Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia czasu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trylogia czasu. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 października 2017

[97] FILMOWO: Błękit szafiru

Tytuł oryginału: Saphirblau

Reżyseria: Katharina Schöde, Felix Fuchssteiner

Scenariusz: Katharina Schöde

Gatunek: Fantasy, Przygodowy

Produkcja: Niemcy

Na podstawie: Kerstin Gier "Błękit szafiru"

Czas trwania: 1 godz. 56 min.

Premiera: 14 sierpnia 2014 (świat)

Obsada: Maria Ehrich, Jannis Niewöhner, Laura Berlin, Jennifer Lotsi, Josefine Preuß, Florian Bartholomäi

Ocena: 7/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Cały czas pamiętam, że odkąd dowiedziałam się o istnieniu ekranizacji książek Kerstin Gier, podchodziłam do tego pomysłu dość sceptycznie. Od razu przyznam się, że w głównej mierze miało to związek z tym, że ów ekranizacje to Niemieckie produkcje, a ja nie ukrywam, że jednak jestem wielką fanką tylko amerykańskich i brytyjskich filmów. Podejrzewam się, że gdyby nie to, że zakochałam się w historii, jaką stworzyła autorka, tak na prawdę nigdy bym nie sięgnęłam po jej ekranizacje. Gdy więc podchodziłam do pierwszego filmu byłam go jedynie ciekawa pod względem trzymania się zdarzeń, jakie były zawarte w książce i choć produkcja mi się podobała, jakoś wielkich fajerwerków tam nie było. Ale.. no właśnie, ale... muszę wam powiedzieć, że jestem na prawdę mile zaskoczona tym, co mnie spotkało w ekranizacji Błękitu szafiru. Wciąż nie sądzę, że jest to jakaś wielka produkcja, którą koniecznie trzeba poznać (szkoda, że właśnie to spotkało historię wymyśloną przez Kerstin Gier), jednak myślę, że każdy, kto tak samo jak ja pokochał Trylogię czasu powinien zapoznać się z tymi filmami.

Jeszcze zanim zaczęłam czytać książkową wersję Trylogii czasu postawiłam sobie za cel, że nie będę oglądać filmów, dopóki nie zapoznam się z papierową wersją każdej części. I chociaż teraz jest mi z tym postanowieniem bardzo ciężko, bo jednak strasznie ciekawi mnie, co będę mogła poznać w finałowym tomie, to jednak staram się jak mogę. Gdy więc w końcu mogłam zapoznać się w ekranizacją Błękitu szafiru cieszyłam się jak dziecko. Żeby tego było mało okazało się, że otrzymałam kawał na prawdę dobrego filmu, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył.


Na samym początku koniecznie muszę wspomnieć o tym, że bardzo zaskoczyło mnie to, że filmowa wersja Błękitu szafiru tak mocno trzyma się swojego papierowego pierwowzoru. W szczególności dobrze widać to w przypadku dialogów. Jako, że film oglądałam jeszcze tego samego dnia, kiedy to skończyłam czytać książkę, mniej więcej pamiętałam niektóre dialogi i okazało się, że bardzo dużo z nich jest zwyczajnie żywcem wyjęta z książki. W przypadku samej fabuły, w kilku miejscach widać dość duże zmiany (na przykład wątek Lucy i Paula), jednak wydaje mi się, że w przeciwieństwie do Czerwieni rubinu, tutaj postanowiono bardziej skupić się na tym, aby filmowa historia za bardzo od tej oryginalnej nie odbiegała. Osobiście bardzo się z tego cieszę, bo jednak w większości przypadków, gdy mamy do czynienia z adaptacjami filmowymi, twórcy dość często postanawiają nie trzymać się tego, co czytelnicy pokochali i czego oczekują. Wolą stworzyć coś, co tylko na pozór tylko jest ekranizacją, a szybko okazuje się, że film opiera się tylko na ogólnym zarysie. Tak więc myślę, że tutaj filmowi należy się na prawdę spory plus, bo takich rzetelnych ekranizacji teraz można ze świecą szukać.


Odkąd w książce poznałam Xemeriusa, czyli ducha/demona/gargulca, który staje się przyjacielem Gwen, bardzo ciekawiło mnie, czy ta postać również pojawi się w ekranizacji. Jeśli również się nad tym zastanawialiście, to rozwiewam wasze wątpliwości - tak, pojawia się. Jednak choć bardzo się z tego cieszę, to jednak nie jestem z niego do końca zadowolona. W książce wydawał mi się on bardziej zabawny i taki przyjazny, a tutaj.... czasem był dla mnie po prostu straszny. Wydaje mi się, że miało to jednak związek z tym, że jednak widać, że jest to komputerowa postać (oj i to jak widać) oraz przez jego głos. Oglądałam film w oryginale z polskimi napisami (nie wiem, czy można spotkać gdzieś inną wersję) i strasznie denerwowało mnie to, jaki głos ma Xemerius. Kompletnie mi on do niego nie pasował. Jednak mimo wszystko jestem zadowolona, że nie pominięto go całkowicie - to byłaby na prawdę duża strata.


Myślę, że śmiało mogę powiedzieć, że film na prawdę mi się podobał. Po zapoznaniu się z poprzednią częścią czułam taki lekki niedosyt, gdyż wiedziałam, że można by z tej historii wyciągnąć znacznie więcej. W tym przypadku jestem jak najbardziej usatysfakcjonowana i z wielką chęcią obejrzałabym Błękit szafiru jeszcze raz. Jedyny taki poważniejszy minus tej produkcji to zakończenie, które zdecydowanie nie nadaje się dla osoby, która, powiedzmy, jest w trakcie poznawania serii. Zdradza za dużo tego, co nie było wyjaśnione jeszcze w książkowej wersji Błękitu szafiru, a co miało zostać przedstawione w ostatnim tomie. I choć mniej więcej spodziewałam się tego, co zostało mi zdradzone w filmie, to jednak taki spojler nie był zbyt miły. Także jeśli tak jak ja dopiero co poznajecie tą serię i nie przeczytaliście jeszcze Zieleni szmaragdu odpuście sobie na razie ten film, aby nie zepsuć sobie zabawy. Jednak później koniecznie nadróbcie zaległości!
Także mówiąc krótko, tak słowem podsumowania, polecam wszystkim tym, którzy znają serię, jak również tym, którzy mają ochotę na ciekawy film młodzieżowy z elementem paranormalnym w tle.


TRYLOGIA CZASU:
czerwień rubinu | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

środa, 27 września 2017

[190] Błękit szafiru


Tytuł oryginału: Saphirblau
Autor: Kerstin Gier
Cykl: Trylogia Czasu
Tom: 3
Ilość stron: 368 stron
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 9/10

Powiem wam, że bardzo się ucieszyłam mogąc powrócić do fantastycznego świata wykreowanego przez genialną Kerstin Gier. Uwielbiam to, w jaki autorka tworzy swoje powieści i możliwość zajrzenia do nich jest dla mnie zawsze świetną przygodą. Po zakończeniu Czerwieni rubinu zwyczajnie nie mogłam doczekać się momentu, gdy w moje ręce trafi kolejna część serii i chociaż mogłabym sięgnąć po tą książkę, tyle że w tej starszej okładce, postanowiłam wytrwać, by później móc cieszyć oko tą przecudną okładką - no bo przyznajcie sami, to nowe wydanie jest zwyczajnie genialne! Pokazałam tą część mojej mamie, która skomentowała to tak "A o czym to jest? bo w sumie już przez samą okładkę chce się czytać". I coś w tym jest!

Nie raz, nie dwa mówiłam wam już, że strasznie lubię, gdy serie zaczynają się w dokładnie w tym samym momencie, w którym kończą się poprzednie tomy. Jak dla mnie jest to bardzo wiarygodne i daje poczucie, że tak na prawdę nic wartościowego nas nie ominęło i nie musimy domyślać się, co działo się w tym momencie, który autor postanowił opuścić. No więc Błękit szafiru zaczyna się dokładnie w tym samym momencie, w którym kończy się Czerwień rubinu, czyli w chwili, gdy Gwendolyn i Gideonowi udaje się uciec przed ludźmi, którzy postanowili na nich napaść. Z racji tego, że Czerwień rubinu czytałam na początku lipca (także jednak jakiś czas temu to było) z początku miałam mały problem, aby przypomnieć sobie dokładnie, o co w tym wszystkim chodziło, ale później poszło już tak na prawdę z górki. Choć wydawać by się mogło, że w Błękicie szafiru nie dzieje się za dużo, to jednak autorka postanowiła odkryć przed swoimi czytelnikami wiele nowych i ciekawych wątków. Oczywiście również wprowadziła do fabuły kilka nowych postaci, jak na przykład mojego ulubieńca Xemeriusa (też bym chciała, żeby taki demon-duch-gargulec za mną chodził!). Kerstin Gier pokazała również, że niektóre ze znanych nam już wcześniej postaci mają swoje za uszami i coś mi się wydaje, że wszystkie ich karty odsłoni w ostatnim tomie serii.
Zanim zabrałam się za tą część natknęłam się na kilka opinii o książce i wielu czytelników narzekało, że autorka niepotrzebnie wprowadziła do fabuły więcej Charlotte, czyli kuzynkę głównej bohaterki, która to miała okazać się rubinem, a nie Gwen. Szczerze to nie mam pojęcia, czemu Charlotte została tak skrytykowana, bo znowu tak dużo to jej tutaj nie ma - pojawia się tak na prawdę tylko w niektórych momentach i jak dla mnie jest świetnym uzupełnieniem fabuły. Ja bym się jedynie poskarżyła na to, że tak mało w tym tomie było rodziny Gwendolyn - jej mamy, rodzeństwa, ciotki Maddy, a nawet Lady Aristy i ciotki Glendy. Choć nie rozumie, dlaczego te dwie ostatnie (plus Charlotte) tak bardzo wywyższają się nad rodziną Gwen, to jednak bardzo lubiłam czytać o ich chimerach i wyrzutach - to zawsze była świetna zabawa. Żywię wielką nadzieję, że jednak w Zieleni szmaragdu pojawią się znacznie częściej.

W tym tomie Kerstin Gier skupia się najbardziej tak na prawdę na samej istocie podróży w czasie i na przygotowaniach Gwendolyn do wzięcia udziału w dwóch ważnych spotkaniach w przeszłości oraz na jej relacji z Gideonem. I choć nie mam nic przeciwko temu, bo przyjemnie poznawało mi się wszystko to, co autorka przedstawiła, to troszkę zabrakło mi tutaj tego bardziej prywatnego życia głównej bohaterki. Nie oznacza to jednak, że przez to książka straciła w moich oczach - i tak uważam, że jest na prawdę świetna!

Cóż, nie będę się więcej rozpisywać na temat fabuły, czy stylu pisarskiego autorki, bo jak dla mnie Kerstin Gier zwyczajnie nada utrzymuje wysoki poziom i mocno trzyma się tej swojej charyzmy - myślę, że zwyczajnie najlepiej będzie, jeśli sami zapoznacie się z tym tomem. Mimo, że widać, iż książka przeznaczona jest dla młodszych czytelników, to ja na prawdę świetnie się przy niej bawiłam! Nie mogę doczekać się już, kiedy w końcu nakładem Wydawnictwa Media Rodzina ukaże się ostatni tom z całej trylogii (cały czas trzymam kciuki za to, żebym nie musiała aż tyle czekać), a tym czasem już zabieram się za drugą cześć ekranizacji właśnie na podstawie Błękitu szafiru. Jestem bardzo ciekawa, jak wszystko to, o czym dopiero czytałam zostało przedstawione w filmie (oby chociaż trochę dorównywało temu, co napisała autorka) i choć nie nastawiam się za bardzo na coś genialnego, to jednak nie mogę się tego filmu doczekać.
Także słowem zakończenia, książkę polecam oczywiście wszystkim tym, którzy tak jak ja są wielkimi fanami Kerstin Gier, którzy przeczytali poprzedni tom, oraz tym, którzy jeszcze nie zdecydowali się, czy warto zapoznawać się z tą serią - spoiler... zdecydowanie warto!

TRYLOGIA CZASU:
czerwień rubinu | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

Za możliwość zapoznanie się z kolejnym tomem tej fantastycznej serii serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!

środa, 12 lipca 2017

[90] FILMOWO: Czerwień rubinu

Tytuł oryginału: Rubinrot

Reżyseria: Felix Fuchssteiner

Scenariusz: Katharina Schöde, Felix Fuchssteiner


Gatunek: Dramat, Fantasy

Czas trwania: 2 godz. 2 min.

Premiera: 5 marca 2015 (świat)

Produkcja: Niemcy

Obsada: Maria Ehrich, Jannis Niewöhner, Laura Berlin, Jennifer Lotsi, Josefine Preuß, Florian Bartholomäi

Ocena: 5/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Serię Silver - Księgi snów Kerstin Gier już dawno pokochałam całym sercem, ale dopiero od niedawna zaczęła się moja przygoda z pierwszą serią autorki Trylogia czasu. Czytając Czerwień rubinu (recenzja klik) nie wiedziałam, że w ogóle powstała ekranizacja tej pozycji. Jednakże, jako że po prostu uwielbiam Czerwień rubinu nie wyobrażałam sobie, żebym nie zapoznała się z tą filmową produkcją. Gdy zobaczyłam, że jest to niemiecki film oraz zobaczyłam, jak wyglądają filmowi Gwendolyn oraz Gideon, zaczęłam się obawiać, że to może być kompletna katastrofa i strata tak dużego potencjału. Oczywiście podchodziłam do tej ekranizacji z dużym dystansem, jednak i tak dość mocno się rozczarowałam. Wcześniej czytałam, że pomiędzy książką a filmem jest trochę różnic, ale to było trochę więcej niż trochę. Czy więc warto zapoznawać się z tą ekranizacją?

W rodzinie Gwendolyn Shephard od zawsze było wiadomo, że niektórzy jej członkowie obdarzeni są wyjątkowym genem, który umożliwia im podróżowanie w czasie. Wszyscy też wiedzą, że ostatnią z dwunastki podróżujących jest kuzynka Charlotte, która tylko czeka, aż ów gen się w niej objawi. Wkrótce się okazuje, że lata przygotowań dziewczyny do wstąpienia do tajnej loży hrabiego de Saint Germain idą całkowicie na marne, gdy to zamiast Charlotty gen odkrywa w sobie jej kuzynka Gwendolyn. Teraz to ona, razem z Gideonem (kolejnym z podróżników) ma za zadanie doprowadzić całą tą zabawę z chronografem do końca i uzyskać odpowiedź na pytanie, jaką tajemnicę kryje w sobie to tajemnicze urządzenie.


Na początku koniecznie muszę powiedzieć, że ten, kto wybrał niejaką Marię Ehrich do roli Gwenny Shepherd musiał chyba w ogóle nie czytać książki. Kompletnie nie pasuje mi ona do tej postaci. Nie chodzi już nawet o wygląd, czy styl ubierania się, jednak o samo zachowanie, charakter Gwendolyn, który zaprezentowała aktorka. Film oglądałam jeszcze tego samego dnia, gdy skończyłam czytać Czerwień rubinu i jakoś nie przypominam sobie, żeby Gwenny była tak mocno wycofana, antyspołeczna, bojaźliwa i przygnębiona. Książkę pokochałam między innymi dzięki tej postaci, która była pełna życia, radosna, o specyficznym poczuciu humoru. W ekranizacji powieści Kerstin Gier otrzymaliśmy kogoś całkowicie innego. Owszem, uważam, że w ekranizacjach można dokonywać zmian, w końcu nie mają one być całkowitym odbiciem książki, ale żeby zmieniać tak mocno czołową postać całej produkcji? 
Nie lepiej było w przypadku innych postaci - jak chociażby w przypadku Leslie Hay (najlepszej przyjaciółki głównej bohaterki). Już pomińmy to, że nie przypominam sobie, żeby Leslie była czarna (chociaż to jest tak drobny szczegół, że nawet mógłby zostać), ale wystarczy spojrzeć na grającą Leslie Jennifer Lotsi, aby od razu zrozumieć, że to nie jest ta postać. W książce Lesli, tak samo jak Gwendolyn, była dla mnie bardzo zabawna i pełna życia, a tej filmowej Leslie po prostu się bałam. Zabrakło mi w niej tego ducha ciekawości i chęci dążenia do rozwiązania zagadek z życia Gwenny. Po prostu nie wzbudziła ona we mnie żadnego zainteresowania czy sympatii. 


Troszeczkę lepiej było w przypadku Gideona - tutaj jedynie czepiałabym się okropnej fryzury bohatera (owszem miał on dłuższe włosy, ale tylko do ramion, a nie ciągle zawiązane w jakąś dziwną kitkę), jednak jeśli chodzi o członków rodziny Gwenny znowu klapa. Uwielbiałam cioteczną babkę Maddy i nawet histeryczny charakter ciotki Glendy Montrose (matki Charlotte), jednak twórcy postanowili całkowicie pozbawić te postacie wszystkiego, co w nich najlepsze. Jak więc widzicie pod względem bohaterów jestem na prawdę bardzo mocno zawiedziona. Nie mogę zrozumieć, dlaczego zrezygnowano z tego, co było podstawią całej tej historii i nadawało ten fantastyczny charakter wszystkim powieściom Kerstin Gier.


Pod względem trzymania się przy tym, co było w książce, nie obyło się oczywiście bez wielu zmian. Ale wbrew pozorów nie było to aż takie złe, gdyż większość zmian była taka, że zmieniła się tylko kolejność niektórych wydarzeń, czy drobne szczegóły. W niektórych miejscach dodano fragmenty, których w ogóle w książce nie było, ale to jest jeszcze do zniesienia. Muszę więc przyznać, że pod względem nawiązania treści filmu do fabuły książki na prawdę nie było aż tak źle, jak przypuszczałam (a spodziewałam się, że będzie na prawdę wszystko pozmieniane). 

To, co niesamowicie mi się w tej produkcji spodobało, było to, że wiele razy bohaterowie posługiwali się dokładnie takimi samymi dialogami, jakie były w książce! Tego się kompletnie nie spodziewałam, gdyż przeważnie w ekranizacjach zmieniane są właśnie te drobiazgi, a tutaj bohaterowie czasem jechali cytatami słowo w słowo z książkowej Czerwieni rubinu. Bardzo mi się to spodobało i właśnie przez to postanowiłam dotrwać w tym filmie do końca.
Pozytywnie zaskoczyło mnie też to, że chociaż film był produkcji niemieckiej, nie zmieniono w sumie nic pod takim kontem, żeby to było niemieckie. Chodzi mi o to, że zarówno bohaterowie byli Brytyjczykami, jak również wszystko działo się w Londynie. Dało się również zauważyć, że nawet takie szczegóły, jak chociażby treść przepowiedni nie była napisana na kartce po niemiecku, tylko po angielsku. Również bohaterowie sms-owali do siebie po angielsku. Niemieccy byli tak na prawdę tylko aktorzy oraz język, w jakim jest film. Nie wiem czemu, ale na prawdę spodziewałam się, że mogą tam coś za bardzo pomieszać, a tu proszę jaka miła niespodzianka mnie spotkała.


Powiem więc tak - film ten miał na prawdę spory potencjał i z tej historii można było stworzyć coś na prawdę dobrego, ale przez to, że dosłownie pozbyto się tego, co w książce Kerstin Gier było najlepsze powstała bardzo przeciętna ekranizacja. Filmowy Czerwień rubinu chyba chciano zrobić jako taką poważniejszą historię, zamiast zatrzymać tą beztroskę, która tak zawsze przyciąga fanów autorki do jej książek. Trochę też za dużo zdradzono już na samym początku i na końcu filmu, przez co można się łatwo domyślić o co mniej więcej chodzi z kuzynką Lucy i Paulem (obawiam się, że dość mocno sobie to wszystko zaspoilepowałam....). Ja jestem tym filmem dość mocno zawiedziona, jednak jak tylko przeczytam pozostałe części serii, to zapewne sięgnę też po dalsze części ekranizacji, bo jednak jestem ciekawa, czy może dalej się co nieco poprawiło. Jednak książka i tak jest zdecydowanie o niebo lepsza.

TRYLOGIA CZASU:
czerwień rubinu | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

niedziela, 9 lipca 2017

[176] Czerwień rubinu


Tytuł oryginału: Rubinrot
Autor: Kerstin Gier
Cykl: Trylogia czasu
Tom: 1
Ilość stron: 344 strony
Wydawnictwo: Media Rodzina
Ocena: 10/10

Po zapoznaniu się w całości z serią Silver - Księgi snów (recenzja klik) wiedziałam, że Kerstin Gier stała się jedną z moich ulubionych autorek. Mimo to przez cały czas broniłam się z przeczytaniem jej pierwszej serii Trylogia czasu. Wydaje mi się, że duży wpływ na moją opinię miały okładki książek wydane nakładem Wydawnictwa Egmont Polska - cały czas po prostu nie pasują mi one do stylu pisarskiego autorki i obawiałam się, że sama Trylogia czasu nie będzie taka charakterystyczna, jak Silver. Gdy więc dowiedziałam się o ty, że Wydawnictwo Media Rodzina postanowiło wydać tą serię jeszcze raz i to z całkiem nową okładką byłam zwyczajnie w niebo wzięta! No bo spójrzcie tylko na to cudo - jest uosobieniem stylu Kerstin Gier, jej humoru i wszystkiego, co w niej najlepsze. Jednakże mimo to nadal byłam co do tej serii raczej sceptycznie nastawiona i podeszłam do niej z dość wielką rezerwą. 

Główną bohaterką książki jest niejaka Gwen, która od początku swojego życia wiedziała, że wywodzi się z bardzo specyficznej rodziny. Otóż już od wielu, wielu lat niektórzy członkowie rodziny Montrose rodzą się ze specyficznym genem, który pozwala im na cofanie się w czasie. Ostatnią z rodu, która miała zostać obdarzona tą wyjątkową zdolnością miała być kuzynka Gwen - Charlotte. Od momentu swojego urodzenia była przygotowywana do swojej dalszej przyszłości i praktycznie całe życie dostosowywała się do tego. Pewnego dnia Gwen odkrywa jednak, że to nie Charlotte, ale ona została obdarzona tą niesamowitą zdolnością. Wszystko ładnie pięknie, tylko, że Gwen nie ma pojęcia co robić, gdy już się cofnie w czasie - w końcu to nie ona była do tego wszystkiego przygotowywana.

Powiem wam, że na początku, gdy zapoznawałam się z opisem książki oraz z licznymi opiniami na jej temat, jakoś nie bardzo przekonywało mnie to, że w powieści miały znaleźć się fragmenty z przeszłości. Wydawało mi się, że będzie to zwyczajnie nudne. Jednak dzięki wspaniałej wyobraźni Kerstin Gier oraz jej talentowi, autorce udało się stworzyć z tego coś niesamowitego. Już po pierwszym takim fragmencie wiedziałam, że na każdy kolejny będę czekała z wielką niecierpliwością i właśnie tak było. Dzięki właśnie tym scenom z przeszłości, dzięki opisom, jakie Gwen oraz Gideon musieli nosić stroje Czerwień rubinu na prawdę wiele zyskała i z pewnością, gdyby autorka z tego zrezygnowała, cała ta historia nie byłaby już taka sama.

W książkach Kerstin Gier zawsze podobało mi się to, w jaki sposób zwraca się ona do swoich czytelników i jak przez to kreuje swoich bohaterów. Jej nieodłącznym elementem jest humor i chociaż doskonale widać w nim, że jej książki skierowane są do raczej młodszych niż ja czytelników, to mimo wszystko ja zawsze świetnie się przy nich bawię i wracam do nich z wielkim sentymentem. Teraz widzę, że moje obawy były bezpodstawne. bo w końcu ten humor to cała Kerstin Gier i z całą pewnością w żadnej nowej książce autorki tego nie zabraknie.

Chociaż Czerwień rubinu czytałam już jakiś czas temu, nadal nie mogę do końca zebrać wszystkich słów, jakimi chciałabym opisać dla was tą książkę (wybaczcie mi więc, jeśli ta recenzja jest trochę nieskładna). Wiem jednak, że jedyne, co jeszcze muszę wam powiedzieć to to, że jeśli jeszcze nie zapoznaliście się z tą książką, koniecznie MUSICIE to zmienić. Po prostu nie ma innej opcji. A jeśli w dodatku czytaliście już serię Silver - Księgi snów i ona wam się spodobała, to jest to wręcz wasz obowiązek. Ja teraz bardzo mocno żałuję, że nie zapoznałam się z tą serią wcześniej i chociaż mogłabym już zabrać się za kolejne tomy (a uwierzcie mi, ciekawość mnie zżera), to z wielką niecierpliwością będę wyczekiwać tych w tej całkiem nowej szacie graficznej (będę się musiała troszkę pomęczyć).
Słowem podsumowania powiem tylko, że Czerwień rubinu to książka, którą koniecznie trzeba przeczytać.

Dla tych, którzy nie wiedzą, na podstawie tejże serii powstał film, ale jeśli nie czytaliście jeszcze książek, nie oglądajcie go, bo możecie się trochę zniechęcić do tej serii (chociaż w sumie nie był on taki zły - po prostu nie tak dobry, jak książka).

TRYLOGIA CZASU:
 czerwień rubiny | błękit szafiru | zieleń szmaragdu

Za możliwość zapoznania się z tą książką i przekonania się, że jest ona zwyczajnie genialna, serdecznie dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina!
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek