Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sci-fi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2018

Cwaniaczek, przyjemniaczek, przystojniaczek - czyli recenzja filmu 🎬 "Deadpool" 😈

CZEŚĆ! Dzisiaj chciała bym opowiedzieć wam trochę o filmie, na który miałam już wielką ochotę od dnia jego premiery (a było to w 2016 roku... 😒), a za który wciąż nie mogłam się zabrać. Z racji tego, że już w maju ma mieć miejsce premiera drugiej części przygód tego przystojniachy w czerwonym kostiumie stwierdziłam, że KONIECZNIE MUSZĘ W KOŃCU TO OBEJRZEĆ! No i obejrzałam... a że zakochałam się w Deadpool'u chyba nie muszę wam już mówić 😏

Jeśli więc chcecie poczytać o tym, dlaczego tak bardzo zakochałam się w jego postaci, zapraszam was do dalszej części recenzji filmu Deadpool 😈.


JAK MÓWIŁAM, film ten chciałam obejrzeć już w chwili, gdy w 2016 roku miał on swoją premierę. Wiedziałam, że choć jest to produkcja z uniwersum Marvel'a, to nie jest to film, jak wszystkie inne od tego studia. Na czym polega ta różnica? Co tak bardzo wyróżnia Deadpool'a od chociażby Spider-mana, czy X-men'ów? O tym już za chwilę. Najpierw chciałabym wam powiedzieć jednak co nieco o fabule - a uwierzcie mi, dzieje się tutaj na prawdę wiele!

WADE WILSON to mężczyzna, dla którego w życiu liczyło się tylko to, aby robić to, co pasuje jemu i żeby co noc mieć inną, ciekawszą panienkę u boku. Jako były wojskowy potrafił  świetnie posługiwać się bronią i radzić sobie z różnymi oprychami, dlatego już od dawna pełnił rolę najemnika, czyli kogoś, kogo wynajmujemy, gdy najzwyczajniej w świecie chcemy kogoś sprzątnąć. Pewnego razu Wade poznaje jednak zjawiskową Vanessę, z którą bardzo szybko zaczyna go łączyć coś więcej. Gdy wszystko zaczyna układać się w życiu mężczyzny całkiem dobrze, ten dowiaduje się o tym, że ma raka i już nie wiele życia mu zostało. Wkrótce Wade otrzymuje tajemniczą propozycję od pewnego mężczyzny, który mówi mu, że jeśli tylko się zgodzi, będzie mógł stać się  silniejszy, sprawniejszy no i przede wszystkim zdrowy. Wade nie wie jednak, jak ta jedna decyzja bardzo zmieni jego życie - tak mocno, że jedyne, czego będzie pragnął, to zemsta.


O POSTACI Deadpool'a, zanim zabrałam się za oglądanie filmu, nie wiedziałam praktycznie nic. Wiedziałam, że musi być on powiązany z jakimś uniwersum Marvel'a, ale kompletnie nie wiedziałam z którym. Z filmu bardzo szybko dowiedziałam się jednak, że jest to jedna z postaci pochodząca z... X-menów. Osobiście bardzo mocno mnie to zdziwiło, bo jednak postać tego czerwonego przystojniaka kompletnie mi tam nie pasowała. No i później z ciekawości poczytałam trochę i już wam mówię, czego się dowiedziałam. Otóż Deadpool to w pewnym sensie mutant (jednak nie do końca, gdyż jego moce zostały wytworzone w warunkach laboratoryjnych), który tak na prawdę nie stoi ani po stronie dobrej, ani złej. Czasem, gdy najdzie go taka ochota, współpracuje z X-men'ami, ale tak właściwie jest on postacią raczej neutralną.

TO, CO zdecydowanie wyróżnia go od tych wszystkich postaci (i tutaj przechodzę już do tego, o czym wspominałam wam prędzej), to to, że Deadpool w pełni zdaje sobie sprawę z tego, że jest tylko bohaterem komiksu i że my, widzowie/czytelnicy, cały czas go obserwujemy. To, plus jego niesamowity i dość mocno specyficzny humor sprawiają, że bardzo mocno wyróżnia się on na tle tych wszystkich dotychczasowych produkcji Marvela. Jest to komedia połączona z filmem akcji i nutką romansu, jednakże jeśli oczekujecie tutaj tego, co widzieliście dotychczas z całego uniwersum, na pewno tego nie dostaniecie (dostaniecie coś całkowicie wyjątkowego!).


JEŚLI CHODZI o bohaterów no to już na pewno domyśliliście się, jak bardzo pokochałam Deadpool'a, czyli Wade'a Wilsona. Jest to tak bardzo i niesamowita postać, jakiej już dawno nie widziałam. Przyznam, że na samym początku filmu patrzyłam na niego i myślałam "Boże... co to jest?!", ale już po paru minutach kompletni przepadłam przygnieciona charyzmą głównego bohatera (już teraz z resztą myślę nad kupnem Funko Popa Deadpool'a 😍). W postać tą wcielił się fantastyczny Ryan Reynosld, który moim zdaniem jest idealnym odwzorowaniem swojego bohatera. Zaprezentował go w taki sposób, że miałam wrażenie, że Wade i Ryan to jedna i ta sama osoba (czy ma to jakiś sens? 😕 Już dawno nie polubiłam jakiejś postaci tak bardzo, a u mnie to wiele znaczy...
W przypadku pozostałych bohaterów powiem tak - jak dla mnie byli, ale zdecydowanie całą swoją uwagę widza przykuł tylko Wade. Myślę z resztą, że o to głownie chodziło twórcom tej produkcji, żeby Deadpool grał takie jakby pierwsze skrzypce, a reszta była dla niego tylko tłem. MI to jednak kompletnie nie przeszkadzało. Osobiście wymieniłabym jednak paru aktorów, którzy swoje postaci zaprezentowali w dość drętwy sposób i które na prawdę wiele przez to straciły. Mam tutaj na myśli chociaż tą dwójkę X-menów, który byli jak dla mnie zwyczajnie słabi.


JEDNO jest pewne - Deadpool to nie jest film dla każdego. Jak dla mnie był on dość brutalny (poprzez sceny walki) i dość mocno bezpośredni. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdemu może się to spodobać. Mi również na początku dość mocno to przeszkadzało, jednak bardzo się cieszę, że koniec końców tak się do niego przekonałam. Mimo wszystko sądzę jednak, że koniecznie trzeba mu dać szansę! Ja już teraz odliczam dni do premiery drugiej części w maju i namiętnie oglądam wszystkie zwiastuny, które pokazują co raz to nowsze wątki.

Tak więc jeśli o mnie chodzi to polecam, polecam i jeszcze raz polecam!!!


Tytuł oryginału: Deadpool

Reżyseria: Tim Miller

Scenariusz: Rhett Reese, Paul Wernick

Gatunek: Komedia, Akcja, Sci-Fi

Produkcja: USA

Na podstawie: "Deadpool" komiks

Czas trwania: 1 godz. 48 min.

Premiera: 12 lutego 2016 (Polska), 21 stycznia 2016 (świat)

Obsada: Ryan Reynolds, Morena Baccari, Ed Skrein, T.J. Miller

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

wtorek, 21 lutego 2017

[80] FILMOWO: Zbuntowana

Tytuł oryginału: Insurgent

Reżyseria: Robert Schwentke

Scenariusz: Brian Duffield, Akiva Goldsman, Mark Bomback

Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Produkcja: USA

Na podstawie: Veronica Roth "Zbuntowana"

Czas trwania: 2 godz.

Premiera: 20 marca 2015 (Polska), 11 marca 2015 (świat)

Obsada: Shailene Woodley, Theo James, Kate Winslet, Naomi Watts, Octavia Spencer, Jai Courtney, Ansel Elgort  

Ocena: 7.5/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Po tym, jak grupa nieustraszonych została oskarżona o ataki na altruistów, Tris oraz Cztery muszą ukrywać się przed ścigającymi ich oddziałami. Schronienie otrzymują u serdecznych, którzy znajdują się na neutralnej stopie w obliczu zaistniałych ostatnio wydarzeń. Jednakże Jeanine nadal pragnie zrobić wszystko, aby wprowadzić w życie swój plan, wyłapać wszystkich niezgodnych i ponownie wrócić do stworzonej przez Założycieli harmonii. Plan Jeanine zaczyna zbierać jednak coraz więcej przeciwników, którzy powoli buntują się przeciwko obecnej władzy.


Zbuntowaną miałam okazję oglądać już kilka dni po premierze, mimo to wciąż miałam problem z napisaniem jej recenzji. Zbierałam się na prawdę dużo razy, zawsze kończył się to tak samo - kilka dość dobrze brzmiących linijek tekstu i na tym koniec. Pamiętam, że po seansie ekranizacja na prawdę mi się podobała. Teraz, gdy po dwóch latach postanowiłam ponownie powrócić do tej pozycji, nie jestem nią już aż tak bardzo zachwycona.

Również Niezgodną (recenzja klik) obejrzałam ponownie, lecz tutaj byłam zachwycona tak samo, jak za pierwszym razem. Jeśli jednak chodzi o Zbuntowaną przez większą część filmu tak na prawdę dość mocno się nudziłam i od czasu do czasu spoglądałam na zegarek, by upewnić się, ile tak na prawdę jeszcze mi zostało...


Całość zaczyna się dość obiecująco - z początku dowiadujemy się, co po ucieczce z miasta robili Tris, Cztery, Peter oraz Caleb. Już wtedy jednak nie możemy się długo nudzić, gdyż akcja w miarę szybko się rozkręca i zaczynamy towarzyszyć bohaterom w kolejnej ucieczce przed systemem. Dalej fabuła nieco zwalnia i choć wciąż obserwujemy, jak Tric i Cztery starają się znaleźć jakieś wyjście z zaistniałej sytuacji, przeżywamy niemały szok, gdy bohaterowie natrafiają na bezfrakcyjnych, powoli wszystko wydaje się być nieco niedopracowane - niby z pozoru wydaje się być w porządku lecz nie jest to do końca zgodne z prawdę. Jak wspomniałam wcześniej, za pierwszym razem w ogóle mi to nie przeszkadzało i całą akcję śledziłam z wielkim zapałem, jednakże teraz nie do końca mnie ona zachwyciła przez co czuję lekki niedosyt.


Największą rzeczą, której nie mogę znieść do tej pory, która nie bardzo ma wpływ na fabułę, tylko bardziej na wygląd całokształtu jest to, że Tris ścięła włosy..... Dobiło mnie to już podczas seansu w kinie, jak również i teraz. Przez to, gdy oglądałam ją na ekranie miałam wrażenie, że nie jest to Tris, tylko Hazel z Gwiazd naszych wina, która jakimś cudem znalazła się w Chicago i jest niezgodna. Nie wiem, czy w książce też tak było (jeśli tak, to jeszcze jestem w stanie to zrozumieć), gdyż nie miałam okazji jej czytać, jednakże jeśli był to tylko i wyłącznie wymysł twórców ekranizacji, to osobiście bym ich za to pobiła. Nowa fryzura w ogóle nie pasuje mi do Tris, którą poznałam w Niezgodnej i strasznie utrudniało mi to skupienie się na fabule. Cóż niby taki mały drobny szczegół, ale dla mnie tworzy on na prawdę sporą różnicę.


Podsumowując więc, nie uważam Zbuntowanej za jakąś największą klapę, choć zdaję sobie sprawę z tego, że z mojej recenzji może to wynikać. Głównie moje uwagi dotyczą fabuły, a raczej sposobu przedstawienia poszczególnych wątków, no i oczywiście jest jeszcze ta nieszczęsna fryzura Tris... Jednak reszta była moim zdaniem na prawdę dobra - od aktorów wcielających się w poszczególne postacie, którzy spisali się bez zarzutów, po efekty wizualne, które wywołały na mnie ogromne wrażenie. Myślę więc, że Zbuntowana to dobra kontynuacja, jednak jeszcze nie świetna. Mimo to warto poświęcić na nią chwilę, by poznać dalsze losy Tris oraz Cztery. Końcówka okazała się być prawdziwą petardą i jestem strasznie ciekawa, co wydarzy się dalej, choć wiem, że Wierna dla wielu okazała się być ogromną porażką.


NIEZGODNA:
niezgodna | zbuntowana | wierna

piątek, 30 grudnia 2016

[75] FILMOWO: Pasażerowie

Tytuł oryginału: Passengers

Reżyseria: Morten Tyldum

Scenariusz: Jon Spaihts

Gatunek: Przygodowy, Sci-Fi
Czas trwania:  1 godz. 56 min.
Premiera: 25 grudnia 2016 (Polska), 21 grudnia 2016 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Jennifer Lawrence, Chris Pratt, Michael Sheen, Lawrence Fishburne

Ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

W czasach, gdzie Ziemia dla wielu ludzi przestała być już wystarczająca, postanowiono dać im szansę zasiedlenia całkowicie nowej planety - Homestead II. Pięć tysięcy całkowicie różniących się od siebie wyruszyło więc w podróż, by rozpocząć całkowicie nowe życie. Wyprawa miała trwać sto dwadzieścia lat, podczas których wszyscy mieli pozostać w stanie hibernacji, aby zachować idealny stan swoich ciał. Jednak po zderzeniu z meteorytem coś poszło nie tak i jedna kapsuła uległa awarii. Jim Preston obudził się o dziewięćdziesiąt lat za wcześnie, stając się jednocześnie jedynym w pełni funkcjonującym człowiekiem na statku. Jak długo był byś w stanie pozostać o zdrowych zmysłach mając do dyspozycji wszystko, czego byś tylko zapragną, jednocześnie mając kontakt jedynie z androidem po części odwzorowującym ludzką osobowość? Czy przekreśliłbyś szansę dotarcia do ziemi obiecanej osobie pogrążonej w stanie hibernacji tylko po to, by mieć jakieś towarzystwo?


Pasażerowie to z pozoru film całkowicie nie dla mnie - jakoś nie kręcą mnie te wszystkie naukowe, czy jak w przypadku ów produkcji, kosmiczne motywy. Tym, co głownie skłoniło mnie do zapoznania się z tą historią była niewątpliwie sama Jennifer Lawrence. Pewnie wspominałam o tym już nie raz, nie dwa, ale zwyczajnie uwielbiam jej grę aktorską (do tej pory zawiodła mnie nieco jedynie w Serenie [recenzja klik], chociaż myślę, że to iż film mi się w ogóle nie spodobał to raczej wina przedstawionej w nim historii, niż aktorów) i wprost niemożliwe było dla mnie zrezygnowanie z chociażby jednego filmu z jej udziałem. Owszem, historia też w jakimś stopniu mnie przyciągnęła, jednak tym razem, to właśnie za sprawą Jennifer Lawrence zdecydowałam się sięgnąć po Pasażerów. Czy było warto dać tej produkcji szansę?


Pierwszym bohaterem, który towarzyszy nam głównie przez większą część filmu jest niejaki Jim Preston - mężczyzna, który postanowił wyruszyć na Homestead II, by spełnić swoje marzenie zbudowania cywilizacji od samego początku. To właśnie on jako jedyny ze wszystkich pasażerów, za sprawą wadliwej kapsuły hibernacyjnej, obudził się o całe dziewięćdziesiąt lat za wcześnie, niż było to planowane.Przez chyba połowę filmu obserwujemy właśnie, jak Jim radzi sobie z tym, że jest jedynym w pełni funkcjonującym człowiekiem na statku. Za towarzysza ma jedynie androida Arthura, który pełni funkcję barmana na statku. Wydawać by się mogło, że w sytuacji Jima nie ma nic strasznego, w końcu do dyspozycji ma wszystkie możliwe bajery dostępne na statku - kino, basen, boisko do koszykówki, ogromny pokój gier, czy oczywiście ogromne ilości jedzenia. Jednak jak długo byli byśmy wstanie przetrwać, gdy dociera do nas, że tak na prawdę wszystkie te rzeczy zaczynają nas już nudzić, a jedyne, czego pragniemy to pozbyć się świadomości, że umrzemy, zanim statek dotrze do celu, oraz przede wszystkim - kontaktu z drugim człowiekiem.


Wkrótce do Jima dołącza Aurora Lane - młoda pisarka, wizjonerka, która postanowiła udać się w podróż na Homestead II i wrócić z powrotem na Ziemię, by móc w postaci książki przekazać ludzkości to, co udało jej się spotkać. Choć z początku kobieta przeżywa dokładnie tak samo wielki szok, jak Jim, wkrótce wszystko zaczyna się układać - para spędza ze sobą coraz więcej czasu, dogadują się, spędzają czas na zabawie - po prostu żyć nie umierać. Jednak jak bardzo szybko się okazuje, jest pewien powód, który sprawił, że ta dwójka się zbudziła.

Przez cały film mamy tak na prawdę kontakt jedynie z trzeba bohaterami - Jimem, Aurorą oraz Arthurem. Później pojawia się jeszcze jedna postać, jednak historia skupia się tak na prawdę jedynie na osobach Jima i Aurory. Tak jak się spodziewałam, Jennifer Laurence po raz kolejny świetnie pokazała na co ją stać. Gdy myślę już, że aktorka ta już w ogóle nie może mnie zaskoczyć, ona robi to znowu i znowu. Jak dotąd oglądałam ją raczej w filmach przygodowych - nigdy w typowej produkcji science fiction. Byłam strasznie ciekawa, jak spisze się ona właśnie w takim gatunku i mogę śmiało powiedzieć, że poradziła sobie na prawdę znakomicie. Przyjemnie oglądało mi się ją w roli Aurory i nie wyobrażam sobie na jej miejscu nikogo innego. Chrisa Pratta widziałam natomiast jak dotąd w tylko jednym filmie i w sumie nie zwróciłam na niego zbyt wielkiej uwagi. Bardzo zaskoczył mnie jednak wcielając się w osobę Jima. Przez cały film pokazywał się nam z wielu różnych stron i moim zdaniem świetnie zaprezentował wszystkie targające bohaterem emocje. Jak dla mnie w pełni oddał on charakter Jima i odwzorował to, jak każdy z nas mógłby zachowywać się, gdyby znalazł się w takiej sytuacji, jak główny bohater. Bardzo spodobała mi się jego gra aktorska, jak i sama osoba aktora i myślę, że bardziej przyjrzę się jego dotychczasowym rolom, gdyż zdecydowanie jest tego wart. 


Skupiając się na obsadzie Pasażerów na koniec koniecznie muszę wspomnieć o fantastycznej postaci, jak i samej grze, jaką zaprezentował nam niejaki Michael Sheen, czyli słynny Aro Volturi z sagi Zmierzch (niestety chyba tylko właśnie z tej roli go znam). To właśnie on wcielił się w postać androida Arthura, który od strony komediowej (której w filmie było raczej mało, a to bardzo dobrze) całkowicie podbił moje serce. Gdy patrzyłam na niego grającego Arthura do głowy za każdym razem przychodziło mi stwierdzenie, że jest to idealny android! Serio, właśnie tak cały czas wyobrażałam sobie roboty, które choć bardzo podobne do człowieka, to jednak całkowicie się od niego różniące. Michael Sheen zaprezentował tą postać idealnie w każdym calu i sprawił, że postanowiłam również jemy przyjrzeć się trochę bardziej, by nie znać go wyłącznie z roli Aro (chociaż z tą postacią poradził sobie równie fantastycznie).


Gdybym miała przejść już do podsumowania moich odczuć w stosunku do Pasażerów powiedziałabym, że chociaż miejscami film wydał mi się lekko niedopracowany i niepotrzebnie przyspieszony lub za bardzo opóźniony, to jednak całość bardzo mi się podobała i zdecydowanie warto było poświęcić osiemnaście złotych, by zobaczyć go na dużym ekranie. Wspomniałam o niedoskonałościach - otóż przez większą część filmu skupiamy się tak na prawdę na przetrwaniu Jima, a później Jima i Aurory. Dopiero pod koniec filmu tak na prawdę zaczyna się cała ta akcja związana z problemem, z jakim bohaterowie muszą się borykać, lecz ta znowuż została aż za bardzo przyspieszona. Gdyby bardziej przemyślano podział wątków całej historii w stosunku do całego filmu mogłaby przyznać tej produkcji nawet dziewięć, czy dziesięć punktów - za te wady jednak, które mimo wszystko są dość mocno namacalne, muszę jednak trochę obniżyć swoją ocenę.

Przechodząc już do zakończenia powiem tak - mimo tych powyższych wad uważam Pasażerów za kawał na prawdę dobrego kina. Mi osobiście bardzo spodobało się to, że w filmie tak na prawdę towarzyszy nam jedynie trzech bohaterów - to zdecydowanie wystarczy, a dodatkowo zmusza aktorów do takiego zaprezentowania swojej postaci, by ta wynagrodziła nam brak innych postaci. Jennifer Lawrence, Chrisowi Prattowi i Michaelowi Sheenowi wyszło to po prostu świetnie. Ja jestem z tego filmu jak najbardziej zadowolona i wam również polecam zapoznanie się z nim - myślę, że nie będziecie żałować!


piątek, 5 sierpnia 2016

[1] Seriale: Flash


Tytuł oryginału: The Flash
Czas trwania odcinka: 43 min.
Sezony (obecnie): 1 | 2 | 3
Gatunek: Dramat, Akcja, Sci-Fi
Rok produkcji: 2014 - obecnie
Kraj: USA
Obsada: Grant Gustin, Rick Cosnett, Tom Cavanagh, Jesse L. Martin, Danielle Panabaker, Candice Patton, Carlos Valdes
Ocena: 10/10

Klikając w poszczególny numer sezonu zostaniesz przeniesiony do spisu odcinków na filmweb.pl
Klikając w powyższą grafikę zostaniesz przeniesiony do zwiastuna pierwszego sezonu serialu.

Nie da się ukryć, że nie jestem jakąś tam wielką maniaczką seriali, choć i tak teraz oglądam ich zdecydowanie więcej niż kiedyś. Zawsze odnosiłam wrażenie, że jest to strasznie czasochłonne, no bo powiedzmy sobie szczerze, gdy jeden odcinek trwa przeszło czterdzieści minut, a ów odcinków w jednym sezonie jest na przykład dwadzieścia pięć, to wychodzi, że aby obejrzeć cały sezon potrzebujemy jakieś siedemnaście godzin... a co, gdy sezonów jest więcej? Trzy, może cztery, a może nawet i dziesięć. Ktoś by powiedział teraz, dobra, ale jak cię taki serial zainteresuje, to takie oglądanie idzie bardzo szybko. No cóż, mi nie do końca. Nie wiem czy już wam wspominałam, ale bardzo szybko zaczynam się nudzić, jeśli chodzi właśnie o seriale, serie filmów, czy książek. I choć historia mnie bardzo interesuje, to koniec końców rzucam to i rzadko kiedy poznaję zakończenie. Myślę też, że trochę ma z tym wszystkim związek również fakt, iż chyba po prostu nie kończę serii, gdyż nie chcę się rozstać z moimi ulubionymi bohaterami, czy poznanymi historiami. Oczywiście, że przecież mogę do tego wrócić, no ale jednak to już nie będzie to samo. Dziwne, jednak jak by się nad tym zastanowić, uwierzcie mi ma sens! Ale jak już wspominałam, ostatnio trochę się to u mnie zmienia, więc miejmy nadzieję, że z czasem całkowicie mi to minie! Jest jednak parę serialów, które jak na razie w ogóle mi się nie znudziło. Dzisiaj chciałabym wam przedstawić najszybszego żyjącego  człowieka na ziemi!


Barry Allen - młody chłopak z Central City - zdążył osiągnąć już nie jeden sukces. Dzięki swojej bystrości oraz zamiłowaniu do nauki, bardzo szybko objął stanowisko śledczego miejscowej policji. Przypuszczać by mogło, że dzięki wszystkiemu co mu się do tej pory udało jest w pełni zadowolony ze swojego życia. W wieku dziewięciu lat stracił on jednak ukochaną matkę, która według policji została zamordowana przez swojego męża, a ojca Barry'ego. Tylko on jest jednak przekonany o niewinności swojego rodzica - utrzymuje, że widział w chwili tego nieszczęśliwego wypadku w pobliżu mamy tajemnicze błyski, które z całą pewnością przyczyniły się do tragedii.

Dziecku jednak bardzo ciężko jest udowodnić swoją rację dodatkowo, gdy tyczy się ona tak ważnej sprawy. Nikt nie wie, że przez większość swojego życia po utracie matki Barry próbuje znaleźć dowody na potwierdzenie swojej tezy i co za tym idzie wyciągnąć ojca z więzienia. Na prośbę ojca Barry zamieszkuje w domu jego przyjaciela - miejscowego policjanta Joe'go Westa - oraz córki mężczyzny Iris West. Choć początkowo nie potrafiący pogodzić się z ogromną stratą Barry ciężko znosi nowe warunki, koniec końców traktuje Westów jako swoją najbliższą rodzinę, na którą zawsze może liczyć.

Pewnego razu w Central City ma miejsce groźny wybuch akceleratora cząsteczek stworzonego przez fizyka Harrisona Wellsa i jego naukowców ze S.T.A.R. Labs. Powstała eksplozja doprowadza do porażenia Barry'ego piorunem, przez który chłopak zapada w dziewięcio miesięczną śpiączkę. W międzyczasie zostaje przeniesiony przez Wellsa, pragnącego odkupić swoje błędy, do S.T.A.R Labs, by tam przy pomocy Cisco Ramona oraz Caitlin Snow, znaleźć sposób na wybudzenie chłopaka. Gdy w końcu do tego dochodzi, okazuje się, że Barry stał się niemożliwie szybki, a zdolność jego szybkiej regeneracji przekracza ludzkie normy.

Szybko wychodzi na jaw, że nie tylko Barry został obdarzony podczas wybuchu nadludzkimi zdolnościami, Gdy więc okazuje się, że tylko on potrafi powstrzymać innych metaludzi postanawia połączyć swoje siły z naukowcami ze S.T.A.R Labs, by wspólnie ratować mieszkańców Central City i naprawić to, co zapoczątkował wybuch.

Tak mniej więcej i w bardzo dużym skrócie przedstawić mogę wam główną idee całego serialu. W każdym kolejnym odcinku ekipa ze S.T.A.R Labs musi walczyć z nowymi, obdarzonym niesamowitymi i niebezpiecznymi zdolnościami metaludźmi, którzy postanowili wykorzystać otrzymaną moc do własnych, złych celów. Całość ma jednak o wiele większy i głębszy sens, który wyjaśnia się z każdym kolejnym odcinkiem, by w końcu w finałowych odcinkach pierwszego sezonu zachwycić widza ogromną petardą! Takich niesamowitych zwrotów akcji jest w serialu po prostu multum, a wszystkie są bardzo dokładnie przemyślane i rozplanowane. Ci więc, którzy szukają we Flashu mocnych wrażeń, z całą pewnością się nie zawiodą.

Na przestrzeni dotychczasowych dwóch sezonów możemy poznać grono niesamowitych, przerażających, zabawnych, jak i również groźnych bohaterów, a wszyscy oni zostali wykreowani przez wspaniałych i bardzo utalentowanych aktorów. Po pierwsze postać tytułowego Flasha, czyli niejaki Barry Allen. To chłopak, którego po prostu nie da się nie lubić (uwierzcie mi z początku próbowała, jednak kompletnie mi się to nie udało). Jest on bez reszty oddany swojej rodzinie, tj. Joe'mu, Iris oraz ojcu Henry'emu (od którego już dawno odwrócili się ci, na których tak bardzo liczył) oraz przyjaciołom - Cisco, Caitlyn oraz dr Wells'owi. Dodatkowo to najbardziej bezinteresowny, jak i altruistyczny człowiek o jakim w życiu słyszałam. Zawsze najważniejsza była dla niego pomoc innym, a gdy tylko stał się Flashem, jeszcze bardziej mu się to nasiliło. Grant Gustin wcielający się w tą postać wręcz idealnie poradził sobie z przedstawieniem jej. To chyba dzięki niemu najbardziej zakochałam się całym tym serialu i choć początkowo (gdy to moja przyjaciółka niezwykle zachwycała się jego grą oraz, nie da się ukryć, urodą) powiedzmy w prost, raczej go nie lubiłam, teraz dzięki postaci Barry'ego po prostu go uwielbiam! To kolejny młody aktor o fantastycznym talencie, który mam nadzieję, jeszcze nie raz nas zaskoczy. Zdecydowanie nikt inny nie przedstawiłby Flasha lepiej, niż Grant.
Po drugie jeden z moich ulubieńców - niesamowicie zabawny Cisco Ramon. To kolejny z bohaterów, którego po prostu trzeba pokochać od pierwszego odcinka. Wprowadza on do serialu niepowtarzalny urok i sprawia, że mimo powagi, która we Flashu jest raczej elementem nieodzownym, produkcji tej nieodzownie towarzyszy też humor. To po prostu trzeba poznać na własnej skórze! Postać Cisco to wspaniały debiut aktora Carlosa Valdesa, który mam nadzieję, skłoni go do dalszej gry.
Dalej mamy też Detektywa Joe'go Westa oraz jego nowego partnera Eddie'go Thawne, który przy okazji, podczas śpiączki Barry'ego staje się również chłopakiem córki Joe'go. Joe mimo swojej stanowczości i oddaniu pracy, jest bardzo kochającym ojcem, na którego zawsze można liczyć. Dzięki niemu Barry, mimo straty częściowo obydwóch rodziców, może poczuć, że jednak ma kogoś, kto mimo nie łączących ich więzi rodzinnych, traktuje go jak własnego syna. Eddie natomiast to młody policjant, który stara się wykonywać swoją pracę najlepiej jak potrafi - nie oznacza to jednak, że jest jej całkowicie i bez reszty oddany przez co nie ma czasu na życie prywatne. To on pomógł Iris w uporaniu się tymczasową utratą jej przybranego brata.

Nie można zapomnieć również o Harrison'ie Wells'ie oraz jego pomocnicy Caitlyn Snow. Ten pierwszy odgrywa niezwykle ważną rolę w całym serialu i gdyby nie on po prostu nie byłoby całej fabuły. Wells nie jednego z całą pewnością zaskoczy swoją wiedzą i mądrością, jednak nie da się ukryć, że potrafi też wzbudzać na prawdę spory niepokój. Mając już za sobą drugi sezon, gdzie poznajemy tą postać z całkowicie innej strony mogę śmiało powiedzieć, że wcielający się w nią Tom Cavanagh to geniusz w swoim fachu, który nie dość, że wyciągnął ze swojej postaci wszystko, co się tylko dało, to dodatkowo potrafi zaskoczyć cię tak bardzo, że wydaje ci się to wręcz niemożliwe. Choć jest to moje pierwsze spotkanie z jego osobą, już teraz darzę go ogromnym i niepodważalnym szacunkiem. Danielle Panabaker miałam natomiast przyjemność poznać już ładnych parę lat temu, za sprawą jednej z disneyowskich produkcji małego ekranu. Już wtedy ją polubiłam, dlatego ucieszyłam się, gdy we Flashu spotkałam ją po raz kolejny. Postać Caitlin, którą gra, pełni w całym serialu funkcję swoistego mediatora, jak również osoby, która zawsze wpadnie na jakiś pomysł. Bez niej cała paczka z całą pewnością by się nie trzymała.

Prócz tych głównych postaci mamy również całą rzeszę bohaterów pojawiających się gościnnie. Większość z nich to nowi metaludzie, jednak każdy z nich wnosi do serialu coś zupełnie nowego. Bardzo spodobało mi się to, że od czasu do czasu we Flashu możemy gościć też kilka postaci z ekipy Arrow - kolejnej, wcześniejszej produkcji studia DC Comics - jak chociażby samego Olivera Queen'a, czyli tytułową Strzałę. Jest to niesamowite połączenie obydwóch seriali i pokazanie, że wszystkie te rzeczy tak na prawdę dzieją się na jednej planecie i to w bardzo małych odległościach. Ja sama jestem jak najbardziej na tak, jeśli chodzi o takie połączenia, tym bardziej, że nie pojawiają się one w serialu przesadnie często, lecz po prostu od czasu do czasu.

Jak już wspomniałam prędzej, fabuła wciąga - i to bardzo! Nie często zdarza się, aby jakiś serial wciągnął widza już od pilotażowego odcinka - często są one tylko lekkim zarysowaniem tego, co z czasem dostaniemy, a sama fabuła rozwija się stosunkowo wolno. W przypadku Flasha tak właśnie jest! Już przez te pierwsze 43 minuty pierwszego sezonu wciągnęłam się tak bardzo, że wiedziałam, iż nie ma mocnych, aby powstrzymać mnie przed obejrzeniem wszystkich sezonów, jakie kiedykolwiek powstaną. W każdym odcinku coś się dzieje, przez co nie da się nudzić - akcja przeplatana jest z życiem codziennym bohaterów ukazując, że mimo iż ich głównym zadaniem stała się obrona mieszkańców Central City, mają oni też swoją codzienność (czasem niełatwą), z którą również muszą się zmierzyć. Szok, to jedno z wielu słów, którymi mogłabym opisać to, co spotyka widza po obejrzenia każdego odcina. Sama jeszcze chyba nigdy w życiu tyle razy nie otwarłam buzi z zaskoczenia, ile miało to miejsce w przypadku oglądania przeze mnie ów serialu.

Słowem podsumowania pragnę jeszcze raz powiedzieć wam, że Flash to po prostu genialna i jedyna w swoim rodzaju produkcja! Moim zdaniem ma ona w sobie praktycznie same zalety - wad nie mogę doszukać się tu praktycznie wcale. Łączy w sobie wszystko to, czego widz może oczekiwać po serialu akcji, dając jednocześnie od siebie dużo, dużo więcej. Intrygująca, niesamowicie wciągająca i przez cały czas trzymająca w napięciu fabuła, bohaterowie, z którymi utożsamiasz się od samego początku i traktujesz, ich jak własną rodzinę, niewiarygodne chwile wzruszeń, strachu, smutku oraz niekontrolowanego śmiechu - wszystko to znajdziesz we Flashu! Zachęcam więc każdego - dosłownie każdego - do zapoznania się z tym serialem, gdyż już na własnej skórze zdążyłam przekonać się, że potrafi zainteresować on praktycznie wszystkich.

Trzeci sezon rozpoczyna się już 4 października, więc macie jeszcze sporo czasu, by szybko nadrobić poprzednie dwa sezony! Przez ten czas działo się na prawdę sporo, a to, co zapowiada trzeci sezon przekracza najśmielsze oczekiwania. Uwierzcie mi - z całą pewnością nie poprzestaniecie na jednym odcinku.

piątek, 3 czerwca 2016

[61] FILMOWO: Jestem Bogiem

Tytuł oryginału: Limitless

Reżyseria: Neil Burger

Scenariusz: Leslie Dixon

Na podstawie: Alan Glynn "Dawka geniuszu"

Gatunek: Thriller, Sci-Fi

Czas trwania: 1 godz. 45 min.

Premiera: 1 kwietnia 2011 (Polska), 8 marca 2011 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Bradley Cooper, Robert De Niro, Abbie Cornish, Andrew Howard

Ocena: 8/10

Klikając w plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Eddie Morra to człowiek w pełni pozbawiony radości życia. Od jakiegoś czasu stara się ukończyć pracę nad zaczętą książką, jednakże jak na razie wcale nie widać końca. Jego życie pozbawione jest jakichkolwiek kolorów, żyje w złych warunkach i niedawno rozstał się z dziewczyną. Pewnego dnia spotyka dawno niewidzianego brata swojej byłej żony. Mężczyzna, dawniej narkoman i diler, dzisiaj wygląda jak spełniony młody człowiek. Vernon proponuje Eddiemu zażycie pewnej eksperymentalnej tabletki zwanej NZT, która miałaby pomóc mu uporządkować jego życie. Gdy bohater ją bierze szybko przekonuje się, jakie prawdziwe działanie ma tajemniczy narkotyk - w bardo krótkim czasie staje się kimś, potrafi w ciągu jednego dnia nauczyć się płynnie mówić w konkretnym języku, posiada bardzo dużą wiedzę na przeróżne tematy tylko dzięki informacją, z którymi kiedyś zapoznał się całkowicie przypadkiem, itp. Mówiąc krótko, NZT czyni z Eddiego Boga. Jednakże takie zagranie z całą pewnością ma jakieś swoje konsekwencje. Pozostaje tylko pytanie, czy gra jest tego warta?


Jestem Bogiem to film, o którym słyszałam już od bardzo dawna i który niesamowicie mnie intrygował. Dodatkowo moją ciekawość niezwykle podsycał fakt, iż w główną postać - Eddiego Morra - wcielił się nie kto inny, jak Bradley Cooper, który należy do grona moich ulubionych aktorów. Myślę jednak, że gdyby nie nadarzyła mi się okazja, aby go obejrzeć, sama jeszcze długo bym z tym zwlekała. A tak, w końcu się na niego decydując poznałam niesamowicie wciągającą historię okraszoną dobrze dopracowanymi bohaterami i idealnie dobranymi do nich aktorami.

Eddie Morra to człowiek, który osiągnął już szczyt życiowego niespełnienia. Gdy więc nadarzyła mu się niesamowita okazja, aby móc zmienić wszystko, zażywając tylko jedną małą tabletkę, nie ma się co dziwić, że się na to zdecydował. Jednak zobaczenie siebie, jako Boga - człowieka, który może zrobić wszystko, czego zawsze pragnął bez najmniejszego problemu - szybko uzależnia. Eddie przekonał się o tym na własnej skórze, jednak to co najgorsze pozostało jeszcze dla niego tajemnicą. 


Bardzo spodobała mi się postać w jaką wcielił się Bradley Cooper, jak i sama jego gra aktorska. W tym filmie z łatwością możemy dostrzec, jak osobowość głównego bohatera zmienia się pod wpływem NZT, a Bradley Cooper idealnie nam to tutaj zaprezentował. Z pogrążonego w depresji i niesamowicie zdołowanego faceta, któremu nic nie chodzi idealnie zmienił się w pewnego siebie,  zabawnego i znającego swoją wartość mężczyznę, dla którego nic nie może stanąć na przeszkodzie. Po raz kolejny udowodnił on, że jest świetny w tym co robi, a każda kolejna rola całkowicie różni się od tej poprzedniej. Osobiście nie wyobrażam sobie nikogo innego wcielającego się w osobę Eddiego Morra, gdyż sądzę, że Bradley Cooper wykreował ją wręcz idealnie.


Dalej kolejną fantastyczną robotę wykonał niezastąpiony Robert De Niro, który w Jestem Bogiem pokazał nam postać doświadczonego i niezwykle cenionego biznesmena, który ciężką pracą utorował sobie obecną pozycję. Osobiście uważam, że każda postać, w jaką wciela się De Niro nie mogłaby już w żadnym stopniu być zaprezentowana lepiej i tak samo było  z osobą Carla Van Loon. 
Bardzo się cieszę również, że mogłam znów oglądać Coopera i De Niro w jednym filmie, gdyż odkąd widziałam Poradnik pozytywnego myślenia (recenzja klik) niesamowicie ich razem uwielbiam.


Cały film toczy się w bardzo szybkim tempie, jednakże jest to zamierzone, gdyż idealnie nawiązuje to do jego historii. Trzeba się jednak dość mocno skupić na fabule, gdyż przez to tempo możemy bardzo szybko się pogubić. Uwierzcie mi jednak, że cała historia jest tak wciągająca, że mimo wszystko nie ma innej opcji, żeby nie dało się na niej nie skupić. Film posiada bardzo dużo nagłych zwrotów akcji, których oglądając widz całkowicie się nie spodziewa. Dodatkowo wszystko jest tak przemyślane i dopracowane, że nawet nie idzie się domyśleć, co może się dalej zdarzyć. Dla mnie jest to jak najbardziej fantastyczna robota.


Podsumowując, jak najbardziej polecam wam zapoznać się z Jestem Bogiem. Film jest dopracowany w każdym calu, posiada wspaniałą i niesamowicie wciągającą fabułę oraz idealnie wykreowanych bohaterów. To pozycja, przy której nie da się nudzić i która z całą pewnością zaciekawi każdego. Przez cały czas trzyma w napięciu i nie można się od niego oderwać, a to moim zdaniem idealnie pokazuje, że to pozycja po którą zdecydowanie warto sięgnąć. Film został nakręcony na podstawie powieści Alana Glynna pod tytułem Dawka geniuszu. po którą ja z całą pewnością sięgnę. Jestem strasznie ciekawa, czy dorówna temu, z czym miałam przyjemność zapoznać się w trakcie oglądania filmu. Mam wielką nadzieję, że tak!


sobota, 28 listopada 2015

[48] FILMOWO: Igrzyska śmierci: Kosogłos część 2

Tytuł oryginału: The Hunger Games: Mockingjay Part 2

Reżyseria: Francis Lawrence

Scenariusz: Danny Strong, Peter Craig

Na podstawie: Suzanne Collins "Kosogłos"

Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Czas trwania: 2 godz. 25 min.

Premiera: 20 listopada 2015 (Polska), 4 listopada 2015 (świat)

Produkcja: USA

Obsada: Jennifer Lawrence, Josh Hutcherson, Liam Hemsworth, Woody Harrelson, 

Ocena: 9/10

Klikając w okładkę filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com


Katniss nadal nie może dojść do siebie po ataku Peety. Okazuje się bowiem, że będąc w niewoli w Kapitolu chłopak zostawał poddawany licznym torturom, a także wmawiano mu, że Katniss jest winna całemu złu, jakie się dokonało, a nie tak jak wszyscy uważają Kapitol. Wojna jednak trwa nadal, a ludzie potrzebują swojego Kosogłosa, który zagrzeje ich do walki i pokaże, że mogą wygrać z prezydentem Snow'em. Katniss nie podoba się to, że cały czas wykorzystywana jest jako symbol, a jej głównym zadaniem jest tworzenie propagandy i wygłaszanie mów. Chce aktywnie uczestniczyć w walce, dlatego postanawia, na własną rękę, przebić się do rezydencji Snow'a by osobiście go zabić. Wbrew rozkazom prezydent Coin dostaje się do jednego z oddziałów znajdujących się w Kapitolu, by wcielić w życie swój plan.


Na Igrzyska śmierci: Kosogłos część 2 chyba wszyscy czekali z wielkim wyczekiwaniem. Sama byłam jej ogromnie ciekawa, chciałam w końcu poznać zakończenie tej historii, zobaczyć jak wszystko się ułoży. Teraz, gdy jestem już po seansie wprost nie mogę uwierzyć, że to już koniec. Cały czas nie dociera do mnie, że już więcej niczego nie będzie. 


Jeśli chodzi o moje odczucia w stosunku tego filmu, to przyznam się, że trudno mi w tym momencie wyrazić swoje zdanie na jego temat. Wciąż próbuję pozbierać myśli, by ogarnąć wszystko to, co tam zobaczyłam. Jednakże jedno co mogę stanowczo powiedzieć, to  fakt, że jestem troszeczkę rozczarowana (podkreślam, że tylko troszeczkę!). Chodzi mi tu głównie o zakończenie, bo szczerze oczekiwałam czegoś innego, a to zakończenie jakie poznałam w filmie pozostawiło mnie z wieloma pytaniami. Pozostaje mi mieć nadzieję, że gdy w końcu zapoznam się z dwoma pozostałymi częściami książki wszystko mi się jasno wyjaśni. Nie omówię jednak, że zakończenie było złe, wręcz przeciwnie.


Jeśli pominąć jednak to zakończenie, to zdecydowanie mogę przyznać, że film jest po prostu fantastyczny. Akcja cały czas trzymała w napięciu, było wiele zwrotów akcji, których w ogóle się nie spodziewałam. Wielkie wrażenie, z resztą jak zawsze w przypadku Igrzysk..., wywarły ma niesamowite efekty specjalne oraz sama sceneria pokazywanych w trakcie filmu miejsc. Twórcy filmu świetnie się spisali i jeszcze bardziej pobili to, co mogliśmy zobaczyć we wcześniejszych częściach. Wszystko było niezwykle realistyczne, dzięki czemu widz oglądając ekranizację (dodatkowo, tak jak w moim przypadku w 3D), mógł poczuć się tak, jakby samo znajdował się w Kapitolu i towarzyszył bohaterom w przedzieraniu się przez niego.


Nie zawiodłam się również na aktorach, których mogliśmy podziwiać w filmie. Jeszcze bardziej oczarowała mnie niesamowita Jennifer Lawrence, filmowa Katniss, która moim zdaniem oddała całe serce w przedstawienie tej postaci. Za każdym razem, gdy oglądałam ją w tej roli odkrywała coś nowego. Nie inaczej było i w tym przypadku. Bardzo spodobała mi się tu również postać Peety, w którego wcielił się Josh Hutcherson. Do tej pory mogliśmy podziwiać raczej łagodniejszą jego stronę, a w tej części Kosogłosa, zobaczyliśmy również tą jego bardziej zawziętą i drapieżną część.Rzadko zdarza mi się, abym nie miała choć najmniejszych zastrzeżeń, do któregoś z aktorów, którego widziałam w filmie. W Igrzyskach... nie możliwe jest dla mnie, aby do kogoś się doczepić. Wszyscy aktorzy, nie ważne jak ważną grali postać, wykonali kawał świetnej roboty, wykorzystali sto procent swoich możliwości - zdecydowanie nic nie można by tu było zmienić.


Wielu z was zapewne jest takiego zdania, że w niektórych przypadkach serii filmowych lepiej by było, gdyby poprzestano na pierwszej części. Stanowczo nie można powiedzieć tego samego o Igrzyskach śmierci. Każda kolejna część wydaje się być lepsza od poprzedniczki, każda wzbudza wielkie napięcie w widzu, każda na długo pozostaje w pamięci. Kosogłos część 2 okazało się  być fantastycznym zwieńczeniem całej przygody jaką mogliśmy przeżyć między innymi u boku Katniss Everdeen. Jestem bardzo szczęśliwa, że miałam tą przyjemność zapoznania się z całą serią o Głodowych Igrzyskach. Ta historia na bardzo długo zapadłą w mojej pamięci i z pewnością jeszcze nie jeden raz będę do niej wracać - czy to za pośrednictwem filmów czy książek. Koniecznie więc wy samo zapoznajcie się i z tą ostatnią już częścią jak i z całą serią (jeśli jeszcze jak dotąd jakimś cudem tego nie zrobiliście). Z pewnością nie będziecie żałować swojej decyzji, a przeżyjecie dzięki temu niesamowitą przygodę. "I niech los zawsze wam sprzyja!"




FILMOWO: IGRZYSKA ŚMIERCI

piątek, 30 października 2015

[46] FILMOWO: Frankenweenie

Tytuł oryginału: Frankenweenie
Reżyseria: Tim Burton
Scenariusz: John August, Leonard Ripps
Gatunek: Animacja, Sci-Fi, Czarna komedia
Czas trwania: 1 godz. 27 min.
Premiera: 7 grudnia 2012 (Polska), 20 września 2012 (świat)
Produkcja: USA
Ocena: 9/10

Klikając w okładkę filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

Victor Frankenstein oraz jego pies Korek to dwoje najlepszych przyjaciół - gdzie by Victor nie poszedł Korek podąża za nim. Niestety pewnego razu, podczas meczu baseballu, piesek biegnąc za piłą uderzoną przez swojego pana wpada pod samochód. Zrozpaczony Victor nie może pogodzić się ze śmiercią zwierzaka. Widząc szkolny eksperyment, gdzie porażona prądem martwa żaba porusza się, chłopiec wpada na pomysł, aby wykorzystać to zjawisko i wskrzesić Korka. Udaje się więc na cmentarz dla zwierząt, by wykopać ciało psiaka, a następnie wdraża w życie swój plan.

Frankenweenie to bardzo specyficzna bajka (widać to już po jego plakacie), nie wszystkim więc na pewno przypadnie ona do gustu. Sama długo wahałam się, czy dać jej szansę, czy też nie. Z racji tego, że jest to jednak dzieło fantastycznego reżysera Tima Burtona postanowiłam zapoznać się z tą jakże intrygującą historią.


Pierwsze, co rzuca się w oczy to fakt, iż animacja ta jest czarno-biała. Zdecydowanie nie zdarza się to często w przypadku bajek, lecz jak już mówiłam Frankenweenie to specyficzny film. Bardzo jednak mi się to spodobało, gdyż dzięki temu został utrzymany tu ten specyficzny i mroczny klimat, który towarzyszy nam cały czas podczas oglądania. Gdyby była ona w kolorze z pewnością nie byłoby to już to samo. Kolejna charakterystyczna dla Frankenweenie rzecz to specyficznie wyglądające postaci - jest to zasługa połączenia grafiki komputerowej i animacji poklatkowej. Początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić, gdyż dotąd nie miałam styczności z taką animacją. Lecz tak jak to jest w przypadku wcześniej wspomnianego czarno-białego koloru, zdecydowanie gdyby animacja została przedstawiona w tradycyjny sposób straciłaby cały swój urok.


Postaci jakie tu znajdziemy, choć na pierwszy rzut oka wydają się być dziwne w rzeczywistości są niezwykle charyzmatyczne. Bardzo spodobała mi się postać Victora oraz jego psiaka Korka. Podczas sceny, w której Korek umiera widząc rozpacz chłopca sama od razu się rozpłakałam. Tak samo było w przypadku momentu, gdzie psiak ożywa. Film pełen jest takich momentów - nie braknie tu jednak humoru.


Sama historia już od samego początku bardzo mnie zaintrygowała, a po zakończeniu seansu od razu dołączyłam do grona wiernych wielbicieli Frankenweenie. Cieszę się bardzo, iż możemy dostrzec w tej animacji tego cudownego ducha Tima Burtona, który dodaje tak wielkiego uroku każdej jego produkcji. Wiedziałam, że jest to na prawdę genialny reżyser, teraz jednak po produkcji mojej pierwszej bajki jaką wyreżyserował z całą pewnością mogę jeszcze bardziej to potwierdzić.


Podsumowując, Frankenweenie to kolejny świetny film w reżyserii Tima Burtona. Po raz kolejny udowodnił on, że zasługuje na miano filmowego geniusza i świetnie radzi sobie nawet z animacjami. To, co mnie tu zaskoczyło, to fakt iż wszystkie postacie, jakie możemy zobaczyć w tym filmie to tak na prawdę figurki wykonane przez niezwykle utalentowanych ludzi. Każde pomieszczenie to powiedzmy taka mała atrapa, a wszystko połączone zostało dzięki animacji komputerowej. No powiedzcie, jak tu się tym nie zachwycać! Choć Frankenweenie to czarna komedia, niesie za sobą bardzo ważną naukę - zarówno dla tych najmłodszych, jak i tych starszych. Pokazuje, że prawdziwego przyjaciela możemy znaleźć w każdym, a to, jak bardzo go kochaliśmy odczuwamy dopiero po jego stracie. No i dodatkowo: lepiej nie baw się w wskrzeszanie martwych zwierząt.


sobota, 10 października 2015

[44] FILMOWO: Czas na miłość

Tytuł oryginału: About Time

Reżyseria: Richard Curtis

Scenariusz: Richard Curtis

Gatunek: Dramat, Komedia, Romans, Sci-Fi

Czas trwania: 1 godz. 59 min.

Premiera: 20 września 2013 (Polska), 27 czerwca 2013 (świat)

Produkcja: Wielka Brytania

Obsada: Domnhall Gleeson, Rachel McAdams, Bill Nighy, Lydia Wilson, Lindsay Duncan, Margot Robbie

Ocena: 9/10

Klikając w okładkę filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com

W wieku 21 lat Tim poznaje pewien sekret, który dotyczy tylko i wyłącznie mężczyzn z jego rodziny. Ojciec poinformował go, że bohater potrafi cofać się w czasie. Może przenieść się do każdego wydarzenia z przeszłości, a następnie wrócić z powrotem, aby zmienić to, co według niego tej zmiany potrzebuje. Jest to bardzo proste - Tim musi tylko zamknąć się w szafie bądź w innym ciemnym pomieszczeniu, zacisnąć pięści i pomyśleć dokładnie o chwili i miejscu, w której chciałby się znaleźć. Początkowo chłopak nie wierzy w słowa ojca, na jego prośbę jednak postanawia spróbować i o dziwo udaje mu się to. Swój nowy dar postanawia wykorzystać w znalezieniu prawdziwej miłości. Gdy poznaje uroczą amerykankę Mary, wie iż jest ona tą jedyną, dlatego w czasie ich znajomości kilkukrotnie cofa się w czasie, aby kobieta również się w nim zakochała. Tim nie wie jednak, że w tej zabawie obowiązują jednak pewne zasady, których koniecznie musi przestrzegać.


Czas na miłość to film, o którym słyszałam już od jakiegoś czasu, ale nigdy nie nadarzyła mi się okazja, aby zapoznać się z tą pozycją. W końcu jednak udało mi się go obejrzeć i po prostu przepadłam. Pewnie niektórzy z was wiedzą już, że mam ogromną słabość do wszystkiego co brytyjskie - filmy, książki, MUZYKA, kultura, akcent, itp... Dlatego fakt, iż fabuła tego filmu ma miejsce właśnie w Wielkiej Brytanii jeszcze bardziej przyczynił się do tego, że tak bardzo spodobała mi się ta historia. Głównym bohaterem Czasu na miłość jest niejaki Tim. Jak sam mówi jego rodzina jest dość specyficzna i pewnie wielu uważa ich wręcz za dziwaków - jego mama jest dość sztywną lecz mimo to kochającą osobą (nie jest jak inne matki), siostra Kit Kat to dla niego najpiękniejsza osoba na świecie (mimo swoich bardzo licznych dziwactw), do tego jeszcze wujek D, który zachowuje się, jakby duchem był w zupełnie innym świecie przez co często nie wie co się dzieje teraz, no i sam Tim - już sam fakt iż jest rudy jest dla niego wielkim dziwactwem. Jedyną normalną osobą w rodzinie wydaje się być jego tata, który kocha jego i Kit Kat nad życie. 


Tim różni się od innych chłopaków w swoim wieku, gdyż jedną z najważniejszych dla niego rzeczy jest znalezienie prawdziwej miłości (co wcale nie jest takie łatwe jak się okazuje). Dlatego, gdy dowiaduje się, jakim darem jest obdarzony postanawia wykorzystać go właśnie do tych celów. W filmie w postać Tima wcielił się niejaki Domnhall Gleeson, który jak się dowiedziałam grał również Billa Weasley'a w Harym Potterze. Dla mnie było to na prawdę wielkim zaskoczeniem i byłam bardzo ciekawa, jak też zaprezentuje się w Czasie na miłość.  Tak więc teraz, gdy jestem już po seansie mogę stanowczo powiedzieć, że Domnhall jako Tim zaprezentował się po prostu fantastycznie i już od pierwszych minut filmu skradł moje serce.
Spodobała mi się tu również postać Mary, którą to zagrała Rachel McAdams. Za każdym razem, gdy oglądam jakieś filmy z udziałem tej autorki bardzo przyjemni spędzam czas w jej towarzystwie i nie inaczej było i tym razem. 


Czas na miłość to na prawdę bardzo udany film, który zaimponował mi nie tylko swoją wspaniałą i oryginalną fabułą oraz świetnie dobranymi aktorami, lecz również niezwykłym i nieprzesadzonym humorem, który towarzyszy nam tu na każdym kroku. Nie jest to bowiem jakaś odmóżdżająca komedia jakich pełno ostatnimi czasami na ekranach kin. Bohater jest bowiem w centrum zabawnych sytuacji, które mogą realnie przytrafić się każdemu z nas w naszym codziennym życiu. Sama śmiałam się praktycznie co chwila, co rzadko zdarza mi się w towarzystwie tych licznych nieskomplikowanych komedii. Według mnie wszystko to zdecydowanie zasługuje tutaj na ogromny plus.


Tak więc słowem podsumowania. Czas na miłość to wspaniały romans z dozą humoru, który z pewnością spodoba się zarówno fanom tego gatunku jak i tym, którzy do romansów podchodzą raczej z dystansem. Film łączy w sobie wspaniałą i niezwykle oryginalną fabułę, humor wzięty wprost z codziennego życia, charyzmatycznych bohaterów, którzy od razu podbijają serce widza oraz przede wszystkim naukę, która zapewne wielu osobą bardzo przyda się w ich własnej codzienności. Zdecydowanie polecam, gdyż Czas na miłość to film, obok którego nie można przejść obojętnie.


sobota, 21 marca 2015

[26] FILMOWO: Niezgodna

https://www.youtube.com/watch?v=0-W4uJFptP4
Tytuł oryginału: Divergent

Reżyseria: Neil Burger

Scenariusz: Evan Daugherty, Vanessa Taylor

Gatunek: Akcja, Sci-Fi

Produkcja: USA

Na podstawie: Veronica Roth "Niezgodna"

Czas trwania: 2 godz. 23 min.

Premiera: 4 kwietnia 2014 (Polska), 18 marca 2014 (świat)

Moja ocena: 8/10

Klikając na plakat filmu zostaniesz przeniesiony do jego zwiastuna na youtube.com 

Beatrice (Shailene Woodley) i Caleb Prior (Ansel Elgort) mają do podjęcia trudną decyzję. Żyją w społeczeństwie podzielonym na frakcje (Altruizm, Erudycja, Nieustraszoność, Prawość, Serdeczność), a ponieważ ukończyli już 16 lat muszą teraz sami zadecydować do której frakcji chcą należeć Beatrice ma jednak problem, jej test wykazał, że jest niezgodna - po trochu nadaje się do każdej z frakcji. Niezgodni są traktowani jak zagrożenie, ponieważ w żaden sposób nie mogą być kontrolowani przez władzę. Dziewczyna musi więc ukrywać swój wynik. Sama decyduje się na dołączenie do Nieustraszonych. Choć początkowo nie idzie jej zbyt dobrze w przygotowaniach do egzaminu końcowego, który ostatecznie zakwalifikuje ją do Nieustraszonych, z czasem przy pomocy Cztery (Theo James) staje się jedną z najlepszych. Jednak Erudycja zaczyna coraz bardziej przyglądać się Niezgodnym. Czy to, co czyni cię wyjątkowym, może czynić cię niebezpiecznym?


Niezgodna to tytuł, który chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Porównywana do słynnych Igrzysk śmierci (co dla mnie jest kompletnym nieporozumieniem), prezentuje nam obraz społeczeństwa, które może spotkać nas w przyszłości. Główna bohaterka - Tris - nie zgadza się z panującym systemem, ale wszystko to zostawia tylko dla siebie, jednak gdy trafia do nowej frakcji i dowiaduje się, że zarówno ona, jak i inni Niezgodni są w niebezpieczeństwie nie chce siedzieć z założonymi rękami. W postać tą wcieliła się znana z ekranizacji powieści Johna Greena Gwiazd naszych wina Shailene Woodley, która według mnie zaprezentowała się nam bardzo interesująco. Znam ją tylko z Gwiazd naszych wina, a tutaj miałam wrażenie, że oglądam kogoś zupełnie innego. Mówiąc krótko, w roli Tris poradziła sobie bardzo, bardzo dobrze.


Dużym zaskoczeniem było dla mnie pojawienie się w Niezgodnej Kate Winslet, którą ostatni raz widziałam chyba w Titanicu i Holiday. Nie miałam pojęcia, że ją tu spotkam, a wcielała się w reprezentantkę Erudycji - Jeanine Matthews.  Bardzo podobała mi się też postać Cztery, w którą to wcielił się Theo James.


Jeśli chodzi o sam pomysł wykreowania Niezgodnej to muszę przyznać, że jest on imponujący. Książki jeszcze nie czytałam więc nie mam porównania z oryginałem, ale film mocno przykuł moją uwagę i szczerze mówiąc nie mogę doczekać się, aż obejrzę drugą część - Zbuntowaną, która wczoraj miała swoją premierę w Polsce. Z obejrzeniem Niezgodnej czekałam bardzo długo, gdyż w sieci czytałam wiele o tym, że jest ona podobna do Igrzysk śmierci, a bałam się że będzie to jakaś kiepska podróba, która również zniechęci mnie do oglądania dalszych części Igrzysk... Ja kompletnie nie widzę tu podobieństwa, no może jedynie jeśli chodzi o dystrykty a frakcje, obraz zmodyfikowanego społeczeństwa w przyszłości oraz fakt, że główna bohaterka buntuje się przeciwko systemowi. Tak więc ci, którzy mają takie same obawy jak ja miałam mogę wam spokojnie powiedzieć, że są to dwie zupełnie różne historie, przynajmniej według mnie :)


Tak więc podsumowując, z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Niezgodna to na prawdę kawał świetnej historii. Jest niesamowicie wciągająca i choć pod koniec filmu ledwo trzymałam oczy otwarte, gdyż byłam strasznie zmęczona, nie mogłam zmusić się aby odejść od telewizora :) Po prostu musiałam poznać zakończenie. Już niedługo, mam nadzieję, udam się razem z moją przyjaciółką na drugą część tej serii do kina więc możecie się spodziewać recenzji. Co do książki słyszałam wiele opinii o tym, że jest raczej kiepska, ale i tak ją przeczytam, a co! :D Tak więc, mówiąc krótko, jak najbardziej polecam!

NIEZGODNA:
niezgodna | zbuntowana | wierna 
Copyright © 2014 About Katherine
Designed By Blokotek