czwartek, 21 września 2017

[189] Baśnie osobliwe


Tytuł oryginału: Tales of The Peculiar
Autor: Ransom Riggs
Cykl: Pani Peregrine
Tom: 4
Ilość stron: 192 strony
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 9/10

Jak wiecie jestem na prawdę ogromną fanka serii Pani Peregrine o osobliwych dzieciach dlatego strasznie ucieszyłam się, gdy usłyszałam, że autor napisał również zbiór baśni osobliwych, które nawiązują do historii osobliwców z całego świata. Dosłownie modliłam się o to, żeby książka ta ukazała się również polskim nakładem (sami wiecie, jak to bywa u nas z takimi właśnie dodatkami) i gdy dowiedziałam się, że Wydawnictwo Media Rodzina jednak wyda ten zbiór byłam po prostu w niebo wzięta!

Jeśli widzieliście już tą książkę na żywo na pewno się ze mną zgodzicie, że została przepięknie wydana. Już sama okładka niesamowicie przyciąga wzrok  - strasznie podoba mi się, że została wykonana w takim starym i do tego baśniowym stylu. Jednak nie tylko okładka zasługuje na wielkie brawa, ale również całe wnętrze. Każda z baśni (a jest ich dziesięć) została opatrzona niezwykła ilustracją, co niesamowicie oddaje klimat osobliwców. Cieszę się bardzo, że całość została wydana w taki, a nie inny sposób, gdyż sama miałam przez to wrażenie, jakby na prawdę czytała książkę przeznaczoną wyłącznie do rąk osobliwców.

Dalej bardzo spodobało mi się to, że autorem książki nie jest tak na prawdę Ransom Riggs, tylko Millard Nullings, czyli niewidzialny bohater serii Pani Peregrine i jeden z jej osobliwych podopiecznych. Książka opatrzona jest w kilka komentarzy, które zamieścił w niej Millard. To wszystko strasznie przypomina mi Baśnie Barda Beedle'a od J.K. Rowling, dlatego cieszę się, że i tutaj zastosowano coś podobnego.

A jeśli chodzi o samą książkę, tak jak mówiłam znajdzie w niej dziesięć baśni w tym jedną, którą mogliśmy poznać w Mieście cieni - "Historia Cuthberta". Czytając powieść bardzo mi się ta historia spodobała i cieszę się, że mogłam poznać ją jeszcze raz. Jednakże ze wszystkich opowieści zdecydowanie najbardziej spodobały mi się "O kobiecie, która przyjaźniła się z duchami" opowiadająca historię dziewczyny, która nie potrafiła przyjaźnić się z żywymi ludźmi tylko wolała towarzystwo duchów, dlatego sama stworzyła sobie nawiedzony dom oraz  "O dziewczynie, która poskramiała senne koszmary" zdecydowanie najmroczniejsza ze wszystkich opowieści, ale mimo wszystko cudowna i wciągająca.
Najmniej podobały mi się historie o chłopcu, który zamienił się w szarańczę (między innymi), która była dla mnie po prostu dziwna oraz "O chłopcu, który potrafił zatrzymać morze", przy której się po prostu wynudziłam.
Autorowi przez cały czas udało się jednak utrzymać ten fantastyczny i osobliwy klimat idealny wprost dla baśni, dlatego nawet wtedy gdy któraś historia sama z siebie mnie nie zaciekawiła, to i tak czytałam ją od deski do deski.

Co mogę więcej powiedzieć na temat tych baśni? Na pewno jest to obowiązkowa pozycja dla każdego fana osobliwych dzieci. Sama nie wyobrażam sobie, abym mogła jej nie poznać. Myślę, że tym osobą na pewno spodoba się ta książka i co najważniejsze, będzie świetnym uzupełnieniem dla znanych już nam historii. Dzięki historii o pierwszej ymbrynce możemy na przykład dowiedzieć się w końcu, skąd wzięły się takie osoby, jak pani Peregrine, czy panna Wren i zrozumieć, dlaczego ich zadanie polega na ochronie osobliwców i tworzeniu pętli. Ja świetnie się bawiłam czytając Baśnie osobliwe i jedyne, co mogę tutaj jeszcze powiedzieć, to tyle, że jak najbardziej wam je polecam!

PANI PEREGRINE:

środa, 20 września 2017

[96] FILMOWO: Aż do kości

Tytuł oryginału: To The Bone

Reżyseria: Martin Noxon

Scenariusz: Martin Noxon

Gatunek: Dramat

Produkcja: USA

Czas trwania: 1 godz. 47 min.

Premiera: 22 stycznia 2017 (świat)

Obsada: Keanu Reeves, Lily Collins, Liana Liberato, Lilia Taylor, Carrie Preston, Alex Sharp, Ciara Bravo 

Ocena: 9/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Pewnie wspominałam wam o tym już nie raz, nie dwa, ale bardzo lubię oglądać filmy, które poruszają jakieś ważne tematy związane ze zdrowiem psychicznym. Dlatego idealną wręcz dla mnie pozycją był właśnie film Aż do kości, gdzie dodatkową rolę grała moja ulubienica Lily Collins (kolejny wielki atut tego filmu!). I powiem wam, że choć spodziewałam się, że film będzie dobry i mi się spodoba, to jedna nie sądziłam, że aż w tak dużym stopniu! Przy oglądaniu dosłownie przepadłam w tej historii. Chociaż sama nigdy nie miałam styczności z osobami, które musiały zmagać się z problemem anoreksji, to jednak strasznie ciekawi mnie ten temat, przez co z wielkim zapałem śledziłam wszystko to, co działo się w tej produkcji. Teraz śmiało mogę powiedzieć wam, że jeśli tak jak ja uwielbiacie filmy tego typu, Aż do kości jest dla was stworzony!
Ale zacznijmy może od początku.


Film opowiada historię Ellen, którą jest anorektyczką. Nikt tak na prawdę nie wie, dlaczego dziewczyna tak broni się od spożywania jedzenia, choć sama Ellen wydaje się być pewna swoich działań. Dziewczyna zostaje skierowana przez swojego ojca i macochę na kolejną z kolei terapię, która ma być całkowicie inna, niż te, na których dziewczyna była dotychczas. Gdy trafia do dra Beckham'a od razu zauważa, że mężczyzna ma całkowicie inne podejście do jej choroby, niż każdy znany jej psychiatra. Beckham proponuje jej udanie się do własnego ośrodka terapeutycznego, gdzie tam spróbuję jej pomóc. Warunek jest jeden - dziewczyna sama musi tego chcieć. Gdy Ellen w końcu trafia na miejsce jeszcze bardziej utwierdza się w przekonaniu, że doktor ma całkowicie inne podejście do walki z problemami psychicznymi nastolatków, niż reszta dorosłych.

Zdaję sobie sprawę, że opis, który wam zaprezentowałam jest z lekka chaotyczny, jednak nie chciałam za dużo zdradzać wam całej fabuły filmu, bo własne na tym w końcu polega przyjemność oglądania tej produkcji. Jednakże głośno mogę powiedzieć, że chodzi głownie o dziewczynę (Ellen), która zmaga się z anoreksją.


Na samym początku koniecznie muszę wspomnieć, że po prostu ubóstwiam Lily Collins w tej roli! Nie spodziewałam się, że wcieli się w postać Ellen aż tak dobrze, chociaż już teraz jestem pełna podziwu jej zdolności aktorskich. Bardzo zaskoczyło mnie też to, jak zmieniono wygląd aktorki, aby wyglądała ona jak cierpiąca na anoreksję dziewczyna. Za to wszystko należą się na prawdę spore brawa, gdyż całość (gra Lily Collins oraz jej wygląd) wyszła na prawdę bardzo przekonująco. Szczerze wam powiem, że nie wyobrażam sobie już w tej postaci nikogo innego. 
Gdy już jestem przy aktorach to powiem także, że jestem również bardzo pozytywne zaskoczona rolą jaką w tym filmie zagrał Keaun Reeves. Osobiście jakoś nie przepadam za tym aktorem i zawsze starałam się omijać produkcje, w których on występował - w sumie sama nie wiem, dlaczego tak mam. Nie widziałam zbyt wielu filmów z nim, jednak chyba zapadło mi to gdzieś głęboko w świadomość, przez co teraz staram się go omijać. I właśnie dowiadując się, że on również zagrał w Aż do kości myślałam, że tylko zepsuje całość, a tutaj proszę, takie wielkie zaskoczenie mnie spotkało! Starałam podejść do oglądania go bez żadnych swoich uprzedzeń i mogę wam powiedzieć, że postać dra Beckhama, w którą się wcielił, wpłynęła na prawdę bardzo korzystnie na całą fabułę filmu. Oczywiście nie stałam się przez to od razu wielką fanką aktora, ale myślę, że jeszcze raz przeanalizuję swoje podejście do niego i może jednak dam mu jeszcze jedną szansę.

Jeśli chodzi o pozostałych aktorów, to tutaj również nie mam nikomu nic do zarzucenia, gdyż każdy z nich dobrze wykonał wyznaczoną pracę i żadnego z nich bym w tym filmie nie zamieniła.


O samej fabule filmu mogę powiedzieć, że na pewno jest to film bardzo emocjonalny i skłaniający do przemyśleń. Tak, jak mówiłam, jest to opcja idealna dla każdego, kto choć trochę interesuje się ludzką psychiką, bo dzięki niemu możemy lepiej poznać osobę która musi zmagać się z jakimiś problemami psychicznymi. Często ludzie, których takie rzeczy nie dotyczą nie potrafią zrozumieć, jak ciężko takiej chorej osobie jest wyjść z tego wszystkiego, że to nie jest tak, jak z chorobami fizycznymi, że wystarczy podać leki i jest w porządku. Tutaj wszystko tak na prawdę zależy od samej osoby chorego, a ten okres rekonwalescencji to niezwykle długa podróż, której skutki mogą ciągnąć się za nami w nieskończoność. 
Ja w każdym bądź razie jestem niezwykle zadowolona z tego, co otrzymałam za pośrednictwem tego filmu i teraz mogę go wam jak najbardziej polecić. Wszystko w nim zostało dobrze przemyślane, a sami aktorzy poświęcili dużo czasu, aby jak najlepiej zagrać wyznaczoną rolę. Jedyne do czego mogłabym się tutaj przyczepić, to zakończenie, które jak dla mnie było lekko dziwne i takie trochę.... zbyt szybkie. Chodzi mi o to, że tak to przez wiele lat bohaterka nie mogła poradzić sobie z wyjściem z anoreksji, aż nagle było takie "pstryk" i już jest lepiej! Ja sama przynajmniej odniosłam właśnie takie wrażenie. Jednak dla mnie to jest taki szczegół, który nie działa zbyt mocno niekorzystnie na cała produkcję. Jestem skłonna przymknąć na niego oko.

Także słowem podsumowania, polecam! Jest to jedne z lepszych filmów, które ostatnio widziałam i myślę, że zdecydowanie warto poświęcić mu chwilę uwago. Zdecydowanie na bardzo długo zapada on w pamięć!


wtorek, 19 września 2017

[188] Biblioteka dusz


Tytuł oryginału: Library of Soul
Autor: Ransom Riggs
Cykl: Pani Peregrine
Tom: 3
Ilość stron: 496 stron
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 9/10

Przyznam się wam, że gdy czytałam drugi tom serii Pani Peregrine, to chociaż książka mi się podobała, to jedna czułam się troszkę rozczarowana, bo to już nie było tak samo genialne, jak Osobliwy dom Pani Peregrine. Bałam się, że z trzecim tomem będzie tak samo, że będzie dobrze, ale nie fantastycznie, że książka mnie zaciekawi, ale nie wciągnie w takim samym stopniu, jak pierwsza część. Myślę, że chyba dlatego, właśnie przez te obawy, z poznaniem ostatniej z serii przygód osobliwych dzieci tyle czekałam, bo zwyczajnie bałam się rozczarowania. Teraz wiem, że wszystkie te obawy były całkowicie niepotrzebne, bo mogę śmiało powiedzieć, że Miasto cieni zdecydowanie dorównało pierwszemu tomowi i to nawet bardzo!

Gdy w końcu zabrałam się za poznanie książki miałam mały problem z przypomnieniem sobie, jak zakończyła się poprzednia część, co trochę utrudniało mi lekturę. Powieść bowiem zaczyna się w dokładnie tym samym momencie, na którym kończyliśmy jej poprzedniczkę, co moim zdaniem jest jak najbardziej świetnym rozwiązaniem. I chociaż obawiałam się, że jednak będę musiała powrócić do zakończenia Miasta dusz, to koniec końców poradziłam sobie dość szybko z przyswojeniem całej historii.
Głównym elementem Biblioteki dusz jest tak naprawdę moment, gdy wraz z Jacobem, Emmą oraz psem Addisonem, przenosimy się do jednej z karnych pętli - Piekielnego Poletka, gdzie doprowadza ich trop porwanych osobliwych dzieci oraz ymbrynek. I pewnie to zabrzmi dziwnie, ale po prostu pokochałam Piekielne Poletko! Chociaż powinnam raczej powiedzieć, że pokochałam to, w jaki sposób Ransom Riggs wykreował to miejsce. Autor nie szczędził w swojej powieści opisów tego dziwnego i strasznego miejsca, a mi pozwoliło to tylko o wiele lepiej wykształcić sobie za pomocą mojej wyobraźni tą pętlę. Myślę, że właśnie takiego cudacznego miejsca zabrakło mi w Mieście cieni, dlatego niesamowicie cieszę się, że w Bibliotece dusz całą akcję autor przeniósł właśnie do Piekielnego Poletka.
Przez większość książki tak naprawdę towarzyszymy więc Jacobowi i Emmie w przeżyciu w tym strasznym miejscu i jednoczenie w próbach odnalezienia przyjaciół. Oczywiście i w tej części nie zabrakło całkiem to nowych osobliwych (i nie tylko) bohaterów, a każdy z nich jest jeszcze lepszy, niż ten poprzedni.

Jestem na prawdę zadowolona z lektury Biblioteki dusz i strasznie mocno cieszę się, że autor na zakończenie serii przygotował coś właśnie z takim kopniakiem. Widać, że na prawdę mocno napracował się przy kreowaniu wszystkich elementów tej historii, jednakże ciężka praca jak najbardziej się opłaciła! Ransom Riggs utrzymał wszystko na bardzo wysokim poziomie, a to sprawiło, że jeszcze bardziej pokochałam jego twórczość. Mam wielką nadzieję, że jeszcze kiedyś będę miała okazję zapoznać się z jakąś nową książką tego autora, gdyż jestem przekonana, że każda kolejna będzie równie epicka, co poprzednia!

Myślę więc, że nie muszę już dodawać, jak bardzo polecam wam zarówno tą cześć, jak i całą serię stworzoną przez Ransoma Riggsa. Jak dla mnie te książki to jedne z tych pozycji, które tak jak  w przypadku Harry'ego Potter'a dosłownie każdy powinien przeczytać (bez względu na wiek). Ja już teraz wiem, że na pewno nie raz, nie dwa będę powracać do historii osobliwych dzieci i na pewno przez bardzo długi czas będę je niezmiernie miło wspominać!
Żałuję tylko, że ekranizacja Osobliwego domu Pani Peregrine wypadła tak słabo (czego w ogóle nie mogę zrozumieć, bo w końcu wyreżyserował ją mój ukochany reżyser Tim Burton), bo mogło wyjść z tego wszystkiego coś na prawdę niesamowitego!


PANI PEREGRINE:

Za możliwość poznania tej genialnej serii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!

niedziela, 10 września 2017

[187] Słońce też jest gwiazdą


Tytuł oryginału: The Sun is Also a Star
Autor: Nicola Yoon
Ilość stron: 336 stron
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Ocena: 6/10

Po tym, jak mocno byłam oczarowana pierwszą książką Nicoli Yoon Ponad wszystko (recenzja klik) sądziłam, że gdy w końcu przeczytam Słońce też jest gwiazdą i w tym przypadku otrzymam coś niesamowitego. I chociaż ogólnie rzecz biorąc książka mi się podobała, to jednak nie było to chyb do końca to, czego się po niej spodziewałam. Zabrakło mi tego czegoś, co tak bardzo urzekło mnie w przypadku lektury pierwszej książki autorki, a czego tak bardzo pragnęłam. Ale, ale jak mówię - nie uważam, żeby ta powieść była zła. Co to, to nie! Może jednak zacznę od początku...

W przypadku tej książki tak na prawdę chyba ciężko jest określić, kto tutaj jest tym głównym bohaterem, bo chociaż powieść tak na prawdę opowiada historię dwójki bohaterów - Natashy oraz Daniela, to jednak ja sama nie potrafię stwierdzić, czy to bardziej Tasha jest tą najważniejszą postacią, czy może Daniel jest ważniejszy od niej, albo już całkiem z innej strony może to ich rodziny są głównymi bohaterami. Za razem ciekawe, jednak i czasem nieco denerwujące było więc dla mnie to, że książka podzielona jest na rozdziały, gdzie to są przedstawiane różne wątki różnych osób. Oczywiście najwięcej się tyczy Natashy i Daniela, ale jest też wiele, wiele innych,, które w jakiś sposób do tych dwóch postaci nawiązują. Powiem wam, że chyba raczej nie zostanę wielką fanką tego sposobu pisania. Owszem, lubię bardzo, gdy poznajemy jakąś historię z kilku perspektyw, bo zwyczajnie możemy się w takim przypadku o wiele więcej dowiedzieć. Tutaj było tego jak dla mnie o wiele za wiele. Bardzo często wszystkie te rozdziały dość mocno mnie przytłaczały i musiałam chwilę poświęcić, aby się w nich odnaleźć. Bardzo mocno przypomina mi to książkę Musimy coś zmienić (recenzja klik) gdzie właśnie podobny sposób narracji również był prowadzony i tam również mi się to bardzo nie podobało. Nie mówię, że książka miałaby być prowadzona w taki tradycyjny sposób, czyli tylko Natasha jest narratoką, albo tylko Daniel jest narratorem, ale to co przedstawiła Nicola Yoon akurat mnie mocno przytłoczyło i nie do końca mi się spodobało.

Sama historia przedstawiona w książce na prawdę mocno mi się spodobała i według mnie to jest właśnie ten największy atut całej powieści. Autorka miała na prawdę ciekawy pomysł - niby banalny, ale jednak ciekawy. Przyjemnie czytało mi się o Tashy, która musi zmagać się z problemem deportacji oraz o Danielu zmagającym się z problemami rodzinnymi, ale przede wszystkim o tym, co robili razem i o tym, jakie uczucie zaczęło ich łączyć w bardzo krótkim czasie. Jestem zdecydowaną romantyczką i jak najbardziej uważam, że czasem wystarczy tylko jedno spojrzenie, czy parę minut rozmowy, żeby wiedzieć, że jesteśmy sobie przeznaczenia - tutaj śmiało trzymam stronę Daniela. Całą historię śledziłam z zapartym tchem i mocno trzymałam kciuki zarówno o to, aby tej dwójce sieęudało, oraz za Tash i jej pozostanie w USA.
Odnośnie postaci powiem jedynie parę słów. Natasha przez całą książkę była dla mnie tak na prawdę jedną wielką zagadką. Gdy już zaczynałam myśleć, że chyba wiem, jaka ona mniej więcej jest szynko okazywało się, że to jednak nie ta osoba, o jakiej myślałam. Jednakże podczas czytania na prawdę mocno ją polubiłam - chociaż w wielu kwestiach się z nią nie zgadzałam. Sam Daniel również mocno przypadł mi do gustu - jedynie nie spodobało mi się moje wyobrażenie wyglądu chłopa, ale to tylko taki drobny szczegół. Tak jak mówię, w przypadku tej dwójki szalenie spodobało mi się to, że mimo tych wszystkich dość wyraźnych różnic ta dwójka potrafiła się dogadać. Ba! Śmiało można powiedzieć, że zostali dla siebie stworzeni.

Słowem podsumowania powiem jeszcze raz - książka nie była zła, jednak nie zachwyciła mnie już tak bardzo, jak Ponad wszystko. Czytając poprzednią książkę autorki czułam, że coś mnie strasznie mocno do tej historii ciągnie, a zagłębiając się w Słońce też jest gwiazdą miałam tylko wrażenie, że czytam... bo czytam. Szczerze, to gdybym nie poznała tej historii nie miałabym czego żałować. Co, jak co, jednak muszę powiedzieć, że pod względem pisarskim autorka nadal trzyma wysoki poziom i nie mogę doczekać się kolejnej powieści, która wyjdzie z pod jej pióra.
Tak więc tym razem książki nie będę ani polecać, ani nie poleca - po prostu powiem, że będziecie musieli zdecydować sami.

Za możliwość zapoznania się z książką serdeczne dziękuję Wydawnictwu Dolnośląskiemu.

piątek, 8 września 2017

[95] FILMOWO: Sklep dla samobójców

Tytuł oryginału: Le Magasin des suicides

Reżyseria: Patrice Leconte

Scenariusz: Patrice Leconte

Gatunek: Animacja, Komedia, Musical

Produkcja: Belgia, Francja, Kanada

Na podstawie: Jean Teulé "Le Magasin des suicides"

Czas trwania: 1 godz. 20 min.

Premiera: 9 sierpnia 2013 (Polska), 24 maja 2012 (świat)

Obsada: Michał Wójcik (Mishima - głos polski dubbing), Joanna Kołaczkowska (Lukrecja - głos polski dubbing), Magdalena Kumorek (Marynia - głos polski dubbing), Wojciech Mecwaldowski (Wincek - głos polski dubbing), Kacper Siekanowicz (Alan - głos polski dubbing)

Ocena: 4/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Pamiętam, że odkąd dowiedziałam się o tym filmie bardzo mocno chciałam się z nim zapoznać. Było to jakoś po jego premierze, kiedy nie grali go już w kinach, ale jednak w internecie nadal nie był dostępny. Całkiem niedawno sobie o nim przypomniała i ponownie zaczęłam prowadzić poszukiwania Sklepu dla samobójców w polskiej wersji językowej. Oczywiście znowu nie mogłam go nigdzie znaleźć, a jak już widziałam, że jest, okazywało się, że mogłabym go zobaczyć, ale dopiero po zapłaceniu dwudziestu złotych. Byłam już prawie tak bardzo zdesperowana, że mówiła "dobra, w porządku, przecież dwadzieścia złotych to nie majątek", jednak potem zaczynałam myśleć - a co jeśli nie jest on taki dobry, jak mi się wydaje i tylko zmarnuję pieniądze. Dlatego bardzo się ucieszyłam, gdy w końcu znalazłam go w Empiku na promocji za dziesięć złotych (boże, ale ze mnie skąpiec...). Bardzo dużo od tej produkcji oczekiwałam i myślałam, że będę nim zwyczajnie oczarowana! No ale koniec końców sama nie wiem, co o nim sądzę - chyba jednak nie jest to do końca to, czego oczekiwałam...


Istnieje na świecie (a dokładniej mówiąc we Francji) pewne miasto, gdzie chyba każdy człowiek jest tak bardzo przygnębiony, pogrążony w depresji i rozczarowany życiem, że myślenie o odejściu z tego świata jest na porządku dziennym. Doszło do tego, że władze miasta nakładają karę na każdego, kto spróbuje popełnić samobójstwo (i oczywiście mu się nie uda), aby tylko zatrzymać ten okrutny trend. Z pomocą zdesperowanym mieszkańcom miasta przychodzi pewien sklep - Sklep dla samobójców - gdzie, jak głosi nazwa, można nabyć wszystko, co tylko ma pomóc w odebraniu sobie życia. Mishima i Lukrecja to małżeństwo, które przejęło interes po zmarłych przodkach i zarazem eksperci w doradzaniu, jaki sposób jest najodpowiedniejszy dla każdego człowieka. Ich dewiza do gwarancja natychmiastowej śmierci, albo zwrot pieniędzy! Razem z dwójką dzieci prowadzą więc ten specyficzny sklep w najlepszym momencie jego istnienia - do czasu, gdy na świat przychodzi trzeci potomek Mishimy i Lukecji. Alan już od chwili narodzin roztacza wokół siebie niesamowitą pogodę życia, a to nie tylko denerwuje członków jego rodziny, ale również zagraża istnieniu sklepu. Gdy chłopiec podrasta postanawia zrobić coś, aby chociaż swojej rodzinie przywrócić chęć do życia.


Może zacznę od tego, że film chociaż jest animacją, zdecydowanie moim zdaniem nie nadaje się do dzieci - sama określiłabym go mianem czarnej komedii. Także, jeśli oczekiwaliście czegoś innego, niestety muszę was rozczarować. Ogólnie powiem tak - na prawdę myślałam, że produkcja ta będzie o niebo lepsza, a dostałam coś, co jak dla mnie jest po prostu bardzo, bardzo dziwne. Całe moje odczucia co do tej animacji są dość mocno mieszane, bo z jednej strony coś mi się tutaj podoba, ale z drugiej strony tą samą rzecz uważam, za niesamowicie dziwaczną i to mi się tutaj nie podoba. Dotyczy się to na przykład grafiki, która z jednej strony mocno mnie urzekła i uważam, że miejscami jest na prawdę zjawiskowa, ale w filmie wiele jest takich momentów, przez które uważam że właśnie ta grafika to jedno wielkie nieporozumienie... Mówiłam, że nieźle to wszystko pogmatwane! 

Co sądzę o samej historii? Nie wiem. Z jednej strony niesamowicie podoba mi się pomysł przedstawienia depresyjnego miasteczka oraz sama idea sklepu z artykułami dla samobójców, ale wydaje mi się, że po prostu nie tego oczekiwałam, że sposób, w jaki to wszystko zostało przedstawione tylko popsuł to, co mogło być czymś na prawdę fantastycznym. Nie spodobało mi się tutaj to, że wiele fragmentów zostało zwyczajnie olanych i pominiętych. Chodzi mi o to, że owszem coś się pojawiło, ale to było tylko na chwilę - dział się to zdecydowanie za szybko! Teraz wydaje mi się, że po prostu chodzi o to, że twórcy filmu owszem mieli świetny pomysł na przedstawienie całości, ale gdy już zaczęli nad nim pracować, mocno zboczyli z torów i wyszło im coś kompletnie innego. Wiem, że film powstał na podstawie książki i zastanawia mnie, czy w niej też zostało to przedstawione w tak zdawkowy sposób - cóż, jeśli tak, to przepraszam twórców filmu za mój osąd.


Sama oglądałam film z polskim dubbingiem i to chyba również było wielkim błędem. Polska wersja językowa miała być świetna, zachwycano się tym, że głosów postaciom udzieliło wielu znanych i lubianych przedstawicieli polskiego kabaretu (których z resztą niektórych sama lubię), ale jak dla mnie to było kolejne duże nieporozumienie. Szczególnie raził mnie Marcin Wójcik użyczający głosu Mishimie (ten oto pan na powyższym zdjęciu). Kompletnie mi od nie pasował do tej postaci, a momenty, gdy śpiewał on jakąś piosenkę (zapomniałam dodać, że film to również musical [tym razem niestety]) tylko utwierdzały mnie w tym przekonaniu. Takich postaci było na prawdę sporo i chyba z ręką na sercu mogę powiedzieć, że jedynie polski głos Alana mi nie przeszkadzał (aż tak bardzo) oraz jego mamy Lukrecji. Może, gdybym obejrzała tą produkcję w oryginale i z polskimi napisami bardziej by mi się ona spodobała - nie mam pojęcia. Może kiedyś zrobię do niej jeszcze jedno podejście, jednak ja na razie o polskim dubbingu mówię zdecydowane nie!


Przechodząc więc już do podsumowanie, jestem na prawdę rozczarowana tym, co dostałam oglądając Sklep dla samobójców. Spodziewałam się dostać coś całkowicie innego (lepszego), a dostałam.... to coś... Przez większość filmu tak na prawdę tylko się nudziłam i wyczekiwałam momentu,, gdy to wszystko się już skończy. Choć od czasu do czasu lubię oglądać musicale (nic do nich nie mam), to jednak tutaj polskie wersje tych piosenek były dla mnie zwyczajnie słabe - takie typowo kabaretowe, czego ja po prostu nie cierpię... Nie wiem, jak to by było w oryginale, ale może niedługo się przekonam. Samo zakończenie też było po prostu bardzo słabe - cały czas było źle, aż tu nagle pstryk! i wszystko jest dobrze! Dosłownie, jakby twórcy chcieli jak najszybciej zakończyć tą produkcję i dali coś całkowicie przypadkowego, aby w końcu móc uznać ten film za skończony. Ja przynajmniej tak właśnie to odebrałam. 
Także mówiąc już krótko, jak tej produkcji mówię stanowcze nie! Film nie był wart tych dziesięciu złotych (a już na pewno nie dwudziestu!) i teraz z pewnością bym go ponownie nie kupiła. Tak, jak mówiłam, dam jeszcze szansę oryginalnej wersji z polskimi napisami, ale nie sądzę, żeby miało to jakoś zmienić moje podejście do niego. Słowem - nie polecam! Nie warto.


| Adnotacja z dnia 08.09.17. |
Kilka dni, po pierwszym obejrzeniu tego filmu, oglądałam go ponownie z dziewczyną mojego brata i o dziwo film spodobał mi się troszkę mocniej. Tzn. nadal byłam świadoma tych wszystkich błędów, o których mówiłam wam wyżej, ale chyba takie świeże podejście do tej produkcji (wiecie, już po tym rozczarowaniu oraz bez żadnych oczekiwań) pomogło i udało mi się spojrzeć na Sklep dla samobójców z lekka innej perspektywy. Nie zmieniłam jednak całkowicie mojego zdania, bo jednak nadal uważam, że ta animacja mogłaby wypaść o niebo lepiej!

poniedziałek, 4 września 2017

[27] Podsumowanie sierpnia [2017]


Chyba jestem jedną z nielicznych osób, które bardzo cieszą się z tego, że zarówno sierpień, jak i same wakacje są już za nami. W głównej mierze ma to związek z tym, że w końcu zacznie się robić chłodniej i powróci klimat, który ja osobiście uwielbia najbardziej. Niedawno też doszłam do wniosku, że w trakcie lata, gdy pogoda zachęca do wyjścia z domu mi czyta się najgorzej. Wówczas w ogóle nie mam ochoty na książki, chociaż w sumie źle to ujęłam - ochotę na książki mam, ale to czytanie jakoś tak mi nie idzie. Lato to był dla mnie okres takiego zawieszenia, tzn. chociaż robiłam to samo, co zawsze, to tak, jakby wiecznie trwały jakieś wakacje. A ja mam już dosyć odpoczywania i tylko czekam na to, gdy w końcu zacznie się rok akademicki i w końcu będę mogła wrócić do codzienności. Tak, to jak - wiem, że jestem dziwna!

A co wydarzyło się u mnie w sierpniu? Przede wszystkim na początku miesiąca blog obchodził swoje trzecie urodziny i chociaż zawsze starałam się to jakoś uczcić, to w tym roku jakoś nie miałam w ogóle humoru na świętowanie. Nie pytajcie mnie, dlaczego - po prostu tak było. Zarówno na blogu, jak i na Facebooku, czy Instagramie nie pisałam wam nawet nic o tym, że jedenastego sierpnia miałam swoje małe święto. Może wiązało się to z tym, że nie miałam ochoty przygotowywać żadnego konkursu, a podświadomie czułam, że tak właśnie bym zrobiła. Dlatego też z tego miejsca, chociaż urodziny bloga były już prawie miesiąc temu, chciałabym wam serdecznie podziękować, że mimo tego, że czasem nie jest mi ciężko tego bloga prowadzić i wiem, że często się w tym wszystkim opuszczam, tak mało do was zaglądam i w ogóle, wy jesteście ze mną (a chociaż jakaś mała część was)! Często nachodzą mnie myśli (chyba stała kwestia nie u jednego książkowego blogera), że może powinnam zakończyć przygodę z blogiem, albo chociaż na chwilę go zawiesić, bo jak mówiłam nie zawsze jest łatwo, to jednak moim największym motywatorem jesteście wy oraz to, że lubię to co robię. Także z całego serca jeszcze raz wam bardzo mocno dziękuję - gdyby nie wy nie było by mnie teraz tutaj. 

Od wielu miesięcy też wciąż mówię wam o tym, jakie zmiany muszę wprowadzić w stosunku do współprac recenzenckich i choć wydaje mi się, że wcześniej tylko po prostu mówiłam, to w końcu przechodzę do czynów! Zakończyłam współpracę z Wydawnictwem HarperCollins Polska, gdyż choć niektóre z ich książek na prawdę bardzo lubiłam, to jednak doszłam do wniosku, że również wiele z nich to dla mnie zwyczajna strata czasu. Bardzo się cieszę, że Wydawnictwo obdarowało mnie zaufaniem, ale w życiu recenzenta często właśnie tak bywa, że musimy z jakichś współprac zrezygnować i tym razem padło właśnie na HarperCollins Polska. Nie mówię, że w ogóle nie będę czytać ich książek - gdy mnie jakaś z nich zaciekawi tak na prawdę bardzo mocno, na pewno poświęcę jej czas. Myślę, że w najbliższym czasie wprowadzę w tych rejonach jeszcze parę zmian. 
Cały czas też staram się zmienić swoje podejście do czytanych przeze mnie książek i chyba co raz mocniej do mnie dociera to, że muszę robić większą selekcję tego, co czytam. Ostatnio bowiem zagłębiałam się tak na prawdę tylko w książki młodzieżowe i chociaż nadal uwielbiam ten gatunek, to po prostu zaczynam dostrzegać, że a) zaczyna mnie on nudzić i b)wszystko jest tak praktycznie podobne i szkoda na to tracić czasu oraz c) chyba powinnam trochę książkowo dorosnąć i znaleźć sobie takie lektury, które byłyby odpowiedniejsze do mojego aktualnego poglądu na życie - od takie małe czytelnicze przemyślenia.
Uff... rozgadałam się. To żeby wam już więcej nie przynudzać, przechodzimy w końcu do właściwego podsumowania miesiąca!

Liczba wyświetleń: 129, 813
(o 5, 113 więcej, niż w lipcu)
Liczba obserwatorów: 456
(bez zmian)
Polubienia na FB: 257
(o 1 więcej, niż w lipcu)
Polubienia na IG: 424
(o 12 więcej, niż w lipcu)


Ogólnie to powiem wam, że jestem w na prawdę wielkim szoku, że w sierpniu przeczytałam aż osiem książek! Na prawdę nie wiedziałam, że jest ich tak dużo, aż do momentu, gdy zaczęłam pisać to podsumowanie. Wydawało mi się, że jest ich znacznie mniej, dlatego ten wynik jest dla mnie na prawdę wielkim i przyjemnym zaskoczeniem.
Dobra, a teraz jeśli chodzi o najlepszą i najgorszą z książek, które przeczytałam, to zdecydowanie najgorszą okazała się być Nic do stracenia. Wreszcie wolni. Sama nadal nie mogę wyjść z szoku, że ta książka aż tak bardzo mi się nie podobała. Pierwszą częścią serii byłam zauroczona i chociaż moja dotychczasowa przygoda z twórczością autorki była raczej neutralna, to właśnie ta pierwsza część dała mi nadzieję na to, że może nie jest tak wcale najgorzej. Cóż... jednak jest. Nie wiem, czy w ogóle jeszcze kiedyś sięgnę po twórczość tej autorki - jak na razie wydaje mi się to być na prawdę wielką stratą czasu.
Tą, która w tym miesiącu okazała się być najlepsza jest niewątpliwie Był sobie pies. Zastanawiałam się również nad wyborem Ostatniego pocałunku lub Między niebem a Lou, ale to jednak historia o Baileyu zwyciężyła. 
Jak więc sami widzicie mój czytelniczy sierpień okazał się na prawdę bardzo udany!




Pod względem filmów myślę, że chyba powinnam się już przyzwyczaić do tego, że tutaj zawsze będzie znacznie gorzej, niż w przypadku książek. W sierpniu bowiem obejrzałam zaledwie dwa nowe filmy, ale jak to ktoś kiedyś powiedział - lepsze to, niż nic! Tutaj na pewni nie wybiorę najlepszego filmu, bo zwyczajnie takiego nie było. Natomiast z wyborem najgorszego nie będę miała problemu - tutaj zdecydowanie zwyciężył Sklep dla samobójców. Niedługo będziecie mogli zapoznać się z recenzją tej produkcji, dlatego wspomnę wam tylko, że jak dla mnie to było jakieś jedno wielkie nieporozumienie i osobiście spodziewałam się dostać tutaj coś znacznie lepszego.


Z tych pozostałych postów pojawiło się oczywiście podsumowanie poprzedniego miesiąca oraz dodatkowo dwie topki, czyli top sześciu książek, które moim zdaniem są idealne na lato oraz pięć ekranizacji, które zdecydowanie i bez wątpienia koniecznie trzeba obejrzeć. Bardzo się cieszę, że te posty się wam spodobały i myślę, że tego typu wpisy będą się pojawiać na blogu częściej.


Tym, którym udało się dobrnąć do końca serdecznie gratuluję, gdyż w tym podsumowaniu wyjątkowo mocno się rozpisałam!
A co planuję na wrzesień? Przede wszystkim chciałabym w końcu przeczytać wszystkie egzemplarze recenzenckie, które jeszcze zostały mi do nadrobienia. Teraz czytam jeden i zostały mi jeszcze tylko trzy pozycje z czego się bardzo cieszę! Do nadrobienia mam też kilka filmów (między innymi Był sobie pies, Aż do kości, Notatnik śmierci czy Ponad wszystko) i mam wielką nadzieję, że jeszcze w tym miesiącu uda mi się to wszystko nadrobić. Wielkimi krokami zbliżają się też początki nowych sezonów moich seriali, a z racji tego, że ja z tymi serialami zawsze mam problem, zostało mi jeszcze kilka (lub czasem kilkanaście) odcinków do nadrobienia i liczę, że to również uda mi się nadrobić.

Tak właśnie się prezentuje mój sierpień! Czy jestem z niego zadowolona? Raczej tak! Czy liczę, że wrzesień będzie lepszy? Zdecydowanie!
A jak wam minął sierpień?

sobota, 2 września 2017

[30] Książkowe zdobycze sierpnia [2017]


Nie wiem, czy pamiętacie, ale w ostatnim poście z książkowymi zdobyczami chyba znów pobiłam swój rekord w stosunku do nowych książek, jakie do mnie trafiły. Dlatego teraz zaskoczę was i samą siebie tak na prawdę, bo w sierpniu trafiły do mnie zaledwie cztery książki! Tak, zgadza się - dobrze widzicie! Jak pewnie wiecie, od jakiegoś czasu staram się ograniczyć zarówno kupowanie nowych książek, egzemplarze recenzenckie i w sierpniu chyba jak dotąd wyszło mi to najlepiej. Mój mózg sam powoli zaczyna się dostosowywać do nowej sytuacji, ale zauważyłam, że coraz częściej, gdy widzę jakąś ciekawą książkę w promocji zaczynam się zastanawiać, czy tak na prawdę muszę ją przeczytać. Czy zaciekawiła mnie ona w jakiś sposób aż tak bardzo, że chciałabym poświęcić czas na jej poznanie, czy to tylko taki zapychacz, którego w ogóle nie warto poznawać. Także na razie idzie mi chyba całkiem dobrze i mam szczerą nadzieję, że to samo będę mogła powtórzyć również we wrześniowym poście z książkowymi zdobyczami!

A teraz nie zanudzając was już więcej, zapraszam was do poznania książek (i jednego filmu), które ostatnio do mnie trafiły.


Między niebem a Lou Lorraine Fouchet [egzemplarz recenzencki od Wydawnictwa Media Rodzina] recenzja klik

Wspominałam o tym w recenzji tej książki, ale powtórzę jeszcze raz - w ogóle nie miałam zamiaru zapoznawać się z tą książką. Jednakże czasem bywa też tak, że chociaż mocno się przed czymś bronicie, albo myślicie, że coś jest nie dla was, a gdy w końcu to poznacie, rozpaczacie, jak to możliwe, że wcześniej się z tym nie zapoznaliście. Ja miałam tak właśnie w przypadku Między niebem a Lou i na prawdę jestem bardzo wdzięczna Wydawnictwu Media Rodzina, że postanowili przysłać mi tą powieść w formie niespodzianki. Także jeśli nie mieliście jeszcze okazji zapoznać się z nią, koniecznie to zmieńcie! Troszkę boli mnie, że taka świetna książka jest tak mało popularna...

Zostaw mnie Gayle Forman [zakup własny]

Na tą książkę polowałam już od dawna i cieszę się, że w końcu mam ją u siebie. jestem wielką fanką twórczości Gayle Forman i aż wstyd, że zdobyłam ją dopiero teraz. Ale w końcu przynajmniej mogę się z nią zapoznać i mam nadzieję, że warto było tyle czekać z poznaniem tej powieści.

Lokatorka JP Delaney [j.w.]

Przyznam się, że na Lokatorkę skusiłam się główne ze względu na te liczne słowa uznania pod jej kątem. Uwielbiam od czasu do czasu zapoznać się jakimś ciekawym thrillerem i jestem ciekawa, czy i tym razem będę zachwycona lekturą. Książka zapowiada się na prawdę imponująco - zobaczymy, jaka będzie moja opinia już po jej przeczytaniu.

Odkąd cię nie ma Morgan Matson [j.w.]

Tak mocno, jak uwielbiam Gayle Forman, tak samo mocno uwielbiam twórczość Morgan Matson. Zakochałam się w niej po lekturze książki Aż po horyzont i chociaż czytając Lato drugiej szansy nie zachwyciłam się już aż tak bardzo, to jednak nadal darzę autorkę na prawdę sporym uczuciem. Na tą książkę polowałam również od bardzo dawna, jednak zamiast kupić ją już na samym początku, zawsze koniec końców spychałam ją na sam koniec listy powieści, które koniecznie muszą trafić w moje ręce. Także cieszę się, że w końcu to nastąpiło i nie mogę doczekać się lektury!

Sklep dla samobójców (2012) DVD [j.w.]
Nie jesteście sobie nawet w stanie wyobrazić, jak długo i jak zawzięcie polowałam na ten film. W zasadzie z początku nie chciałam go kupować - zależało mi jedynie na obejrzeniu go w internecie. I nie mam zielonego pojęcia, dlaczego nigdzie nie mogłam go znaleźć... A jak już go znajdywałam, okazywało się, że jego obejrzenie jest płatne. Dlatego wyobraźcie sobie, jak bardzo się ucieszyła z tego, że w Empiku mogę kupić go za zaledwie dziesięć złotych bez grosza! Jestem go strasznie ciekawa i myślę, że jeszcze dziś urządzę sobie seans z nim. Oby był tylko wart tego całego zachodu i wysiłku, który musiałam włożyć w to, aby go naleźć - jak mnie rozczaruje, chyba wyrzucę płytę przez okno...

Tak waśnie prezentują się moje książkowe (i filmowe) nowości sierpnia. Sama jestem z tych zdobyczy na prawdę zadowolona i już wyczekuję momentu, gdy będę mogła się z nimi zapoznać!

Czytaliście coś z mojego stosiku? A może oglądaliście film? Koniecznie dajcie mi o tym znać!

środa, 30 sierpnia 2017

[186] Był sobie pies


Tytuł oryginału: A Dog's Purpose: A Novel for Humans
Autor: W. Bruce Cameron
Ilość stron: 392 strony
Wydawnictwo: Kobiece
Ocena: 8/10

Na poznanie historii przedstawionej w książce Był sobie pies nie miałam ochoty tak naprawdę od razu – od momentu, gdy książka ukazała się w księgarni, a na ekranach kin zagościła jej ekranizacja. Choć prędzej, gdy przypadkowo zapoznałam się z kilkoma stronami powieści doszłam do wniosku, że owszem, to może być ciekawe, to jednak koniec końców nie ciągnęło mnie do niej na tyle, aby akurat w tym momencie chcieć ją przeczytać. Ale jak to często bywa w moim przypadku, gdy przez jakiś czas bronię się przed poznaniem danej książki, to wkrótce okazuje się, że żałuję, że z tym poznaniem tak długo zwlekałam. Tak też było właśnie w przypadku powieści Był sobie pies i teraz, gdy lektura już za mną, niecierpliwie czekam na moment, kiedy będę mogła zapoznać się z filmową adaptacją tej książki – bo jest na co czekać! 

Głównym bohaterem tejże powieści jest… pies – i to pies, który przeżywa po kolei kilka wcieleń. Na samym początku poznajemy go jako szczeniaczka, który dopiero co się urodził i razem z matką oraz trójką rodzeństwa zmaga się z życiem „pod mostem”. Niektóre jego „życia” są krótkie, inne natomiast długie i przez ten czas pies ten nazywany różnie – Tobby, Koleżka, Bailey, Ellie, czy też Misiu – stara się zrozumieć, dlaczego wciąż się odradza i jaki jest sens jego życia. Nie chcę za dużo opisywać wam fabuły, bo boję się, że mogłabym powiedzieć za dużo i zdradziłabym wam tak naprawdę całą fabułę. 

Powiem wam, że choć początkowo obawiałam się, jak taka książka przedstawiona z perspektywy psa będzie wyglądać, to powiem wam, że wyszło to naprawdę genialnie! Z resztą sam autor pokazał przez to, jak wielki posiada talent. No bo w końcu nie jest sztuką przedstawienie historii z perspektywy człowieka, który rozumie wszystko, co się wokół niego dzieje i może nam o tym powiedzieć, ale zaprezentowanie jej w taki sposób, aby nierozumiejący większości ludzkich zachowań pies mógł przedstawić nam wszystko tak, żeby cała książka miała sens. I autorowi się to jak najbardziej udało! Z pewnością musiała być to dla niego naprawdę ciężka praca, ale wysyłki z pewnością się opłaciły. Sam styl pisarski autora jest naprawdę bardzo wciągający i niesamowicie ciekawy. Na swoim Instagramie przeczytałam komentarz odnośnie tej książki, że dzięki niej możemy lepiej zrozumieć psy i chociaż ja psa nie mam (mam kota, co z pewnością spotkałoby się z dezaprobatą Bailey’a) to jednak sądzę, że wiele z tego, co zostało odnośnie psów w książce przedstawione ma naprawdę spory sens. Dzięki Był sobie pies zyskałam naprawdę świetną możliwość zapoznania się ze światem psów w taki sposób, w jaki nigdy nie było mi to dane – a to naprawdę fantastyczne przeżycie!

Odnośnie samego psiaka, na którego będę może mówić Bailey muszę powiedzieć, że na prawdę bardzo mocno go polubiłam, a śledzenie fabuły z jego perspektywy było na prawdę wielką przyjemnością. Dzięki niemu nie raz, nie dwa się śmiałam, jak i obawiałam tego, co może się zaraz wydarzyć, ale również nie obyło się bez potoków łez, kiedy Bailey (w różnych wcieleniach), musiał pożegnać się z życiem i ze wszystkim co łączyło się na jego dotychczasowe życie. Głównie te momenty były niesamowicie emocjonujące i jeśli między innymi czegoś takiego szukacie w tej książce, śmiało możecie się za nią zabierać! Choć jak mówiłam, niesamowicie pokochałam Bailey'a to jednak nie obyło się bez momentów, w których niesamowicie mnie denerwował - na przykład, gdy tak oceniał wszystkie inne zwierzęta i uważał, że tylko psy (choć głównie on), są najlepszymi zwierzakami na świecie i tylko one powinny towarzyszyć ludziom. Dla mnie, jako typowej kociary, takie traktowanie było niesamowicie krzywdzące, dlatego słysząc te liczne komentarze psiaka pod względem moich ulubionych futrzaków, obrażałam się za wszystkie koty świata! Ale niestety moja złość szybko przechodziła, gdy Bailey znów zrobił coś niezwykle zabawnego, czy uroczego. Także kociaki, przepraszam... chyba nie jestem waszym najlepszych obrońcom...
Z tych ludzkich bohaterów książki, niesamowicie polubiłam również Ethan'a oraz jego mamę i dziadków, Joe'go (mimo jego braku uczuć) oraz Mayę. To właśnie w ich towarzystwie najlepiej spędzało mi się czas i z przyjemnością czytałam o wszystkim tym, co tyczyło się ich życia. 

Podsumowując więc uważam, że książka Był sobie pies jest niezwykle emocjonalną i uroczą książką, którą każdy miłośnik psów (i nie tylko) powinien przeczytać! Jak dla mnie jest to typowo familijna powieść i jestem przekonana, że każdemu czytelnikowi (niezależnie od wieku) by się ona spodobała. Przygotujcie się jednak, że nie zawsze historia ta będzie łatwa, lekka i przyjemna, bo mimo wszystko nie braknie w niej smutku i wzruszających momentów. Jednakże jak dla mnie to książka, którą zdecydowanie warto przeczytać! Sama teraz bardzo chcę się zapoznać z jej ekranizacją i mam tylko wielką nadzieję, że chociaż w jakimś stopniu będzie tak dobra, jak jej papierowy pierwowzór. Widziałam, że w rolę nastoletniego Ethana wcielił się KJ Appa (jeden z moich ulubieńców), a w rolę nastoletniej Hannah Britt Robertson (moja kolejna ulubienica), więc jak na razie jestem pozytywnie do tego filmu nastawiona.

Za możliwość zapoznania się z tą cudną książką gorąco dziękuję Wydawnictwu Kobiecemu!

środa, 23 sierpnia 2017

[185] Między niebem a Lou


Tytuł oryginału: Emtre ciel et Lou
Autor: Lorraine Fouchet
Ilość stron: 352 strony
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 7/10

Na samym początku może powiem, że zanim ta książka do mnie trafiła, tak na prawdę nawet nie wiedziałam o jej istnieniu. Dowiedziałam się o tym tytule dopiero w  momencie, kiedy otrzymałam ją w prezencie od Wydawnictwa Media Rodzina. Może wspominałam wam już kiedy, że nie za bardzo lubię takie książkowe niespodzianki. W większości przypadków obawiam się zwyczajnie, że książka, która do mnie trafiła mi się w ogóle nie spodoba, albo w ogóle nie zaciekawi mnie na tyle, żebym po nią sięgała. I chociaż w tym przypadku również miałam takie obawy, to koniec końców zdecydowałam się poznać Między niebem a Lou i jak najbardziej nie żałuję.

Książka Lorraine Fouchet opowiadam nam historię pewnej francuskiej rodziny. Choć tak właściwie chyba można powiedzieć że tym głównym bohaterem jest sam Jo, czyli głowa rodu, to jednak książka dotyczy tak na prawdę wszystkich. My poznajemy ich akurat w momencie, gdy zmagają się ze śmiercią najukochańszej i najważniejszej osoby w rodzinie, czyli tytułowej Lou. Kobieta była bardzo kochana przez swoje wnuczki (choć powinnam raczej powiedzieć, że głównie przez jedną), dzieci i przede wszystkim męża. Śmiało można stwierdzić, że to ona spajała razem wszystkich członków swojej rodziny, a teraz, gdy jej zabrakło, zaczyna się ona nieco kruszyć. Jo otrzymuje od ukochanej jedno tajemnicze zadanie, o którym wie tylko on - ma poznać swoje dzieci i spróbować nawiązać z nimi więź, której nie był w stanie wypracować przez rozwijającą się karierę lekarską. I dopiero, gdy to mu się uda otrzyma tajemniczy list w butelce z wiadomością od Lou.

Jak mówiłam, na początku nie byłam do tej książki przekonana. Nie przepadam za książkami francuskich autorów, gdzie jeszcze akcja rozgrywa się właśnie gdzieś we Francji. Dodatkowo większość książek, jakie czytam, posiada bohaterów w podobnym do mojego wieku i porusza znane mi problemy. Nie za bardzo też ciągnęło mnie zawsze do poznawania tych życiowych i dorosłych problemów. I chociaż wiele było z mojej strony sprzeciwów pod adresem tej książki, to teraz, będąc już po lekturze mogę powiedzieć, że jak najbardziej jestem zadowolona z tego, co tutaj otrzymałam. A otrzymałam na prawdę wspaniałą i uroczą historię.

Choć to Jo jest tym głównym bohaterem, to jednak historię możemy poznać z perspektywy wielu otaczających go osób - od wnuczki Pomme zaczynając, po Federico (chłopaka córki Jo) kończąc. Z początku sprawiało mi to trochę problemu, gdyż nie mogłam się za bardzo odnaleźć w tych wszystkich pomieszanych wątkach, ale o dziwo szybko zaczęłam sobie z tym radzić i później lektura nie sprawiała mi już najmniejszego problemu. Powiem nawet, że bardzo dobrze mi się to czytało, gdyż dzięki tym różnym perspektywom można było bardziej zagłębić się w problem przedstawiony w książce i o niebo lepiej zrozumieć postępowania wszystkich bohaterów. Także tutaj jestem jak najbardziej za!
Jeśli jestem już przy bohaterach to powiem, że ci również niesamowicie mi się spodobali i pod koniec książki byłam już z nimi mocno zżyta. Każdym z nich kierowały inne uczucia i ciekawie było móc je poznawać. Mogłam wczuć się w zrozpaczonego po śmierci żony Jo, rozzłoszczonego na ojca Cyriana, niezwykle nadopiekuńczą i uprzedzoną Albane, itp. W Między niebem a Lou możemy poznać więc masę różnych osobowości i uczuć, a to jest bardzo pouczające. Moją zdecydowaną ulubienicą okazała się być Pomme, natomiast największym wrogiem - Albane, która pod koniec książki zaczęła jednak powoli zyskiwać moją sympatię.

Dużym plusem powieści jest też na pewno miejsce akcji, w jakiej odgrywa się historia. Autorka postanowiła umieścić ją na prześlicznej wyspie Groix we Francji z wielkimi szczegółami opisując wszystko, co możemy tam spotkać. Widać, że Lorraine Fouchet darzy wyspę na prawdę wielkim uczuciem, a to odwzorowało się na jej powieści. Przez nią sama zapałałam wielką chęcią odwiedzenia Groix - poznania tamtejszego klimatu, ludzi i zobaczenia tych wszystkich wspaniałych widoków, o których czytałam. To również zasługuje na ogromny plus!

Miedzy niebem a Lou to na prawdę świetna książka, którą zdecydowanie warto przeczytać. Pokazuje nam ona, jakimi uczuciami potrafią kierować się ludzie w różnych przypadkach i jak odejście jednej osoby, która pełniła tak na prawdę rolę filaru, może zaburzyć całą konstrukcję rodziny. Wystarczy jednak zrozumieć swoje błędy i starać się je choć po części naprawić, aby dalej podtrzymywać to, co zostało przez kogoś utworzone. Autorka posługuje się do tego na prawdę przyjemnym stylem, co sprawia, że jej książkę aż chce się czytać. Wiem, że Lorraine Fouchet wydała już inne książki (bądź książkę) i już teraz wiem, że na pewno chciałabym je kiedyś przeczytać.
Za sprawą Między niebem a Lou doszłam też do wniosku, że chyba powinnam ograniczyć czytanie książek młodzieżowych, które kiedyś tak bardzo lubiłam, bo powoli zaczynają mnie one niesamowicie nudzić. A od czasu do czasu zdecydowanie warto sięgnąć po bardziej poważną i pouczającą powieść - taką, jaką jest właśnie Między niebem a Lou! I wam również ją polecam.

Za możliwość zapoznania się z książką niesamowicie gorąco dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

5 ekranizacji, które trzeba zobaczyć (część 1)

Zauważyłam, że ostatnio najwięcej filmów, jakie oglądam to ekranizacje książek - i tych, które już przeczytałam i tych, które jeszcze przede mną. Bardzo często zdarza się tak, że gdy już jakąś książkę mamy za sobą, jej adaptacja filmowa w ogóle się na nie podoba. Tak już jest i zapewne każdy z was kiedyś był już w takiej sytuacji. Bo twórcy pozmieniali bohaterów, albo pozbyli się najważniejszych dla nas scen lub też całkowicie wszystko poprzeinaczali. I mimo, że niektórzy twierdzą, że nie ma dobrych ekranizacji, ja się z nimi nie zgodzę. Czasem jest tak, że twórcom uda się odwzorować dosłownie wszystko tak, jak było w książce i dosłownie wszyscy widzowie się tą produkcją zachwycają, często też jest tak, że mimo, iż się coś pozmienia, to film i tak jest dobry. Osobiście jestem też zdania, że niektóre książkowe historie bardzo dużo zyskały w swoich ekranizacjach i to one są o wiele lepsze, niż pierwowzór. 
Z racji tego, że mamy teraz wakacje i pewnie wielu z was chciało by obejrzeć jakiś ciekawy film stwierdziłam, że stworzę dla was top 5 ekranizacji, które na prawdę trzeba zobaczyć, i których książki już przeczytałam. Jak na razie na blogu ukażą się dwie odsłony tego zestawienia, jednak nie wykluczam, że w przyszłości pojawi się jeszcze jakieś.
No to co, zaczynamy!
Kolejność filmów jest przypadkowa.

Poradnik pozytywnego myślenia (2013)
Na podstawie: Matthew Quick Poradnik pozytywnego myślenia (recenzja klik)


Poradnik pozytywnego myślenia to zdecydowanie jedna z moich najbardziej ulubionych historii - i w przypadku książki i w przypadku jej ekranizacji. Moja przygoda z tym tytułem zaczęła się od filmu, jednak bardzo szybko odkryłam, że choć ekranizację kocham cały sercem, to takim samym uczuciem mogę obdarzyć także powieść Quicka. Dawno już nie czytałam książki (zdecydowanie przyszła pora, żeby sobie ją odświeżyć!), ani nie oglądałam filmu, jednak doskonale pamiętam, że chociaż głębszy sens powieści został w produkcji filmowej oddany, to jednak było kilka takich poważnych zmian. Mimo wszystko to jest właśnie ta produkcja, która potrafi być tak samo dobra, jak jej pierwowzór. Niesamowicie się cieszę, że w główne postacie wcielili się Bradley Cooper oraz Jennifer Lawrence. O moim uwielbieniu dla dwójki tych aktorów pisałam już nie raz, ale muszę to powtórzyć - dla mnie jest to duet idealny i gdziekolwiek razem nie zagrają i tak świetnie współpracują (jedyny wyjątek to ekranizacja Sereny, gdzie film w całości mi się nie podobał). Nie wyobrażam sobie nikogo innego, kto mógłby się wcielić w postać Pata i Tiffany - te role były dla nich wręcz stworzone! 

Seria Igrzyska śmierci (2012-2015)
Na podstawie: Suzanne Collins seria Igrzyska śmierci (recenzja klik)


Skoro jesteśmy już w temacie Jennifer Lawrence, to kolejną świetną ekranizacją, gdzie to właśnie ona wcieliła się postać Katniss, jest oczywiście cała seria Igrzysk śmierci. Jest to właśnie jedna z tych ekranizacji, które po prostu trzeba znać. Sama czytałam jak dotąd jedynie pierwszą cześć serii (chciałabym to nadrobić w wakacje) i to dopiero po obejrzeniu pierwszej filmowej produkcji i tak, jak było to w przypadku Poradnika pozytywnego myślenia tutaj zakochałam się w obydwóch adaptacjach tej historii (nie pytajcie, dlaczego w takim razie nie przeczytałam jeszcze dalszych części, bo sama nie wiem...). Z tego, co pamiętam, za dużych zmian w tej książkowej historii nie wprowadzono (jedynie chyba czytałam gdzieś, że końcówka serii troszkę się w ekranizacji różni). Jednakże jak dla mnie jest to jedna z najlepszych ekranizacji jakie widziałam i na pewno jeszcze nie raz będę do niej powracać.

Służące (2011)
Na podstawie: Kathryn Stockett Służące


W przypadku tej produkcji już sama nie wiem tak na prawdę, od czego się zaczęło, jednak to nie jest już takie ważne, bo zarówno książka, jak i jej ekranizacja są po prostu genialne. Twórcy filmu bardzo mocno trzymali się tego, aby za dużo w tej historii nie pozmieniać i to się im na prawdę udało. Zostały zachowane najważniejsze fragmenty, bez których Służące nie byłyby już takie same. Choć historia porusza bardzo trudny temat nietolerancji rasowej i jest bardzo emocjonujący, to jednak nie zabrakło w nim humoru - jest on tak dostosowany do całości, aby z filmu nie powstała jakaś głupia komedia. Osobiście uważam, że z historią przedstawioną w Służących każdy powinien się zapoznać (nie ważne, czy z książką, czy z filmem), bo o rzeczach tam przedstawionych po prostu trzeba wiedzieć. Najlepsze w tym jest to, że wszystko zostało przedstawione w taki sposób, aby zaciekawić każdego. Sama nie przepadam za takimi, powiedzmy, historycznymi produkcjami, ale tą po prostu uwielbiam. Tak więc jeśli jeszcze nie słyszeliście o Służących koniecznie to zmieńcie!

THE DUFF [#ta brzydka i gruba] (2015)
Na podstawie: Kody Keplinger DUFF. Ta brzydka i gruba (recenzja klik)


Pamiętam, że gdy najpierw czytałam książę byłam nią zachwycona - niby typowa książka młodzieżowa o problemach nastolatków, ale na prawdę świetni przedstawiona. Film jest całkowicie inny, ale o dziwo jeszcze lepszy, niż jego pierwowzór. Dla niektórych to, że ekranizacja może się okazać o wiele lepsza, niż książka, jest całkowicie niemożliwe, a właśnie THE DUFF [#ta brzydka i gruba] jest tego całkowitym przykładem. Oglądając tą produkcję w kinie nawet nie miałam czasu, aby się zastanawiać, czemu tak bardzo różni się ona od książkowego pierwowzoru, bo dzięki niesamowitym głównych bohaterom tak się śmiałam, że nie obchodziły mnie już w ogóle te różnice. W rolę Bianci Piper wcieliła się Mea Whitman i między innymi ta postać tak bardzo różni się od tej książkowej. Myślę jednak, że dzięki temu, jak została ona przedstawiona w ekranizacji zyskała na prawdę wiele. No i nie zapominajmy jeszcze o wspaniałej roli Robbiego Amela - on jako Wes... No myślę, że nie muszę nic więcej dodawać!

Love, Rosie (2014)
Na podstawie: Cecelia Ahern Love, Rosie (recenzja klik)


Love, Rosie to jedna z tych historii, do których powracam zawsze z uśmiechem na ustach. Uwielbiam ją w obydwóch wersjach i choć tutaj również nie obyło się bez zmian, to jednak w cale nie zaszkodziło to całości. Twórcom udało się odtworzyć ten niesamowity klimat całej historii a dodatkowo dobrani aktorzy pasują do swoich postaci idealnie. W tym miejscu nie wyobrażam sobie nikogo innego, jak tylko Lilly Collins i Sama Claflina. Mimo tego, że sama powieść została przedstawiona w sposób epistolarny, film zrobiono tak, aby nie zaburzało to całości. Ekranizację ogląda się więc na prawdę bardzo dobrze. Jeśli dobrze pamiętam dość mocno różniło się tutaj jedynie zakończenie, ale w obydwóch przypadkach jestem na prawdę zadowolona

To na tyle w tym poście. Ciąg dalszy nastąpi!
A wam jakie ekranizację podobały się najbardziej? Wyznajecie zasadę, że książka zawsze jest lepsza od filmu, czy jesteście zmienni tak samo, jak ja?

sobota, 19 sierpnia 2017

[184] Milion odsłon Tash


Tytuł oryginału: Tash Hearts Tolstoy
Autor: Kathryn Ormsbee
Ilość stron: 
Wydawnictwo: Moondrive, Otwarte
Ocena: 5/10

Powiem wam, że gdy pierwszy raz dowiedziałam się o tej książce w ogóle nie byłam nią zainteresowana. Z opisu wydawało mi się, że będzie to taka zwyczajna młodzieżówka. Wiecie z tych na jeden raz, kompletnie nie warta mojej uwagi. Jednak nadarzyła mi się okazja, aby ją zrecenzować, a gdy po jakimś czasie jeszcze raz zapoznałam się z opisem stwierdziłam, że w sumie czemu nie? W ogóle bardzo głośno zrobiło się na jej temat, Moondrive tak bardzo ją zachwalali i doszłam w końcu do wniosku, że może to wcale nie jest aż taka kiepska książka, jak myślałam. Cóż... chyba jednak się pomyliłam.

Sam pomysł na książkę wydał mi się być nawet oryginalny i taki na czasie - w końcu jak dotąd nigdy nie słyszałam o książce obyczajowej, która poruszałaby temat prowadzenia vloga. Przedstawienie też całości z perspektywy nastolatki również nawet wydawał się być zachęcający, ale ogólnie rzecz biorąc jestem tą książką dość mocno rozczarowana i czuję, że lektura jej byłą wielką stratą czasu.
Główną bohaterką książki jest tytułowa Tash, której wielką miłością jest Lew Tołstoj. To właśnie od tego rosyjskiego pisarza wszystko się zaczęło. Dziewczyna, razem ze swoją najlepszą przyjaciółką Jack, postanawia stworzyć serial internetowy pod tytułem Nieszczęśliwe rodziny właśnie na podstawie Anny Kareniny Tołstoja. I choć początkowo idzie im dość dobrze, powiedzmy umiarkowanie, to niedługo, po publicznej rekomendacji jednej bardzo popularnej vlogerki, popularność serialu rośnie w zatrważającym tempie. Zarówno Nieszczęśliwe rodziny, jak i sami aktorzy, zyskują swoich wiernych fanów, co jednak oznacza ogromną presję. Dziewczyny muszą poradzić sobie z tym wszystkim, z czym łączy się sława i poradzić sobie z tym w taki sposób, aby dalej nalepie robić to, co dotychczas sprawiało im taką radość. W miedzy czasie muszą również zmagać się z prawdziwym życiem i rodzinnymi problemami.
Jak więc mówiłam pomysł na książkę koniec końców wydał mi się nawet ciekawy, jednak całość p prostu strasznie mnie nudziła. Owszem, bywały takie momenty, gdzie śledziłam akcje z lekkim zaciekawieniem, jednak w większości chciałam, aby ta książka się już skończyła i żebym już nigdy więcej nie musiała do niej wracać. Odniosłam wrażenie, że Milion odsłon Tash została bardziej skierowana do znacznie młodszych czytelników (chociaż ja aż taka stara jeszcze nie jestem!) - zdecydowanie nie było to to, czego sama szukam w książkach. 

Jeśli chodzi o bohaterów powieści, to sama nie wiem, co mam na ich temat myśleć. Najbardziej śmieszyły mnie postawy tych bohaterów książki, którzy pełnili role aktorów w serialu. Autorka wykreowała ich w taki sposób, jakby oni na prawdę byli już zawodowymi aktorami z kilkuletnim stażem. Niektórzy z nich zachowywali się jaki jakieś diwy, co dla mnie było kompletnie przesadzone. Sama Tash często miała do nich także dziwne podejście. Kompletnie nie pasowało mi to do zwykłych nastolatków i do normalnego świata. Myślę, że autorka chciała dobrze, jednak zdecydowanie za bardzo przedobrzyła i wyszło jej coś całkowicie nierealnego. Jeśli chodzi o główną bohaterkę miejscami przeszkadzało mi, że jak na swój wiek zachowywała się dość dziecinnie. Tak jak mówiłam, autorka chciała dobrze, jednak chyba w tym przypadku aż za bardzo się starała. W przypadku Tash podobało mi się jednak to jej przywiązanie do Tołstoja i to, jak prowadziła z nim konwersacje. To zdecydowanie zasługuje na plus!

W przypadku Miliona odsłon Tash spodobał mi się nawet styl pisarski Kathryn Ormsbee. Był przyjemny i ciekawy. To, co pisała dobrze się czytało i gdyby nie te wszystkie przesadzone i dziecinne momenty, myślę, że książka mogłaby mi się nawet spodobać. Z resztą za to, że autorka umieściła w swojej książce zespół Chvrches kocham ją!

Podsumowując więc, czasem pierwsze wrażenie na temat czegoś jest mylne, jednakże w przypadku tej książki zdecydowanie miałam rację. Podczas czytania się wynudziłam i pierwsze co mi przyszło do głowy po zakończeniu lektury to to, że była to kompletna strata czasu. Może gdyby autorka nieco pozmieniała niektóre rzeczy moja opinia była by nieco inna, jednakże na dzień dzisiejszy mówię tej historii stanowcze nie! Ja sama cieszę się bardzo, że nie będę musiała jej już więcej czytać. Myślę, że mimo wszystko może spodobać się ona nieco młodszym ode nie czytelnikom i tym, którzy sami prowadzą swój kanał na YT - może znajdziecie w tej książce cząstkę siebie, albo pomoże ona wam, gdy sami staniecie się coraz bardziej sławni.

Za możliwość zapoznania się z tą książką serdecznie dziękuję Wydawnictwu Moondrive!

środa, 16 sierpnia 2017

[183] Kubuś Puchatek


Tytuł oryginału: Winni The Pooh
Autor: A.A. Milne 
Cykl: Kubuś Puchatek
Tom: 1
Ilość stron: 144 strony
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Ocena: 6/10

Jakiś czas temu, za sprawą książki Lolita Nobokova, którą wygrałam w konkursie, przypomniało mi się o liście 100 tytułów BBC, które koniecznie trzeba przeczytać. Zaczęłam przeglądać tą listę i doszłam do wniosku, że przyszła pora, aby uzupełnić te tytuły, których jeszcze nie poznałam. Cóż, okazało się ich być całkiem sporo, ale co tam - dam radę! No więc na pierwszy ogień postanowiłam wybrać Kubusia Puchatka, bo aż mi się wstyd zrobiło, że wszystkie animacje o tym żółciutkim misiu znam, ale książki tak na prawdę nigdy nie czytałam. W bibliotece trafiłam na wydanie z 2014 roku z nakładu Wydawnictwa Nasza Księgarnia i powiem wam, że na prawdę bardzo się cieszę, że miałam okazję poznać akurat to wydanie, bo wersja graficzna tejże książki jest na prawdę przepiękna!

Kim jest Kubuś Puchatek i na czym mniej więcej polegają wszystkie jego przygody chyba nie muszę nikomu mówić. Wspomnę więc tylko, że Kubuś Puchatek to zbiór kilku historyjek, które Krzysiowi - właścicielowi i najlepszemu przyjacielowi Kubusia opowiada narrator, a jak wiadomo z licznych biografii autora, historie te opowiada on samo swojemu synkowi. Wewnątrz znajdziemy więc dziesięć historii z udziałem tytułowego Kubusia Puchatka i jego przyjaciół ze Stumilowego Lasu.
Co do tych opowieści, to czyta się je na prawdę lekko i szybko. Zostały napisane tak, żeby zachęcić czytelnika do zapoznania się z nimi i to zdecydowanie działa. Książka jest oczywiście przeznaczona dla dzieci, ale to, co mi się tutaj spodobało to to, że jednak styl tych wszystkich historii nie jest taki do końca dziecinny. Mam na myśli to, że nawet dorosłemu będzie się je chętnie poznawało, a to czasem w przypadku książek dla dzieci jest na prawdę sporą rzadkością.
Jeśli więc chodzi o styl autora to jestem jak najbardziej zadowolona z tego, co poznałam w Kubusiu Puchatka, a dodatkowo zachęciło mnie to do poznania innych dzieł autora.

Jak wspominałam wcześniej, dotychczas historie o Kubusiu Puchatku poznawałam tylko poprzez liczne animacje czy seriale. Zaskoczyło mnie to, że niektóre postaci dość mocno różniły się od tych, które znam z tych ekranizacji. Najbardziej zapadł mi w pamięć Królik, który był dla mnie nieco głupi i mało przemądrzały - a tego z filmów pamiętałam w innej odsłonie. W tej części zabrakło mi też Tygryska - myślałam, że też się tam pojawi, a niestety w ogóle nie miałam okazji go tam poznać. Może znajdę go w kontynuacji tejże książki, na co z resztą bardzo liczę.

Na koniec wrócę jeszcze tylko na chwilę do graficznego wydania książki, bo tak jak wspomniałam, jest tutaj czym się zachwycać! Wystarczy tylko otworzyć Kubusia Puchatka, aby znaleźć tam wspaniałą mapę całego lasu, w którym żyją przyjaciele Krzysia. Wszystko jest tam bardzo dokładnie rozpisane, przez co możemy lepiej poradzić sobie z rozgrywanymi w różnych miejscach historiami. Ucieszyło mnie też to, że napisy na tych wszystkich ilustracjach, które są w książce, zostały przetłumaczone na język polski i całość po prostu pięknie się prezentuje. To z pewnością fantastyczne ułatwienie dla dzieci!


Podsumowując więc, bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się poznać książkową wersję Kubusia Puchatka i to jeszcze w tak pięknym wydaniu! Dzięki temu w końcu dowiedziałam się, skąd tak na prawdę wzięło się imię Kubusia, a tego bym się na prawdę wcale nie domyśliła! Ogólnie książka mi się podobała, ale przez to, że wcześniej już poznałam tą filmową wersję Kubusia, to jednak za mocno wszystko porównywałam właśnie do filmów i niektóre rzeczy mi zwyczajnie tam nie pasowały. Cały czas starałam się nabrać do tych historii dystansu, aby odebrać je jako osobne opowieści, jednak nie zawsze mi się to udawało. Mimo to, w przyszłości, na sto procent będę czytała swoim dzieciom historyjki o Kubusiu Puchatku, bo je na pewno warto znać.

KUBUŚ PUCHATEK:
kubuś puchatek | chatka puchatka

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

6 książek idealnych na lato

Dzisiaj przychodzę do was z książkowym zestawieniem, którego na blogu jeszcze nie było. Pewnie już nie raz natknęliście się na jakąś listę lektur idealnych na lato, jednakże ja chciałabym przedstawić wam swoje propozycje. Wszystkie z przedstawionych poniżej powieści przeczytałam i zrecenzowałam na blogu - oczywiście jest jeszcze mnóstwo pozycji, które mogłyby się w tym zestawieniu znaleźć, jednak tak jak mówię, chciałam żeby to były tytuły, o których mówiłam wam już na blogu. Co prawda wakacje niebezpiecznie zbliżają się już ku końcowi, jednakże jeszcze przez te kilka tygodni na pewno będziecie mieli okazję, aby nadrobić sobie jeszcze tych kilka wakacyjnych lektur których przeczytać nie zdążyliście!

Czym kierowałam się przy wyborze swoich pozycji? Przede wszystkim tym, aby akcja powieści działa się właśnie w takim letnim okresie - w końcu raczej mało prawdopodobne jest to, że książką idealną na lato okaże się być ta, gdzie wszystko dzieje się zimą. Dodatkowo brałam też pod uwagę to, kiedy sama daną książkę czytałam, bo właśnie przez to niektóre pozycje kojarzą mi się wyłącznie z latem. Zależało mi też na tym, żeby książki, które dla was wybrałam nie były ciężkie i trudne do przetrawienia (w końcu nie każdemu chce się głowić nad jakąś wielce ambitną fabułą, gdy słońce sprawia, że topisz się we własnych ubraniach...) - ja sama właśnie takie uwielbiam czytać latem. 
Kolejność, w jakiej znalazły się prezentowane książki jest całkowicie przypadkowa i nie ma to wpływu na to, która z nich najbardziej nadaje się na okres letni.

Także zapraszam was do dalszego czytania!


|19 razy Katherine| John Green

Zdecydowałam się na umieszczenie w moim zestawieniu książek idealnych na lato powieści 19 razy Katherine, jednakże tak na prawdę mam tutaj na myśli wszystkie książki Johna Greena. Zarówno tą pozycję, jak i inne pozostałe uwielbiam za ich wspaniały humor oraz charakterystyczny styl autora. Doskonale można się przy nich odprężyć dodatkowo poznając przy tym świetną historię, która na bardzo długo zapadnie nam w pamięci.
Moją zdecydowaną ulubienicą jest tutaj niewątpliwie właśnie 19 razy Katherine. Była to moja pierwsza powieść Greena i czytałam ją właśnie latem. Może więc dlatego tak bardzo pasuje mi ona właśnie na ten okres. Jednakże uważam, że sama fabuła również świetnie nadaje się do poznania we wakacje. Całą książka jest zabawna, lekka, ale niewątpliwie wciągająca. Cóż, czego więcej chcieć w lecie!?






|Jak pokochać freaka| Rebekah Cane
Tą książkę poznałam zaledwie na początku sierpnia i od razu po przeczytaniu uświadomiłam sobie, że jest ona po prostu idealną letnią lekturą! Sama akcja ma miejsce we wakacje i to  dodatku na obozie - wyobrażacie sobie inny lepszy okres na jej przeczytanie, niż lato, bo ja zdecydowanie nie. Ta pozycja idealnie nada się, jeśli mimo lekkiej beztroski będziecie mieli ochotę na poznanie książki, która przyniesie ze sobą jakąś lekcje. Nie jest ona jednak wcale jakąś niezwykle dołującą, czy ciężką lekturą - zrobiona została tak, że aż chce się ją czytać. Ja podczas poznawania jej bawiłam się świetnie leżakując w ogrodzie! Tak w bardzo dużym skrócie, Jak pokochać freaka opowiada historię szesnastoletniej Zander, która poprzez swoje problemy psychiczne (których sama niestety nie dostrzega) zostaje wysłana przez rodziców do Camp Padua, czyli obóz dla młodzieży właśnie z takimi psychicznymi problemami. Poznaje tam wiele dość specyficznych osobowości i szybko się okazuje, że czasem najlepsi psychiatrzy przechodzą do lamusa, bo przyjaźń i miłość okazują się być znacznie lepszą terapią.



|Aż po horyzont| Morgan Matson

O tej książce mogę powiedzieć tak na prawdę tylko jedno - kocham, kocham i jeszcze raz kocham! Na blogu już nie raz wspominałam o tym, że uwielbiam książki, w których bohaterowie wybierają się w jakąś podróż, a my, czytelnicy, możemy udać się w tą podróż razem z nimi i śledzić wszystko, co się tam dzieje. Zdecydowanie moją najbardziej ulubioną książką z tym motywem jest właśnie Aż po horyzont Morgan Matson. Macie tak czasem, że po przeczytaniu jakiejś książki, macie od razu ochotę zabrać się za nią jeszcze raz? Ja miałam tak właśnie z tą pozycją! Jednakże oprócz po prostu genialnej historii w środku możemy znaleźć coś jeszcze bardziej fantastycznego! Zostały dołączone do niej liczne zdjęcia, pocztówki, rysunki, czy nawet paragon - czyli skarby z podróży, jakie zdobyli główni bohaterowie (Amy i Roger). A tak jeszcze w gratisie, jak by już tego wszystkiego było mało, podczas czytania możemy raczyć się genialnymi playlistami, które przygotowali bohaterowie, i których sami słuchali podczas podróży. Jak więc widzicie, książka ta jest po prostu niesamowita! Po prostu idealna na lato!




|Ten jeden dzień| Gayle Forman
recenzja KLIK

Ta książka, podobnie, jak Aż po horyzont również zawiera w sobie motyw podróżowania przez bohaterów. Pamiętam, jak pierwszy raz ją czytałam i dosłownie byłam oczarowana wszystkim tym, co w niej znalazłam! Ten jeden dzień opowiada bowiem historię Allyson, która będąc na wycieczce w Europie, poznaje czarującego Willema i pod wpływem impulsu odłącza się od wycieczki aby razem z nim udać się w podróż życia po Paryżu. Główna bohaterka niesamowicie mi zaimponowała, gdyż sama z całą pewnością nigdy nie zdecydowałabym się na właśnie taki krok. Tak więc właśnie w tej książce znajdziecie nie tylko fantastyczną przygodę i niezwykłych bohaterów, ale razem z nimi będziecie mogli pozwiedzać najpiękniejsze fragmenty paryskiego krajobrazu. Cała podróż trwa tylko dwadzieścia cztery godziny, także szykujcie się na niezwykle intensywną zabawę. 
Jeśli książka wam się spodoba, koniecznie przeczytajcie także jej kontynuację - Ten jeden rok, jednak moim skromnym zdaniem nie jest ona już aż tak bardzo spektakularna, co jej poprzedniczka. Nie oznacza to  jednak, że jest całkowicie przeze mnie skreślona - tego na pewno nie mogę o niej powiedzieć!



|Chłopak na zastępstwo| Kasie West
recenzja KLIK

Tutaj, tak jak było w przypadku książek Greena, wybrałam jeden tytuł autorstwa mojej ukochanej Kasie West, jednakże równie dobrze idealną książka na lato byłaby tak na prawdę każda z jej powieści! Cóż, myślę, że właśnie dzieł tej pani nie muszę wam za bardzo przedstawiać, bo z tego co zdążyłam już zauważyć, na prawdę bardzo dużo czytelników darzy jej historie ogromnym uczuciem! Ja zdecydowałam się jednak na Chłopaka na zastępstwo, gdyż było to moje pierwsze spotkanie z Kasie West i jak dotąd zdecydowanie najlepsze. Pamiętam, jaka oczarowana byłam lekkością pióra autorki i to historią, która z pozoru jest błaha i mało ciekawa. Jednakże autorce udało się zrobić z tego coś, od czego zwyczajnie nie można się oderwać. Chłopak na zastępstwo to idealna lekka i zabawna książka, którą z całą pewnością na lato okaże się być wręcz idealna!







|Lato drugiej szansy| Morgan Matson
recenzja KLIK

Na sam koniec mam dla was jeszcze jedną książkę z pod pióra Morgan Matson. Starałam się, żeby w tym zestawieniu nie powtarzali się wciąż ci sami autorzy, jednakże w przypadku właśnie tej pani było to raczej niemożliwe. Nie wyobrażam sobie bowiem, żebym w topce książek idealnych na lato nie umieściła właśnie Lata drugiej szansy! Pozycja tak jest tutaj wręcz idealna, bo sama jej akcja odgrywa się właśnie na wakacjach  i w pewnym sensie pokazuje nam zmianę, jaka przechodzi w głównej bohaterce. Gdy ją czytałam miałam miejscami lekkie problemu ze skupieniem się na całości, bo wydaje mi się zwyczajnie, że z niektórych fragmentów autorka mogłaby zrezygnować, ale koniec końców na prawdę mi się ona spodobała i zawsze będzie mi się ona kojarzyć właśnie z tym okresem wakacyjnym. Cały czas mam z resztą przed oczami domek letniskowy, w którym mieszkała rodzina Taylor (głównej bohaterki) oraz całą okolicę. Także myślę, że przy tej książce również można świetnie odpocząć, jednocześnie poznając na prawdę ciekawą historię.




Tak prezentuje się moje zestawienie. Jestem bardzo ciekawa, czy którą z tych książek czytaliście oraz oczywiście jakie są wasze typy. 
Myślę też, że takie zestawienia zagoszczą na blogu częściej - następne to może książki o szkole? Dajcie znać, czy taki pomysł wam się podoba! 
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek