutaj również nie mam nikomu nic do zarzucenia, gdyż każdy z nich dobrze wykonał wyznaczoną pracę i żadnego z nich bym w tym filmie nie zamieniła.


O samej fabule filmu mogę powiedzieć, że na pewno jest to film bardzo emocjonalny i skłaniający do przemyśleń. Tak, jak mówiłam, jest to opcja idealna dla każdego, kto choć trochę interesuje się ludzką psychiką, bo dzięki niemu możemy lepiej poznać osobę która musi zmagać się z jakimiś problemami psychicznymi. Często ludzie, których takie rzeczy nie dotyczą nie potrafią zrozumieć, jak ciężko takiej chorej osobie jest wyjść z tego wszystkiego, że to nie jest tak, jak z chorobami fizycznymi, że wystarczy podać leki i jest w porządku. Tutaj wszystko tak na prawdę zależy od samej osoby chorego, a ten okres rekonwalescencji to niezwykle długa podróż, której skutki mogą ciągnąć się za nami w nieskończoność. 
Ja w każdym bądź razie jestem niezwykle zadowolona z tego, co otrzymałam za pośrednictwem tego filmu i teraz mogę go wam jak najbardziej polecić. Wszystko w nim zostało dobrze przemyślane, a sami aktorzy poświęcili dużo czasu, aby jak najlepiej zagrać wyznaczoną rolę. Jedyne do czego mogłabym się tutaj przyczepić, to zakończenie, które jak dla mnie było lekko dziwne i takie trochę.... zbyt szybkie. Chodzi mi o to, że tak to przez wiele lat bohaterka nie mogła poradzić sobie z wyjściem z anoreksji, aż nagle było takie "pstryk" i już jest lepiej! Ja sama przynajmniej odniosłam właśnie takie wrażenie. Jednak dla mnie to jest taki szczegół, który nie działa zbyt mocno niekorzystnie na cała produkcję. Jestem skłonna przymknąć na niego oko.

Także słowem podsumowania, polecam! Jest to jedne z lepszych filmów, które ostatnio widziałam i myślę, że zdecydowanie warto poświęcić mu chwilę uwago. Zdecydowanie na bardzo długo zapada on w pamięć!


wtorek, 19 września 2017

[188] Biblioteka dusz


Tytuł oryginału: Library of Soul
Autor: Ransom Riggs
Cykl: Pani Peregrine
Tom: 3
Ilość stron: 496 stron
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 9/10

Przyznam się wam, że gdy czytałam drugi tom serii Pani Peregrine, to chociaż książka mi się podobała, to jedna czułam się troszkę rozczarowana, bo to już nie było tak samo genialne, jak Osobliwy dom Pani Peregrine. Bałam się, że z trzecim tomem będzie tak samo, że będzie dobrze, ale nie fantastycznie, że książka mnie zaciekawi, ale nie wciągnie w takim samym stopniu, jak pierwsza część. Myślę, że chyba dlatego, właśnie przez te obawy, z poznaniem ostatniej z serii przygód osobliwych dzieci tyle czekałam, bo zwyczajnie bałam się rozczarowania. Teraz wiem, że wszystkie te obawy były całkowicie niepotrzebne, bo mogę śmiało powiedzieć, że Miasto cieni zdecydowanie dorównało pierwszemu tomowi i to nawet bardzo!

Gdy w końcu zabrałam się za poznanie książki miałam mały problem z przypomnieniem sobie, jak zakończyła się poprzednia część, co trochę utrudniało mi lekturę. Powieść bowiem zaczyna się w dokładnie tym samym momencie, na którym kończyliśmy jej poprzedniczkę, co moim zdaniem jest jak najbardziej świetnym rozwiązaniem. I chociaż obawiałam się, że jednak będę musiała powrócić do zakończenia Miasta dusz, to koniec końców poradziłam sobie dość szybko z przyswojeniem całej historii.
Głównym elementem Biblioteki dusz jest tak naprawdę moment, gdy wraz z Jacobem, Emmą oraz psem Addisonem, przenosimy się do jednej z karnych pętli - Piekielnego Poletka, gdzie doprowadza ich trop porwanych osobliwych dzieci oraz ymbrynek. I pewnie to zabrzmi dziwnie, ale po prostu pokochałam Piekielne Poletko! Chociaż powinnam raczej powiedzieć, że pokochałam to, w jaki sposób Ransom Riggs wykreował to miejsce. Autor nie szczędził w swojej powieści opisów tego dziwnego i strasznego miejsca, a mi pozwoliło to tylko o wiele lepiej wykształcić sobie za pomocą mojej wyobraźni tą pętlę. Myślę, że właśnie takiego cudacznego miejsca zabrakło mi w Mieście cieni, dlatego niesamowicie cieszę się, że w Bibliotece dusz całą akcję autor przeniósł właśnie do Piekielnego Poletka.
Przez większość książki tak naprawdę towarzyszymy więc Jacobowi i Emmie w przeżyciu w tym strasznym miejscu i jednoczenie w próbach odnalezienia przyjaciół. Oczywiście i w tej części nie zabrakło całkiem to nowych osobliwych (i nie tylko) bohaterów, a każdy z nich jest jeszcze lepszy, niż ten poprzedni.

Jestem na prawdę zadowolona z lektury Biblioteki dusz i strasznie mocno cieszę się, że autor na zakończenie serii przygotował coś właśnie z takim kopniakiem. Widać, że na prawdę mocno napracował się przy kreowaniu wszystkich elementów tej historii, jednakże ciężka praca jak najbardziej się opłaciła! Ransom Riggs utrzymał wszystko na bardzo wysokim poziomie, a to sprawiło, że jeszcze bardziej pokochałam jego twórczość. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję zapoznać się z jakąś nową książką tego autora, gdyż jestem przekonana, że każda kolejna będzie równie epicka, co poprzednia!

Myślę więc, że nie muszę już dodawać, jak bardzo polecam wam zarówno tą cześć, jak i całą serię stworzoną przez Ransoma Riggsa. Jak dla mnie te książki to jedne z tych pozycji, które tak jak  w przypadku Harry'ego Potter'a dosłownie każdy powinien przeczytać (bez względu na wiek). Ja już teraz wiem, że na pewno nie raz, nie dwa będę powracać do historii osobliwych dzieci i na pewno przez bardzo długi czas będę je niezmiernie miło wspominać!
Żałuję tylko, że ekranizacja Osobliwego domu Pani Peregrine wypadła tak słabo (czego w ogóle nie mogę zrozumieć, bo w końcu wyreżyserował ją mój ukochany reżyser Tim Burton), bo mogło wyjść z tego wszystkiego coś na prawdę niesamowitego!


PANI PEREGRINE:

Za możliwość poznania tej genialnej serii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek